Upadek tekturowego imperium

Upadek tekturowego imperium

Dawno, dawno temu miasto położone na siedmiu wzgórzach dało początek wielkiemu imperium. Na północy sięgało ono aż po ośnieżone szczyty Galii, na południu zaś – po wybrzeża Afryki. Przez wieki dzielnie odpierało ataki wrogich ludów, dało ludzkości Senekę, Owidiusza, uniwersalny alfabet, akwedukty, młyny i utwardzone drogi. Osłabione barbarzyńskimi najazdami i konfliktami wewnętrznymi runęło niczym domek z kart po ponad tysiącletnim istnieniu. Imperialne dążenia odżywały w ludzkości jeszcze wiele razy. Powstawały różne imperia, jednak żadne nie zapisało w historii tak wielu czarnych kart, jak rozciągające się od Moskwy po Kamczatkę i Magadan Imperium Zła. Jego wpływy sięgały aż po Berlin, przyniosły ludzkości łagry, czystki i puste sklepowe półki. W końcu jednak i ono okazało się wątłą konstrukcją ze sklejki i papieru.

O tym, że gliniane nogi nie są w stanie udźwignąć kolosa, wiedział zarówno Szekspir, jak i Heiner Müller. Wojtek Klemm także doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że papier nie jest najlepszym budulcem na pałace, twierdze i mury obronne. Wystarczy uderzyć, a zaczyna się rwać. Byle podmuch może obrócić w nicość całą konstrukcję. Pomimo tego, a może właśnie dlatego, aby pokazać krakowskiej publiczności Anatomię Tytusa. Fall of Rome, autorstwa wspomnianego już wcześniej niemieckiego twórcy, reżyser zdecydował się obstawić scenę kameralną Narodowego Starego Teatru ściankami z taniego, brązowego kartonu. Co jakiś czas tekturowe płaty odpadają i obnażają przeciekającą instalację wodociągową. W ten sposób przestrzeń zaczyna grać w spektaklu i zapowiada zbliżającą się katastrofę. Ta niezbyt wyszukana w swej architektonicznej formie budowla posiada centralną wnękę, która jest wyobrażeniem łaźni. Pod zwisającymi z sufitu prysznicami tłoczą się szekspirowsko-müllerowskie postaci, które w niczym nie przypominają znanych z kart historii rzymskich obywateli. Kim więc są? Ich brudne, nagie ciała wyglądają jak po całym dniu ciężkiej, fizycznej pracy. Czy to kurz z pola walki? Raczej błoto lub pył z kopalni. Stojące gdzieś w kącie, tandetne torby ze sztucznego tworzywa, dobrze znane nam z tak zwanych ruskich bazarków, potęgują nieodparte skojarzenia z robotnikami radzieckiej fabryki czy kołchozu. Sugeruje je przede wszystkim wiedza na temat genezy tekstu Müllera – jednego z najwybitniejszych dramaturgów drugiej połowy XX wieku, którego twórczość ukształtowało doświadczenie socjalizmu i podzielonych Niemiec. Mimo możliwości wyjazdu całe życie spędził on w Niemieckiej Republice Demokratycznej, traktując tamtejszą rzeczywistość jako źródło inspiracji i materiał do swoich tekstów. Jego Anatomia Tytusa to przepisanie, ponowne odczytanie Tytusa Andronikusa Williama Szekspira. Bez wątpienia Rzym u Müllera nie jest Rzymem, a tylko zgrabną metaforą, zewnętrznym obrazkiem. Müller opowiada nie o mglistym „wczoraj”, lecz o własnym „dzisiaj”. Z kolei dla Wojtka Klemma codzienność pisarza jest już historią, w której mimo wszystko stara się odnaleźć analogie do naszej rzeczywistości. Bo czy współczesna cywilizacja europejska, w której od pewnego czasu przesuwa się niezmienne od wieków akcenty, burzy hierarchię wartości i miesza znaczenia, to nie kolejne, chylące się ku upadkowi, papierowe imperium? Przyjrzyjmy się mu z bliska.

Po skończonej kąpieli robotnicy lub – jak kto woli – obywatele wdziewają jednakowe, białe szlafroki (postmodernistyczna wariacja na temat rzymskich tóg?), odebrane z rąk będącegojuż w gotowości niewolnika, zwanego dalej Murzynem. U Szekspira zwą go Aaronem, u Klemma imię to pada niezwykle rzadko. Inni stygmatyzują go poprzez ciągłe przypominanie o jego przynależności etnicznej. Stygmatyzują, ponieważ słowo „Murzyn” w nieodpowiednich ustach zyskuje status obelgi, staje się synonimem słowa „sługa”, a Murzyn to taki sługa, którego można wykorzystywać, przestawiać jak krzesło i używać w roli podnóżka.

