Zanim wsiądziesz na Trans-Atlantyk, czyli felieton przedfestiwalowy po festiwalu, ale wciąż aktualny

Piszę ten tekst w momencie, kiedy po warszawskich ulicach kroczą dumnie ubrani we wzorzyste kilty Szkoci. Pomiędzy nimi – nie mniej dumnie (wszak są tu gospodarzami!) – maszerują dziarsko rodzimi „szalikowcy”. Za kilka godzin wszyscy wylądują na Stadionie Narodowym, aby oddać się patriotycznemu szałowi dopingowania swojej reprezentacji futbolowej.

Kilka dni wcześniej wszyscy byliśmy świadkami historycznej (mówią że pierwszej od czasu Grunwaldu) wiktorii polskiej piłki nożnej nad zespołem niemieckim. Wszystkich ogarnęła euforia i jakieś wyjątkowe uniesienie. Lud znad Wisły pokazał, co jest wart. Daliśmy solidnego łupnia samym mistrzom świata! Nawet syn mojego kolegi powiedział, że cieszy się, że jest Polakiem. I jakby tak sportowo popatrzeć: daliśmy Niemcom wycisk we wszystkich ważniejszych dyscyplinach drużynowych w tym roku. A przecież zawsze boje z sąsiadami zza Odry były dla nas bardzo symboliczne (z tymi zza Bugu zresztą też). I jak człowiek wraca z takiego stadionu, to już ta Ojczyzna mu wydaje się trochę milsza, i czyściej jest na ulicach, i podatki nie takie straszne. Człowiek zaprzyjaźnia się ze swoją Ojczyzną. Kochamy Cię, Polsko! Jesteś wielka! Tak, z pewnością takie spotkania stadionowe są mocnym zastrzykiem patriotyzmu.

Ale w tydzień po tych patriotycznych igrzyskach, równo 100 kilometrów od Stadionu Narodowego, zaczyna się święto tego, który z Polską nie był za pan brat; człowieka, którego Polska parzyła. Zaczyna się święto „antypatriotyzmu”; dni gorzkich przemyśleń nad naszą urodą narodową. To duch Gombrowicza nadchodzi powiedzieć, że nie ma się z czego cieszyć…

My i tak zbyt dobrze o tym wiemy, bo zwycięstwa piłkarskie to nie wszystko. Część naszych rodaków podzieliła los słynnego pasażera MS „Chrobry” i, lecąc ryanairami i wizzairami, kupiła bilet tylko w jedną stronę. Nie ma co się dusić w polskim sosie. A potem, podczas ich sporadycznych wizyt w ojczyźnie, daje się słyszeć, że tam ludzie są inni, jacyś milsi, bardziej tolerancyjni, życie jest w ogóle łatwiejsze. „Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może” – zdaje się powtarzać za autorem Trans-Atlantyku polski emigrant w Glasgow czy Dublinie.

Ale może Gombrowicz w Radomiu ma nam coś innego do powiedzenia? Jego antypolskość to w rzeczywistości przygotowanie na życie obok innego; na krytyczne spojrzenie na siebie, nie tylko jako na Polaka, lecz także jako na człowieka. To paradoksalnie wychowanie do wolności, do spojrzenia na rzeczywistość nie przez pryzmat mitów i stereotypów, ale przez własną nad nią refleksję. I bynajmniej nie chodzi tu o wykształcenie płytkiej tolerancji (która jest dziś jakże stereotypowa). Wręcz przeciwnie – trzeba spoglądać na świat w prawdzie, czasem idąc bardzo w poprzek powszechnemu mainstreamowi.

A więc polecam festiwal w Radomiu, zwłaszcza tym, których korci zakup biletu do Glasgow czy gdzie indziej. Może nie trzeba szukać upragnionej wolności od ciasnoty polskiej formy aż tak daleko? Może ta wolność tkwi gdzieś w nas? Trzeba się tylko z nią zmierzyć.

Na koniec – patriotyczna zachęta dla wszystkich naszych bliskich „radomskich emigrantów”, tych z Warszawy i z Krakowa (w tym i do autora tych słów). Do Radomia można przyjechać nie tylko po słoiki, lecz także na całkiem fajny festiwalowy spektakl.

Łukasz Ofiara, Teatralia Radom
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 116/2014

XI Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski w Radomiu, 18–25.10.2014