Widmowy rosół (Duchologia polska)

Widmowy rosół (Duchologia polska)

Duchologia polska w reżyserii Jakuba Skrzywanka zabiera w dyskursie o Polsce okresu transformacji głos donośny. Ale czy trafny? Twórcy spektaklu powstałego w wyniku współpracy Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu i Teatru Zagłębia w Sosnowcu otwarcie przyznają się w wywiadach i repertuarach obu instytucji do inspiracji książką Olgi Drendy, etnolożki i antropolożki kultury, Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji, a także facebookową stroną jej projektu. Przyznają się, po czym natychmiast te źródła porzucają: już w opisie-manifeście spektaklu, publikowanym na ulotkach informują, że z Duchologii biorą tylko tytuł i zwrot ku transformacyjnej dekadzie. Miłośników książki i projektu Drendy czeka więc rozczarowanie…

Panramao

Zaproponowane przez Olgę Drendę określenie „duchologia polska” oznacza zbiór niby-dziwów, niby-zjaw i pseudoduchów, które w swoich pierwotnych wersjach mogły być zarówno przedmiotami, jak i osobami. Środki masowego przekazu, procesy wymiany międzypokoleniowej, czas i skala, w jakiej występowały, sprawiły jednak, że stały się one dziwne, wykrzywione, kiczowate i przerażające zarazem. Drenda wybiera popularne zjawiska, znane nawet tym urodzonym po 1989 roku, którym transformacja zapadła (tylko, a może nawet aż) w postpamięć. Oryginalność projektu tkwi w tym, że przeprowadza go autorka urodzona w 1984 roku, dla której pokraczne przedmioty stały się interesujące, kiedy straciły swoją użyteczność i zostały zastąpione przez produkty licencjonowane i wysokopółkowe. Duchologia jest zbiorem elementów codziennego krajobrazu Polski lat 80. i 90.: szyldów, wystaw sklepowych, reklam, czasopism, zabawek, kaset audio i wideo, wypożyczalni filmów, programów rozrywkowych, tworzonych w cieniu mód zachodniej cywilizacji, ale i wyrosłych z tradycji „zrób to sam”.

Antropolożka nie wydaje się odczuwać wobec duchologicznych tworów nostalgii, bo sama poznawała i poznaje wiele zjawisk, patrząc na nie z perspektywy XXI wieku, wciąż świadoma deformacji i zakłóceń blokujących pierwotny sens tego, co widzi. Drenda o przełomie lat 80. i 90. w Polsce pisze możliwie najchłodniej, ani prześmiewczo, ani nostalgicznie. Zwraca uwagę na złożoność ludzkich zachowań oraz pobudki, które wygenerowały kuriozalną estetykę i mocno naznaczyły przestrzenie polskich miast i miasteczek: pełną rdzawych odcieni, szyldów reklamowych własnej roboty, meblościanek na wysoki połysk, stolików nakrytych ceratą, prostych i niejednokrotnie nieprzyjaznych zabawek, wyrobów czekoladopodobnych, pirackich kaset magnetofonowych, Kasprzaków, sofiksów, kolejnych tomów fantastyki wydawnictwa SuperNOWA.

Autorka pisze o ówczesnej Polsce jako o świecie zakłóconym, o (z czasem coraz mniej wybuchowej, a bardziej zhomogenizowanej) mieszance porządków estetycznych, niedokładnych kalek produktów z Zachodu mających zaspokoić potrzeby indywidualizującego się społeczeństwa. Duchologia to zbiór rzeczy kiedyś zupełnie typowych, ale, jak się za chwilę okazało, nietrwałych, bo wypartych przez produkty nowej jakości-wolności. Przedmioty niegdyś zwykłe, dziś już dziwaczne, śmieszne, żenujące, przestarzałe, wyciągnięte z kontekstu, nie odsyłają do niczego. Rzeczy wydobyte przez Drendę są wynikiem pragnienia wolnorynkowej rzeczywistości w systemie jeszcze komunistycznym, jednak patrząc na nie z perspektywy XXI wieku, oscylują w osobnej – pokracznej i kiczowatej estetyce. Produkty lat transformacji generują wzorce na miarę własnych możliwości – plastikowy, niechlujnie uformowany miś może być rynkową konkurencją dla pluszowych maskotek, a nie klocków Lego, które nie były wówczas dostępne w Polsce. Niedoskonałe wyroby istnieją też poza kontekstem politycznym. Ich duchologia jest przeciw-historią, alternatywnym scenariuszem dziejów, w którym ważne nie są losy „Solidarności”, polskich stoczni, Okrągłego Stołu, ale bohaterowie mydlanych oper czy domorośli uzdrowiciele.

