Za chwilę

Za chwilę

Za chwilę. Cztery sposoby na życie i jeden na śmierć to kolejne spotkanie Iwony Kempy z twórczością Petera Asmussena. Toruńska premiera flagowej Plaży w 2006 roku uczyniła z krakowskiej reżyserki polską ambasadorkę duńskiego dramaturga. Z Za chwilę… wiązano więc duże oczekiwania, zwłaszcza, że i tym razem autorką przekładu była Elżbieta Frątczak-Nowotny. Czy jednak studium psychologiczne pięciu różniących się od siebie kobiet to wciąż dobry patent na sztukę?

Historie opowiadane przez bohaterki są zapisem traumatycznych przejść, brzmią jak treść pozostała po przepuszczeniu przez psychoanalityczne sito. I, jak to bywa, jej zawartość kryje sporo niespodzianek nawet dla samych pacjentek; brakuje jedynie lekarza, który mógłby wyznaczyć granicę między wiarygodnością a mitomanią. Dzięki temu nie wszystko jest oczywiste w tej rozpaczliwej walce o spójność własnej historii, wspomnienia trudnej drogi do budowania relacji z własnym ojcem i reminiscencje traumy aborcyjnej przeplatają się z dochodzącymi do głosu doświadczeniami gwałtu czy paraliżującego stanu śpiączkowego zakończonego śmiercią, które balansują na granicy między prawdą a autosugestią. Poprzez takie studium każda z pięciu kobiet pozbawiona jest jednoznaczności będącej dramaturgicznym gwoździem do trumny a portrety postaci zyskują odrobinę psychologicznej głębi.

Kolejność opowieści będących punktem wyjścia do odgrywanych minidramatów jest pomyślana jako katarktyczna podróż przez etapy życia, a wieńcząca ją partia bohaterki granej przez Annę Tomaszewską zasługuje na brawa za doskonałą kreację. Całość konsekwentnie nie wyłamuje się z tak lubianej przez Kempę konwencji upsychologizowanego intymnego kręgu wyznań, można jednak odnieść wrażenie, że ów pretendujący do bycia sednem psychologizm budowany jest nie dość mozolnie i cierpliwie. Niewątpliwa zaleta, jaką jest zgrabna i zamknięta w półtoragodzinnej rundzie quasi stand-upowych monologów forma przełożyła się niestety na tendencję do zbyt dużej kondensacji środków wyrazu w niedługich partiach czasowych, co jest niewątpliwie usterką reżyserską. Droga, którą przebywa każda z bohaterek, nie ma w sobie tak niezbędnego pierwiastka zaskoczenia, akcenty emocjonalne nie rozkładają się tak, jak wymagałby tego warunek zaskoczenia widzów. Być może ten efekt potęgowany jest przez wrażenie dobrej integracji całej piątki?

Bohaterki wyglądają na zżyte ze sobą, doskonale znają swoje historie jeszcze zanim którakolwiek z nich postanowi się nimi podzielić. To mało wiarygodne posuwanie się po całej gamie emocji w scenicznej realizacji nieuchronnie zbliża sztukę do pokazu możliwości aktorskich w skondensowanej formie, dlatego dobrym rozwiązaniem jest równoważąca je polifonia narracji. Dopowiadanie sobie i przejmowanie cudzej historii wprowadza ożywczy mętlik i ratuje przedstawienie. Narzuca żartobliwą i pełną dystansu konwencję odbioru, stąd wrażenie szoku, które pojawia się, gdy któraś z bohaterek sięga po dosadniejsze środki wyrazu. Usilna tendencja do równoważenia momentów osobistej tragedii wstawkami oscylującymi wokół farsy zbyt mocno i nieuchronnie osadza Za chwilę… w idiomie „klimakteryjnym”; przedstawienie przez cały czas zerka w stronę poetyki Teatru Capitol i podobnych mu inicjatyw kulturalnych, prowokując pytanie o jawność i świadomość tego flirtu. Na niekorzyść samej sztuki przemawia schematyczne potraktowanie kobiet i spłycenie problematyki ich doświadczenia. Sprowadzone zostało ono do zestawu typowych przeżyć, którymi niezwykle łatwo, ale i nieuczciwie, można grać na emocjach.

Nie do końca dobrze jest też z feministyczną wymową całości: miała ona udowodnić „siłę ponad wszystko”, niezniszczalność kobiet pomimo dramatycznych doświadczeń, a wygląda, jakby przedstawienie było smutną konstatacją faktu, że mężczyźni odpowiedzialni są za całość kobiecego doświadczenia. To w oparciu o relacje z nimi budowane są wszystkie historie, to także oni mieli decydujący wpływ na przejścia psychologiczne postaci, chorobę, czy lesbijstwo przedstawione dość nieudolnie, niczym w ordynarnej psychoanalizie – właściwie jako efekt złych doświadczeń damsko-męskich. Nie do końca zasadny wydaje się też dobór piosenek, w którym każda z everywoman wciela się w rolę życiowej szansonistki. Zestawienie Alibabek z Hanką Ordonówną i Kasią Sobczyk przemawia za uznaniem repertuaru za zestaw polskich szlagierów, jeśli jednak miały one służyć spuentowaniu historii bohaterek – nie sposób pozbyć się wrażenia lekkiego chaosu. Jakkolwiek przewrotna i zabawnie odkrywcza interpretacja Mechanicznej lalki Violetty Villas była pomysłem bardzo dobrym, to Parasolki Marii Koterbskiej…?

Skłania to do uznania piosenek jako zwyczajnych funktorów scenicznych oddzielających od siebie kolejne sceny. Mocnym akcentem było zakończenie, w którym objawiły się znamiona reżyserskiego fenomenu Za chwilę: każda z bohaterek zdejmuje swoje przestylizowane maski i peruki, by odśpiewać Sex appeal, który staje się czytelnym komunikatem: oto my, piękne w naszej niedoskonałości fizycznej, mastektomii i depresji, bez makijażu i wyjściowego kostiumu. Sex appeal to nasza broń kobieca – dość niefortunny to sposób na wyrażenie geniuszu kobiecej siły, jednak idea była szczytna.

Przemysław Górecki, Teatralia Poznań
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 140/2015

VIII Spotkania Teatralne BLISCY NIEZNAJOMI, 26–30 maja

fot. Piotr Kubic