Za co kochamy Michała Borczucha? (Żaby)

Michała Borczucha znamy i kochamy za wszystko. Dwukrotnie tryumfował w nurcie głównym Boskiej Komedii, dlatego grzecznie chodzimy na każdy jego spektakl. Idziemy w ciemno, bo na niego „zawsze warto”. Nie kaprysimy. Nawet gdy jest trochę gorzej, to i tak lepiej niż u kogoś innego. Bardziej przenikliwie, inteligentniej, zabawniej. Ze świetnym aktorstwem czy z genialną dramaturgią. Akceptujemy wypracowaną markę i z góry przyznajemy znak jakości Michała Borczucha.

Pod tym względem Żaby nie są wyjątkiem. Jedna z najbardziej wyczekiwanych premier drugiej połowy zeszłego sezonu (w pierwszej prawdopodobnie ustąpiłaby Mojej Walce) i bez wątpienia must-see tegorocznej Boskiej zbiera raczej przychylne opinie. Co więcej, sądząc po reakcjach na festiwalowym pokazie, spektakl podoba się także publiczności. Trudno się temu entuzjazmowi dziwić. Chyba nikt inny w polskim teatrze nie potrafi tak jak Borczuch opowiadać o homoseksualności. Reżyser miesza porządki, które w tzw. „debacie publicznej” mogłyby być uznane za wulgarne, bądź zbyt osobiste. Przywraca do sfery widoczności wypierane z niej tematy. Dzięki temu tworzy pole dla tożsamościowej identyfikacji, ale w przypadku Żab, opartej niestety wyłącznie na kwestii nieheteronormatywności. W powyższą strategię włącza także osobiste narracje aktorskie – nie marginalizuje ich, dając im wybrzmieć, niekiedy wpaść w gwiazdorski ton (jak dzieje się w przypadku Jana Sobolewskiego i Roberta Wasiewicza, których doświadczenia w miarę rozwoju przedstawienia staje się kluczowym elementem dramaturgii). Borczuch aktualizuje temat, przywołując dyskusję na temat profilaktyki zakażenia wirusem HIV (głośnego ostatnio PrEPu). Równocześnie nadaje Żabom niezwykłą lekkość i żartobliwy ton, otwierając przed publicznością możliwość czerpania niezwykłej satysfakcji z oglądania przedstawienia.

Jednak w tej artystycznej przyjemności kryje się pułapka. Uśpiona kolejnymi sukcesami reżysera uwaga widza przestaje być wyczulona na potknięcia. Przyzwyczajona do teatru Borczucha publiczność od razu szuka usprawiedliwienia dla pojawiających się wątpliwości. Nie ma spektaklu, który byłby wolny od wikłania się w jakiegoś rodzaju opresję, czy to w stosunku do uczestników wydarzenia, osób odpowiedzialnych za przygotowanie spektaklu, czy wreszcie innej, zewnętrznej grupy. Twórca ma tego świadomość i do tej pory starał się przeciwstawiać mechanizmom wykluczenia społecznego, m.in. poprzez ich ujawnianie czy problematyzację. W Żabach zagadnienia równościowe zostały jedna sportretowane trochę inaczej. Zwłaszcza rolę kobiet pokazano w sposób trudny do zaakceptowania.

Borczuch otwiera Żaby dość długą sekwencją scen, opartą na niedającej się nie zauważyć binarności, sprowadzonej do przeciwstawienia grupy męskiej grupie żeńskiej. Relacja obu kręgów daleka jest jednak od równorzędności. Podczas gdy aktorzy siedzą tuż przed publicznością, aktorki zajmują miejsce w tyle sceny i pozostają niemal niewidoczne. Co prawda ich wizerunek jest powielony na niewielkim monitorze, ale można odnieść wrażenie, że obraz raczej ułatwia mężczyznom obserwację niż ustanawia kobiecą widoczność. W oczy rzucają się wyraźnie zaznaczone brzuchy ciążowe występujących postaci. Nie widzimy ich twarzy ani nie słyszymy głosów. Mężczyźni prowadzą swobodną konwersację na temat tytułowego dramatu Arystofanesa. Zastanawiając się także, z którą z kobiet zdecydowaliby się współżyć w celu zachowania gatunku w obliczu cywilizacyjnej katastrofy. Układają rankingi, według których obecne na scenie aktorki miałyby być pozycjonowane wedle ich potencjalnej dzietności i seksualnej sprawności. „Dupczyłbym czy nie?” – pyta jeden z nich.