Specyficzny klimat dziwności rzeczy duchologicznych Drenda porównuje do procesów zachodzących w umyśle dziecka. Elementy wywołujące lęk zostają powykrzywiane i zmieszane ze sobą, aby można było je oswoić. Nazwa serwisu informacyjnego Panorama przekształca się w Panramao – „magia” dziecięcego języka, złudzenie ustanawiania rzeczywistości na własnych zasadach pozwala poczuć się częścią społeczeństwa, które nie boi się nowego, nieznanego, kapitalistycznego świata.

Sosnowiec by night

Ważną ramą dla projektu Drendy jest trwanie duchologicznych znalezisk we współczesnych kontekstach i w tkance miejskiej: ich „niezmywalność”, absurdalność i dziwność, które nie pozwalają im wtopić się w krajobraz. Na swoich zdjęciach blogerka uwiecznia ginące w zgiełku miast witryny sklepowe, niedziałające już neony podupadających fabryk i dworców, magazyny wróżbiarskie czy najbardziej obciachowe i utopijne pocztówki w stylu „Sosnowiec by night”, próbujące ukryć peerelowski klimat miasta pod światłem jaskrawych neonów.

Sosnowiec jest miastem duchologicznym, co zauważył sam Teatr Zagłębia, organizując w premierowy weekend spacer po mieście z udziałem Olgi Drendy. W jego przestrzeni nie brakuje mało estetycznego eklektyzmu czy wielkoformatowych, niejednokrotnie spłowiałych plandek i banerów, szpecących wszystkie ogrodzenia, kamienice i bloki (plaga nasilająca się zwłaszcza w okresie przedwyborczym). Mnogość typografii szyldów, bezszeryfowych krojów pisma rodem z ZPT i mieszanka haseł reklamowych z wielu porządków jest tu wprost proporcjonalna do różnorodności pokawałkowanych i chaotycznych nawierzchni chodnikowych w centrum – kto choć raz przechodził ulicą Sienkiewicza, na pewno wie, co mam na myśli.

Szukając duchologicznych elementów w polskiej rzeczywistości potransformacyjnej, łatwo wpaść w myślenie, że życie na polskiej prowincji nadal wypełnia powszechna małostkowość, nikłość i przyziemność spraw, codzienność rutynowych czynności. Pomyśleć można, że przecież współczesne lokalne gazety wcale nie piszą o tym, co dzieje się na warszawskich parkietach (finansowych i towarzyskich), o najnowszych osiągnięciach nauki czy politycznych spotkaniach na szczycie. Tu debatuje się tylko o gminnej selekcji odpadów, wyborach do rad miast czy sejmików, nowym oświetleniu dróg i dożynkach. Taki pogląd uważam jednak za krzywdzący i zamazujący widmowy potencjał, jaki tkwi w złośliwie nazywanej „Polsce Be”. Jednym z efektów transformacji ustrojowej było wprowadzenie administracji samorządowej na terenie kraju, czyli systemu, który najpierw „wyperformuje” lokalność, dając obywatelom możliwości do decydowania o jej kształcie. To oznacza, że estetyka krajobrazu Polski, łapana przez Drendę, po 1989 roku została jeszcze wyraźniej rozdzielona na „nasze małe ojczyzny” i stała się synonimem już nie pozytywnego kształtowania rzeczywistości wokół siebie pod hasłem „made in Poland’, a właśnie „wiochy” i małomiasteczkowości – czegoś, od czego jednostki chcą uciec do aglomeracji, w których można poczuć się jak w tej wymarzonej, długo niedostępnej Europie. Autorka Duchologii polskiej opisała okołotransformacyjny klimat zmian w kraju, lecz zajęła się nim prawdopodobnie także dlatego, że zanika on w wyniku upływu czasu, nowych estetyk architektonicznych, upodobań wizualnych Polaków, rozwoju wielkich korporacji (także IKEA), napływu międzynarodowych marek do Polski. Jeśli mamy gdzieś szukać widm dawnej świetności, to prawdopodobnie najwięcej znaleźć ich można poza ramą aglomeracji – w wiosce, dzielnicy czy na osiedlu.

Z tego wynika według mnie, że właśnie polityka samorządowa jest najsilniejszym widmem transformacji nie państwowej, a mikrospołecznej, które jednocześnie zachwyca, zadziwia, czaruje i straszy. Te wątki pomijają jednak twórcy wałbrzysko-sosnowieckiego przedstawienia, proponując widzom zupełnie inny scenariusz – nie lokalny, a ogólnopolski, odwołujący się do podstawowych widm rodzimej kultury.

