Zbliża się (Amok. Pani Koma zbliża się!)

Zbliża się (Amok. Pani Koma zbliża się!)

Kto? Nastolatek morderca, który z bronią w ręku właśnie staje się centrum zainteresowania mediów, bohaterem zbiorowej wyobraźni, postacią przewijającą się nie tylko przez amerykańską (czyli właściwie światową) popkulturę, ale i festiwale kina niezależnego. Dziś pojawia się w innej instytucji edukacyjnej: w PWST w Krakowie.

„Staramy się stworzyć spektakl, który u swoich źródeł ma na celu brak moralizowania, stawania jednoznacznych tez i dawania jasnych odpowiedzi” –  taką zapowiedź znajdujemy w programie rozdawanym przed premierą. Na sali uderzającym okazuje się jednak fakt, że o „szkolnych masakrach” niemożliwe jest wypowiadanie się w taki sposób. Jest to sytuacja, która   wymaga zajęcia określonej pozycji. W Amoku dobitnie widać, że w jakiejkolwiek perspektywie się nie postawimy, zawsze będziemy, przynajmniej do pewnego stopnia, moralizować i próbować dawać sobie odpowiedzi. Próba unikania tego kończy się niczym— wielkim fiaskiem zbudowanym z informacji, cytatów, piosenek, liczby ofiar, które same w sobie nie mówią nic.

Wizerunek masakr wyłaniający się z relacji mediów i dzieł artystów bywa chaotyczny. Obraz budowany w najnowszym przedstawieniu krakowskiej szkoły w założeniu miał być chyba próbą odwzorowania tego mentalnego nieładu, bez arbitralnego nakładania na fakty ścieżek interpretacyjnych i determinujących reakcję publiczności sieci połączeń. W efekcie oglądamy jednak rozpad formy, nagłe przeskoki rejestrów, które często nie pozwalają dobrze wybrzmieć sąsiadującym scenom albo wręcz niwelują wywołany przez nie efekt. Spektaklowi brakuje rytmu, przez co staje się on po prostu bardzo nużący. Rozumiem też, że dyplom rządzi się swoimi prawami i jeśli ktoś umie śpiewać, to dobrze byłoby pozwolić mu to zademonstrować. Tym razem jednak niektóre piosenki są ewidentnie doklejone do całości, dodatkowo wytrącają widza z równowagi oraz wprowadzają jeszcze większy nieład w i tak już mocno rozchwianą konstrukcję spektaklu.

Formalny chaos byłby może łatwiejszy do przełknięcia, gdyby nie towarzyszyły mu inne – fabularny oraz dramaturgiczny. Znajdujemy się w niedookreślonych czasowo i przestrzennie „zaświatach dla dzieci”, co zostaje zasugerowane w pierwszej scenie. Szkolną lekcję religii/etyki kończy symboliczna komunia. Za chwilę zacznie się inna „ofiara”. Grający sprawców i zamordowanych na razie wymieniają się rolami, dopiero za chwilę przylgną do nich konkretne postaci. Ponownie zmuszona jestem podpierać się programem, żeby rozszyfrować cele twórców: „spektakl jest próbą wniknięcia w istotę tego zjawiska przede wszystkim z perspektywy dziecka, a także zadania nowych pytań dotyczących mechanizmów, jakimi rządzą się szkolne zamachy”. Wnikanie i zadawanie ogranicza się właściwie do wymieszania faktycznych masakr z tymi utrwalonymi w pamięci popkultury na rolkach filmów klasy B. Ten brak rozróżnienia jest zresztą wymowny, w końcu trudno do końca stwierdzić, kto tu kogo inspiruje.

W pierwszej części przedstawienia najlepiej widać niemożliwość bezstronności, wyrażającą się już na poziomie języka. Świadczy o tym chociażby monolog Adama L., sprawcy strzelaniny w szkole podstawowej w Sandy Hook. Wcielający się w niego Tomáš Kollárik z  chłodną precyzją wygłasza suchy, buntowniczy, ale jednak podskórnie drgający emocjami monolog sprawcy, którego fascynacja śmiercią i pogarda dla ludzkości kumulują się w wielokrotnie powtarzającym się obrazie    jego samego jako gnijących w ziemi zwłok. Powtarza się też inna kwestia: ja jestem dzieckiem, wy — na pewno nie. Określenie „dziecko” pojawia się zresztą w przedstawieniu wiele razy. Krótka wycieczka na Wikipedię powiedziała mi, że Adam Lanza miał 20 lat, a większość jego ofiar 6-7. Nad tymi i innymi mechanizmami językowymi,  nad sposobem budowania narracji o podobnych tragediach w mediach twórcy się jednak nie zastanawiają ani w żaden sposób ich nie komentują. A przecież   nawet te,   wydawałoby się, najbardziej obiektywne kwestie okazują się problematyczne i wymagają od nas zajęcia jakiegoś stanowiska. Na przykład liczba ofiar: należy wliczać w nią sprawcę czy nie? Postulat „braku oceny” okazuje się utopijny.