Trudno przypuszczać, żeby ten ostentacyjnie patriarchalny układ mógł zostać przeoczony przez twórczynie i twórców. Wręcz przeciwnie, wydaje się intencjonalnie doprowadzony do ekstremum, tak by jego opresyjność stała się szczególnie wyraźna. Obraz ten ma być reprezentacją społecznego rozkładu sił, w którym kobiety pozbawiane widoczności (bądź którym widoczność przyznaje się jedynie pozornie – jak na teatralnym ekranie – dla potrzeb mężczyzn) utożsamiane są jedynie z biologicznym inkubatorem. Rzecz w tym, że subwersywny potencjał tego momentu gubi się między kolejnymi żartami – śmiech nie jest nerwowym wyrazem przerażenia, a raczej przerażającym rechotem. Sposób prezentacji tego społecznego zagadnienia, jakkolwiek w swej ogólności słuszny, budzi zastrzeżenia co do swojego odkrywczego charakteru, a tym samym politycznej użyteczności.

Krytyczny potencjał początkowej sceny ulatnia się wraz z rozwojem spektaklu. Aktorki dochodzą wreszcie do głosu, ale reżyser w większości przypadków ustawia je raczej w pozycji antagonistek męskich postaci, niż indywidualnie mówiących osób. Ewelina Żak jako Pazyfae jest przede wszystkim matką uwięzionego w labiryncie Minotaura i choć jej seksualność na chwile stanowi przedmiot akcji, musi ustąpić miejsca tematowi  dojrzewania jej syna. Gdy w drugiej części dramaturgia przedstawienia zostaje całkowicie podporządkowana gejowskiej seksualności, swoją istotną pozycję zaznacza Dominika Biernat, która postrzegana jest jednak głównie jako przyjaciółka aktorów homoseksualistów. Z tej perspektywy symboliczny wymiar zyskuje wieńcząca spektakl, wybitna scena, w której Jan Sobolewski i Robert Wasiewicz z epizodycznym udziałem Marcina Pempusia  dzielą się historią o swoim doświadczaniu intymności i erotyki. Opowieść stylizują na żenującą śpiewogrę.

W omawianym fragmencie nie pojawia się jednak żadna kobieta – homoseksualizm w teatrze okazuje się  wyłącznie homoseksualizmem męskim. Ta znacząca nieobecność pozostaje niemal niezauważona. Forma, humor i efektowność sprawiają, że aktorki znikają ze świadomości widza jeszcze dotkliwiej, niż na początku spektaklu.

Oczywiście problem napięcia między środowiskami gejowskimi a kobiecą emancypacją, który niekwestionowanie mógłby stać się punktem wyjścia do dokładniejszej analizy Żab Borczucha, nie jest niczym nowym ani odkrywczym. Trudno wątpić, że nie pojawił się on podczas procesu prób, a jego powidoki (choć raczej w kształcie podważenia stereotypu) dostrzec można także w samym przedstawieniu. Nie zaakcentowano jednak wyraźnie kwestii relacji łączących (a zwłaszcza dzielących) postulaty feministyczne i osób LGBTQ+. Brakuje komentarza, który mógłby zmienić optykę postrzegania niektórych scen.  Widz wychodzi ze spektaklu z poczuciem, że połączenie przyjemności płynącej z bycia w teatrze z jego krytyczną mocy  sprawczą jest niemożliwe

Maciej Guzy, Teatralia Kraków

Magazyn Internetowy "Teatralia" nr 268/2018

Studio Teatrgaleria

Żaby

reżyseria: Michał Borczuch
tekst i dramaturgia: Tomasz Śpiewak
muzyka: Bartosz Dziadosz
scenografia i kostiumy: Dorota Nawrot
reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
choreografia: Paweł Sakowicz
inspicjentka: Maria Lejman-Kasz
wideo: Wojciech Sobolewski
kierownik produkcji: Justyna Pankiewicz
asystenci reżysera: Wojciech Sobolewski, Grzegorz Jaremko, Jan Jeliński, Adam Zduńczyk
asystentka kierownika produkcji: Małgorzata Cichal
obsada: Dominika Biernat, Monika Obara, Marcin Pempuś, Halina Rasiakówna, Andrzej Szeremeta, Robert Wasiewicz, Ewelina Żak, Krzysztof Zarzecki, Jan Dravnel, Monika Niemczyk, Jan Sobolewski

Premiera: 5 maja 2018 r.

fot. Krzysztof Bieliński

Maciej Guzy – rocznik 1995, student wiedzy o teatrze