Buka na Dziadach

Widzów spektaklu wita stojąca przed złotą kurtyną rodem z pokazów iluzjonistycznych Aktorka Scen Polskich na Rubieżach (Angelika Cegielska). W domowym szlafroku, getrach zakładanych na piętę znanych z fitness clubów lat 80. i gumowych klapkach ubolewa nad swym pogruchotanym życiem prowincjonalnej artystki, która za groszową pensję musi zapewnić byt sobie i synkowi. Z niezaspokojonych ambicji artystycznych i finansowych rodzi się w niej złość i chęć zaznania innego systemu, innej rzeczywistości – tej wyśnionej, wymarzonej, idealnej, pełnej „arrasów z Krakowa”. A skoro jesteśmy w teatrze i dzięki naszej (w tym widzów) wyobraźni wszystko jest tu możliwe, to dlaczego by nie wrócić do momentu, gdy wszystko się zaczęło. W którym zaczął się kapitalizm.

Kurtyna unosi się do góry i magicznie przenosimy się na Śląsk. Pod monstrualnych rozmiarów grudą ziemi albo złożem węgla, wiszącym nad sceną jak nadchodząca katastrofa, Aktorka-Matka jak co niedziela gotuje kolejne hektolitry rosołu dla syna. Jak na jakichś bieda-dziadach do „guślarskiej” strawy zaczynają zbiegać się znikąd niepozorne widma. Poznajemy Ducha Dziejów (Piotr Mokrzycki), obwieszonego dziesiątkami futer i kolorowych krawatów, zupełnie jakby wrócił ze Stadionu Dziesięciolecia. Wkrótce po nim na scenę wchodzi blond Alexis z kultowej amerykańskiej telenoweli Dynastia (znakomita w tej roli Natasza Aleksandrowitch) oraz polska bezimienna dziewczynka – Zagubiona Duszyczka w stroju ludowym, o twarzy nieboszczki (Irena Sierakowska).

Później na scenie pojawią się jeszcze indiański szaman, gwiazda spirytystycznych seansów Mistrz Aleksij Kaszpirowski (mroczna Irena Wójcik) i Stan Tymiński, oczywiście z czarną teczką (w tej roli Michał Kosela). Pozbawione logiki spotkania i dialogi duchologicznych widm przeplatane są numerami słowno-muzycznymi – zbiorowym wykonaniem Under Pressure zespołu Queen czy też dyskotekową zabawą taneczną przy dźwiękach solidnego synth pop.

Dla popkulturowych bohaterów przedstawienia „transformacja” zdaje się być słowem z nowomowy, ale i trudnym, specjalistycznym terminem z Warszawy, które wszyscy mechanicznie i bez zrozumienia powtarzają. Nie jest jak magicznie przekształcana nazwa „Panoramy”, lecz jak pamiętana z mojego późniejszego dzieciństwa Buka z Muminków – wszyscy się jej boją, ale i wszyscy byliby w stanie uwierzyć, że nie istnieje.

Bohaterowie spektaklu są rozczarowani sobą i transformacją, która przyszła jak plaga. Zepsuła jeszcze bardziej to, co zepsute i nie dała nic dobrego. O ile w książce Drendy transformacja jest złożonym procesem, który nie zaczyna i nie kończy się w 1989 roku, o tyle w przedstawieniu Skrzywanka staje się pustym hasłem z neokapitalistycznego leksykonu marek, jak levisy, toyota i coca-cola. Należy do słownika innego, lepszego, demokratycznego świata, na którego przyjście nikt ze zgromadzonych na scenie nie chciał się szykować i którego negatywną ocenę przyjmuje się jako oczywistość.

Magia i magii demaskacja

W pewnym momencie wszystkie transformacyjne widma gromadzą się przy rodzinnym stole w domu Aktorki-Matki, w oczekiwaniu na Nowy Rok 2000. Obojętni na wszystko przesiadują niemal bezczynnie, jedząc w milczeniu świąteczne porcje rosołu. Czują, że ich żywoty w tej transformacyjnej rzeczywistości zmierzają do końca. Nikt z nich nie ma pomysłu na to, jak Polska po 1989 roku powinna wyglądać. Skończyła się solidarnościowa wspólnota, a znane z osiedlowych podwórek hasła o Jerzym Tkaczuku to tylko miejska legenda, pra-mem w świecie sucharowego humoru.

Wściekła na zaistniałą sytuację Aktorka-Matka wygania wielkiej chochlą wszystkich gości i wywołuje, niczym guślarka na cmentarzu dziejów, Matkę Naturę (Agnieszka Bałaga-Okońska), która zjawia się wśród piorunów, by urodzić świat na nowo. Swoim przybyciem i porodowym tańcem wywołuje też tąpnięcie w dotychczasowym porządku rzeczy – wisząca nad sceną Wielka Gruda przełamuje się na pół, umownie dzieląc czasy na przeszłość i przyszłość. Powstaje szczelina, przerwa w czasoprzestrzeni. Okazja dla wymazanych ze Wspólnotowej Wielkiej Historii do zmiany biegu dziejów i przeprowadzenia transformacji na własnych zasadach. Jednak postacie z tej szansy nie skorzystają, rozsierdzając brakiem zdecydowania Matkę Naturę, która wieszczy, że w nowej rzeczywistości Polacy (pisani małą literą) to już nie naród, a gatunek łososia, zaś Polska stanie się morzem, po którym żeglować będą Czesi i Niemcy. Jedyną odpowiedzią na to jest odśpiewany wspólnie, do bólu nostalgiczny song Piwnicy pod Baranami Ta nasza młodość, po którym Kaszpirowski kończy swoją hipnozę i wszystkie duchy wracają ze sztucznymi uśmiechami do wnętrza – również nie wiadomo gdzie znalezionej, duchologicznej, pożółkłej, rodzinnej fotografii.

