Więcej, mocniej, głębiej

Więcej, mocniej, głębiej

Ach, co to były za czasy, gdy wulgaryzmy w teatrze były zakazaną przyjemnością. Na ich dźwięk na policzkach pojawiały się płomienne rumieńce. Tematy seksu, homoseksualizmu, narkomanii czy prostytucji traktowane były jak tabu. Nie wiadomo było, z której strony je ugryźć, jak obejść, jak najszczelniej owinąć woalką mieszczańskiej przyzwoitości. Dzisiaj, po 20 latach od boomu na brutalistów, publiczność jest już zmęczona bombardowaniem „złymi” sztukami. Do tego stopnia, że – podejmując się reżyserowania Shopping and Fucking – Grzegorz Wiśniewski stanął przed trudnym zadaniem: jak przedstawić tekst bez archaicznego „walenia w mordę[1]”?

Wiśniewski stawia na bardziej wyrafinowane środki, które sprawiają wrażenie, że reżyser dociera do sedna sztuki Marka Ravenhilla. W spektaklu bohaterowie nie są odrażającymi, zniszczonymi przez życie i narkotyki, ubranymi w szmaty wyrzutkami z marginesu społecznego. Lulu, Robbie, Mark i Gary to dość przeciętni młodzi ludzie, którzy na skutek zbiegu niefortunnych wypadków nie znajdują w życiu tego, czego poszukują – miłości, zrozumienia, akceptacji, spełnienia swoich pragnień. Gary szuka zapomnienia – w przemocy, w poniżeniu, w dużym, starszym mężczyźnie, który go zdominuje. Odrzuca miłość Marka, ale próbuje wynagrodzić mu to drogimi prezentami. Dla bohaterów Shopping and Fucking nabywanie przedmiotów – czy to poprzez kupno czy kradzież – jest antidotum na życiowe niepowodzenia. Mimo to ten aspekt sztuki brytyjskiego dramatopisarza jest w spektaklu Wiśniewskiego zepchnięty na drugi plan. Kupowanie potraktowane jest jako naturalna czynność towarzysząca współczesnemu człowiekowi w coraz bardziej znaczącym wymiarze. Postaci jedynie wspominają o zakupach podczas codziennych rozmów, Lulu zostaje przyłapana na kradzieży albo opowiada o dramatycznym wydarzeniu w sklepie, gdy obserwowała śmierć kasjerki, natomiast Mark i Gary toczą burzliwą dyskusję w przymierzalni, tam też ważą się losy ich związku. Zajadły konsumpcjonizm pełni w spektaklu mało znaczącą rolę. Bo i jak w erze hipermarketów i centrów handlowych wyjaśnić widzowi, że znaczy on coś więcej?

Gdzie zatem jest sedno adaptacji Wiśniewskiego? Co zostaje z epatującego przemocą tekstu po wypraniu go z najżywszych barw, jakie nadawała wulgarność? Okazuje się, że niewiele. Gdyby nie dobre kreacje aktorskie, spektakl mógłby zanudzić na śmierć. Może zabrzmi to sadystycznie, ale przyjemność oglądania tej inscenizacji wypływa z obserwacji, jak młodzi aktorzy dźwigają tak ciężkie role. Udaje im się to rewelacyjnie, widz zostaje wciągnięty w mroczny dramat rozgrywający się w ich psychice. Nie ma potrzeby szokowania widzów wszystkim, co materialne, fizyczne, cielesne – obrazami przemocy czy seksu pozbawionego uczuć. Mam wrażenie, że aktorzy równie dobrze poradziliby sobie bez scenografii, za którą mogą się schować, oraz pozostając w ubraniu przez cały spektakl. Ich siła tkwi w emocjach, jakie przekazują zarówno sobie nawzajem, jak i publiczności. Ich niewinne twarze, przez które przy zderzeniu z tekstem Ravenhilla przebiega jedynie ledwo zauważalny cień, ciągle porażają dziecinnością. Wszystko to sprawia, że trzymamy za nich kciuki, liczymy na to, że wyjdą z tarapatów cało, że koniec sztuki będzie radosnym happy endem. Wierzymy w to, chociaż bohaterom daleko do niewiniątek, które na taki koniec zasługują.

Wiśniewski jeszcze przed premierą podkreślał, że jego zdaniem uczelnia nie jest skostniałą instytucją, muzeum czy skansenem, w którym uczniowie powinni biegać w krynolinach i przedstawiać wyłącznie delikatną klasykę dla wrażliwych dam. Tym większe zatem zdziwienie, że reżyser aż tak ułagodził tekst Shopping and Fucking. Z drugiej strony myślę, że należą mu się brawa za odwagę – podjął bowiem ryzyko spotkania się z zarzutami o „walenie w mordę nudą”. Chociaż publiczność jest nieco zmęczona seksem, narkomanią i homoseksualizmem na scenie, to czy nie tego oczekuje od podobnych przedstawień?

Być może Wiśniewski robi unik po ostrej krytyce, jaka spotkała reżysera pierwszego wystawienia dramatu w polskim teatrze – w 1999 roku zdecydował się na to Paweł Łysak w warszawskim Teatrze Rozmaitości. Rozpętał tym burzę wokół polskiego teatru i najnowszych sztuk. Nie wchodząc zbyt głęboko w kwestie polityczne, warto jedynie wspomnieć, że pewne ugrupowania domagały się nawet zdjęcia spektaklu z afisza. Dzisiaj, gdy w każdym polskim domu stoi przynajmniej jeden telewizor, a w porze obiadowej nie znajdziemy innych programów niż tych o detektywach, sądach rodzinnych i wszelkiego rodzaju ludzkich dramatach opartych na faktach, Shopping and Fucking jest niemal sielanką. Aktorzy, przygotowując się do roli, nie musieli długo szukać materiałów. Wystarczyło włączyć telewizor. Każdy z widzów też może to zrobić i stąd zapewne znieczulenie na treści dramatu Ravenhilla. Wiśniewski udowodnił jednak, że mimo wszystko warto po ten tekst sięgać i szukać w nim nowych znaczeń, odczytywać pod innym kątem, wskazywać odniesienia do teraźniejszości. Zrobić chociażby z brudnego, odzianego w skórę punka-narkomana-homoseksualistę (jak zwykle przedstawiano tych bohaterów) – dekadenckiego hipstera w ciasnawych spodenkach i rozciągniętym T-shircie.

Sandra Kmieciak, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 36/2012

Teatr Studyjny Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi

Mark Ravenhill

Shopping and Fucking

reżyseria, scenografia, światło: Grzegorz Wiśniewski

opracowanie muzyczne: Rafał Kowalczyk

kostiumy: Dominika Brzeska

asystent reżysera: Paulina Gałązka

występują:

Lulu – Paulina Gałązka

Gary – Piotr Bondyra

Brian – Konrad Korkosiński

Robbie – Antoni Milancej

Mark – Marcel Sabat

premiera 14 października 2012



[1] Odwołanie do terminu Aleksa Sierza: „In-yer-face theatre” – „teatr jak w mordę”.