Obok opisów różnych szkolnych masakr w przedstawieniu przywoływane są też inne wydarzenia, zupełnie moim zdaniem do tego porządku niepasujące: atak terrorystyczny na szkołę w Biesłanie oraz samobójstwo nastoletniej Ani, szykanowanej przez kolegów i koleżanki z klasy. Szczególnie wątpliwym pomysłem wydaje mi się wprowadzenie postaci Zwykłej Ani. Przejmujący monolog grającej ją Moniki Mazur sprawnie balansuje między dwiema skrajnościami: spokojem i wściekłością. Mam wątpliwości co do sposobu przedstawienia bohaterki oraz   zasadności wprowadzenia tej postaci. Aktorka, opowiadając o tym, jak chodzi po szkole z bronią, skacze na skakance, którą później zaciska sobie wokół szyi. Jej historia ewidentnie nawiązuje do prawdziwych wydarzeń sprzed kilku lat. W przedstawieniu Ania dołącza jednak do grona nastoletnich morderców i  w akcie zemsty strzela do swoich kolegów. Wydaje mi się to zbyt daleko idącym skojarzeniem czy wręcz nadużyciem. Wykorzystana przez twórców historia jest moim zdaniem przykładem zupełnie innych problemów niż kwestia masowych zabójstw. W szkołach roi się od   kłopotów, jednak wrzucanie ich do jednego worka nie pomaga.

Amok kończy się jak w życiu, czyli procesem. Sąd toczy się nad postacią nazwaną enigmatycznie Killerem (Piotr Nerlewski). Na ławie oskarżonych zasiadają w jego osobie wszyscy bohaterowie, a    zarazem nikt. Najczęściej nie ma przecież kogo tam posadzić. Bezradność wymiaru sprawiedliwości zostaje dobitnie podkreślona przez komentarze Dylana Klebolda (Pamela Adamik) i Erica Harrisa (Katarzyna Osipuk), sprawców masakry w Columbine High School, którzy z pośmiertnej loży szyderców obserwują sąd. Tego właśnie chcieli – zainteresowania, kamer skierowanych w ich stronę, filmów nakręconych na ich temat. Może nawet sztuk teatralnych. Tu właśnie objawia się bezradność wymiaru sprawiedliwości. Przecież procesu też chcieli. Teraz przyszli popatrzeć, jak Killer symbolicznie zajmuje miejsce Jezusa, a bluźniercza ofiara się dopełnia. Dylanowi i Ericowi pewnie się to podoba, choć, jak twierdzą, nienawidzą oni teatru. Na sali wciąż unosi się doprowadzający do mdłości zapach pomidorów ze sztucznej krwi preparowanej domowym sposobem. Wspomnienie masakry pozostanie w powietrzu bardzo długo, może na zawsze. Aromat nie znika od początku spektaklu. Mdłości też nie. Grupa w maskach odwraca się w kierunku drzwi na końcu sali, zza których wydobywa się jasne światło. Zbliża się.

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 130/2015

PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie

Amok. Pani Koma zbliża się!

reżyseria: Marcin Liber

dramaturgia: Michał Kmiecik

asystent reżysera: Martyna Wawrzyniak

scenografia: Mirek Kaczmarek

muzyka: Filip Kaniecki

obsada: Beata Śliwińska (Dziewczyna z Rewolwerem), Pamela Adamik (Dylan Klebold), Małgorzata Zielińska (Pani Voorhees), Anna Antoniewicz (Ostatnie Dziecko), Karol Kossakowski (Pan Koma), Piotr Nerlewski (Killer), Tomasz Włosok (Biegnący Chłopiec), Maciej Kulig (Wdzięczny Chłopiec), Katarzyna Osipuk (Eric Harris), Tomáš Kollárik (Adam L.), Sebastian Grygo (Anders B.), Monika Mazur (Zwykła Ania)

premiera: 2 marca 2015

Aleksandra Spilkowska – ur. 1992, studentka wiedzy o teatrze i krytyki literackiej, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.