Najbardziej niefortunnym elementem przedstawienia wydaje się właśnie ostatnia scena, w której Kaszpirowski oznajmia wszem wobec, że żadnej magii nie ma. „Nie dajcie się państwo nabierać”, mówi hipnotyzer. W domyśle: ani na nas, ani na transformację. Takiemu komunikatowi brakuje jednak uzupełnienia. Teatralna Duchologia polska to historia transformacji tak samo nierealnej jak widma, które próbują ją ponowić. Twórcy spektaklu nie mówią o Polsce A, ale i z Polski B czynią tak samo niewidzialny byt, ukryty właśnie za bohaterami masowej wyobraźni. Postaci ze spektaklu Jakuba Skrzywanka nie mają pomysłów na nową wersję transformacji, ponieważ same powstały dzięki tej pierwszej, dość chaotycznej rewolucji ustroju, patrzącej w stronę Zachodu i wolnych rynków. Aby dostrzec nowe możliwości, musiałyby zmienić swoje „osobowości”, wyrosłe przecież na komunistycznych pragnieniach. A z siebie najtrudniej im zrezygnować. Czar prysł.

W małych miastach i miasteczkach, w prowincjonalnych dziurach rozsianych po całym kraju, z których przecież wszyscy – nawet mieszkańcy wielkich aglomeracji – jesteśmy, nie zaszła transformacja dusz. Nie dokonała się zmiana na poziomie ludzkich charakterów, postaw obywatelskich, odpowiedzialności za swoje słowa, czyny i polityczne wybory dokonywane „tu i teraz”, nie w świecie wielkiej polityki. Pozornie emancypacyjny ruch umieszczenia na scenie niedostrzeganych już widm minionej codzienności okazuje się pułapką dla samych odbiorców spektaklu. Widoczne w sytuacji teatralnego spotkania widma polskiego, początkującego kapitalizmu są jak oka w guślarskim rosole. Niczego nie przekazują, nie bronią się, a wystawiają jedynie zbiorowe wyobrażenia, z których powstały, a które nikogo już nie obchodzą. Wystawiają nasze własne, prowincjonalne, choć masowo podzielane, aspiracje. Teatralna opowieść o duchologicznym Sosnowcu i Wałbrzychu z perspektywy lat transformacji byłaby bardziej ożywcza niż poszarpane, popkulturowe dziady, które wszyscy znamy, i które nie mają siły już nic wnieść do przestrzeni naszych małych miast i małych historii. Ocena i przepracowanie transformacji w formie kolejnej rewolucji, nawet z udziałem sił nadprzyrodzonych, nie są już w stanie dokonać się masowo, bo sama transformacja pozwoliła nam na istnienie indywidualne i w małych społecznościach (rodzinach, gronach sąsiadów, grupach znajomych – także w Internecie – dzielnicach, wsiach i miasteczkach). I paradoksalnie to najbardziej prowincjonalne (miejskie i wiejskie) widma mają największy wpływ na nasze wyobrażenia i fantazmaty.

Kaszpirowski pragnie wybudzić społeczeństwo z popkulturowej hipnozy. Zapomina jednak, że dawno przestaliśmy wierzyć w jego sztuczki.

Paulina Kubas, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 262/2018

 

Teatr Zagłębia w Sosnowcu i Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

Tekst i dramaturgia: Paweł Soszyński
Reżyseria: Jakub Skrzywanek
Inspirowane stroną internetową i książką Olgi Drendy
Scenografia i kostiumy: Anna Maria Karczmarska i Mikołaj Małek
Reżyseria światła: Piotr Nykowski
Muzyka: Kamil Tuszyński
Choreografia: Oskar Malinowski
Konsultacje wokalne: Anna Mansfeld
Zdjęcia: Bartek Warzecha

Obsada: Natasza Aleksandrowitch [g], Agnieszka Bałaga-Okońska [g], Angelika CegielskaIrena SierakowskaIrena Wójcik, Kamil Bochniak [g], Michał KoselaPiotr Mokrzycki, Tomasz Muszyński [g]

fot. Bartek Warzecha