W pogoni za wolnością (Manru)

W pogoni za wolnością (Manru)

Rok 2018 to czas, w którym nieustannie wracamy myślą do odzyskanej sto lat wcześniej niepodległości. Próbujemy zastanawiać się, czym ona jest i jak z niej korzystamy. W szerszej perspektywie myślimy nie tylko o suwerenności państwowej, ale także naszej osobistej wolności. W tę dyskusję idealnie wpisuje się jedyna opera Ignacego Jana Paderewskiego, która owego tematu dotyka na wiele sposobów.

W partyturze, obok wytwornej erudycji, przebija talent samodzielny, pomysłowość melodyczna i porywająca żywiołowość. Paderewski posiada fantazję i temperament. Gdyby partycja „Manru” przyniosła nam tylko scenę z aktu drugiego pomiędzy Manru a Ulaną, czarującą pieśń miłosną, duet kochanków, wstęp do aktu trzeciego, marsz cygański, już przyznać by jej można było arcyzaszczytne miejsce we współczesnej literaturze operowej. (cyt. za: H. Opieński, Paderewski, Kraków 1960, s. 61). Fragmenty, dla których podziw wyraził Edward Pierson w recenzji dla miesięcznika Die Musik w 1901 roku po prapremierze, niewątpliwie stanowią o niezwykłości dzieła Paderewskiego, jednak urzeka ono pięknem nie tylko poszczególnych numerów. Stylizacje muzyki cygańskiej czy góralskiej nadają operze szczególny koloryt i, choć dramaturgia nie zawsze jest logiczna, chętnie dajemy się wciągnąć w rozterki bohaterów.

Manru jest bowiem historią o ludzkich pragnieniach, potrzebach, a także byciu  odrzuconym. Tytułowy bohater wiąże się z Ulaną, która przez małżeństwo z Cyganem zostaje wykluczona ze wspólnoty wiejskiej, a matka nie chce przyjąć jej pod swój dach. Manru z kolei tęskni za swoim cygańskim życiem pełnym swobody, jednak on również nie jest w taborze mile widziany. Ostatecznie jednak porzuca on żonę i syna, a cygańska brać obwołuje go wodzem, występując przeciwko dotychczasowemu przywódcy. Gdy Ulana dowiaduje się o tym, rzuca się z rozpaczy do jeziora.

Marek Weiss, reżyser spektaklu miał jednak inny pomysł na zakończenie, wskazując, że rodzicielska miłość może wygrać z poczuciem zdrady, gdyż Ulana, widząc swojego syna, decyduje się pozostać przy życiu. Sytuacja, w jakiej się znalazła, nie jest jednak optymistyczna, gdyż wciąż pozostaje odrzucona przez społeczeństwo.  Weiss postanowił ponadto uwspółcześnić swoją realizację: zamiast taboru cygańskiego widzimy harleyowców, a górali zastąpiła społeczność wiejska bawiąca się w domu weselnym przystrojonym w kiczowate bibuły i balony. Poza tym nie zdecydował się jednak na odważniejszy krok proponujący nowe odczytanie dzieła – a szkoda, bo mając na uwadze trwające obecnie spory i debaty dotyczące różnego rodzaju wykluczeń społecznych, dzieło mogło wybrzmieć zdecydowanie bardziej dosadnie. Jak w czasach Paderewskiego, tak i teraz możemy zaobserwować dyskryminacje na tle etnicznym, zatem jest to kwestia nietracąca na aktualności. Zabrakło jednak akcentu mówiącego o stosunku reżysera do tego rodzaju problemów, opowiedzenia się za którąkolwiek ze stron. Weiss pozostał tu jedynie biernym obserwatorem.

Niewątpliwym atutem inscenizacji była obsada, z której szczególnie odznaczył się Mikołaj Zalasiński grający rolę zakochanego w Ulanie zielarza Uroka. Jego doświadczenie pozwoliło mu świetnie poradzić sobie z trudną i rozbudowaną partią wokalną, a zarazem stworzyć perfekcyjną kreację aktorską. Na słowa uznania zasługuje również Magdalena Nowacka, która pokazała Ulanę jako czułą i troskliwą matkę i jednocześnie kobietę desperacko pragnącą miłości męża, wierzącą w to, że potrzeby i pragnienia mogą się zmienić. Dominik Sutowicz z kolei świetnie pokazał konflikt głównego bohatera oraz jego rozdarcie pomiędzy przysięgą i rodziną a swobodnym życiem bez dachu nad głową i zobowiązań. To pierwsze w jego rozumieniu wiązało się z niewolą, to drugie – z wolnością.

Całości dobrego wrażenia dopełniła orkiestra, która pod batutą Tadeusza Kozłowskiego wyzyskała koloryt partytury Paderewskiego. Dobrze przygotowane kulminacje, pięknie brzmiące tutti czy delikatność (jak choćby w kołysance Ulany) pozwoliły podziwiać świetny zmysł instrumentacyjny, którym cechuje się dzieło XX-wiecznego kompozytora.

Elementem zakłócającym odbiór była choreografia Izadory Weiss nieprzystająca do inscenizacji i niedopracowana w szczegółach. Brak synchronizacji i zagubienie tancerzy spowodowały, że elementy taneczne były raczej niemiłym przerywnikiem niż fragmentem spektaklu.

Manru jest operą wystawioną z okazji stulecia wolności i opowiadającą o tym, że od niej wszystko się zaczyna. By żyć, nie krzywdząc drugiego człowieka, potrzebne jest odrzucenie uprzedzeń i stereotypów, aby, jak w wypadku matki Ulany, nie skazać się na utratę dziecka lub, jak mieszkańcy wsi, nie żyć w niegasnącej nienawiści. By móc podejmować, nawet jeśli – jak Manru – błędne, to jednak własne, odważne decyzje.

 

Paulina Książek, Teatralia Poznań

Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 271/2019

 

Teatr Wielki w Poznaniu
Ignacy Jan Paderewski
Manru
libretto: Alfred Nossig
dyrygent: Tadeusz Kozłowski
reżyseria: Marek Weiss
scenografia i kostiumy: Kaspar Glarner
choreografia: Izadora Weiss
obsada: Dominik Sutowicz (Manru), Magdalena Nowacka (Ulana), Mikołaj Zalasiński (Urok), Anna Lubańska (Jadwiga), Galina Kuklina (Aza), Szymon Kobyliński (Jagu), Damian Konieczek (Oros)
premiera: 12 października 2018, Teatr Wielki – Opera Narodowa

 

Paulina Książek (ur. 1996), klarnecistka, studentka muzykologii, organizatorka wydarzeń kulturalnych, krytyk muzyczny. Zafascynowana postaciami szalonych kobiet w muzyce im poświęca swoją drogę naukową. W wolnym czasie uwielbia rzeźbić w drewnie.