Wiktor Loga-Skarczewski stworzył niezwykle interesującą i wyrazistą postać bez konieczności nacierania rąk i twarzy czarną szminką. Półnagi, w długich spodniach uszytych z materiału o wzorze imitującym skórę dzikiego zwierzęcia, porusza się groteskowo, jego ruchy są bardziej małpie niż ludzkie. Po chwili jednak staje w pozycji wyprostowanej, by wygłosić gorzki monolog, składający się z dobrze znanych nam, rasistowsko-ksenofobicznych dowcipów, dotykających nie tylko przedstawicieli rasy czarnej. Loga-Skarczewski prezentuje w nim szerokie spektrum ksenofobii współczesnego świata: przyjęło się twierdzić, że cokolwiek by się działo, jest to winą Żydów, od 11 września 2001 roku każdy muzułmanin urasta do rangi terrorysty, a Polacy i Rumuni to leniwi gastarbeiterzy, sprytnie wykorzystujący system socjalny państw zachodnich, z narodową niemal skłonnością do kradzieży. Kolejnym dowcipom towarzyszy gromki, sztuczny śmiech, generowany przez muzyka siedzącego za konsoletą, nieopodal sceny. Dominik Strycharski jest artystą i technikiem dźwięku w jednym. Można odnieść wrażenie, że oprócz ilustrowania rozgrywających się na scenie wydarzeń przenika do świata bohaterów, wchodzi w rolę opinii publicznej.

Kolejną znamienną cechą tej osobliwej hybrydy świata starożytnego, socjalistycznego wczoraj i konsumpcyjno-hedonistycznego dzisiaj jest pomieszanie znaczeń. W szekspirowsko-müllerowskim imperium semantyka uczuć, relacji i zachowań jest poważnie zaburzona. Niska, niemal rynsztokowa erotyka wkrada się tam, gdzie powinno być miejsce na ciepło i szacunek. Matczyne pocałunki Tamory (Katarzyna Krzanowska) i jej synów (Krzysztof Wieszczek i Grzegorz Grabowski) przypominają namiętne karesy kochanków. Jednoznaczne skojarzenia budzi także pocałunek z Lawinią (Paulina Puślednik). Ta sama Lawinia, ubrana w różową sukieneczkę, staje się centralną postacią najmocniejszej sceny w spektaklu Klemma, w której gwałt zakończony brutalnym okaleczeniem – obcięciem rąk oraz wyrwaniem języka – przedstawiony został w konwencji dziecięcej zabawy, szczeniackich zalotów. Dziewczyna przekomarza się z synami Tamory, którzy w końcu zaczynają szarpać jej sukienkę i polewać wodą, nucąc przy tym znaną przedszkolną piosenkę o robieniu prania. Kiedy odchodzą, dziewczyna miota się po scenie, wymachując żałośnie pustymi rękawami. Klemm pokazał, jak za pomocą prostej, choć nieoczywistej, metaforyki wyrazić można na scenie rzeczy smutne, trudne, brutalne bez epatowania estetyką z pogranicza pornografii i kroniki kryminalnej. Zaryzykuję stwierdzenie, że dzięki temu zapadają onew pamięć na dłużej.

Pomimo wyraźnego kontekstu historycznego Anatomia Tytusa ma niewiele wspólnego z tradycyjnie pojętym teatrem politycznym. Większość współczesnych Müllerowi, subtelnych kontekstów widz wyłowi jedynie dzięki zdobytej wcześniej wiedzy historycznej. Nie ma tu czerwonych gwiazd, sierpów, młotów, a imiona i nazwy geograficzne pochodzą wprost od Szekspira. Dzięki temu tekst napisany w dobie zimnej wojny staje się boleśnie aktualny także w XXI wieku. Tekturowe imperium to przecież nasz świat. Świat zanikających wartości, pomieszanych znaczeń, zemsty i walki o władzę. Świat, w którym od czasów Tytusa Andronikusa, poprzez Szekspira i Müllera, tak wiele i niewiele się zmieniło.

Katarzyna Misiuk, Teatralia Kraków

Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Anatomia Tytusa Fall of Rome

Heiner Müller

reżyseria: Wojtek Klemm
scenografia: Mascha Mazur
przekład: Monika Muskała
dramaturgia: Igor Stokfiszewski
kostiumy: Julia Kornacka
muzyka: Dominik Strycharski
choreografia: Efrat Stempler
światło: Torsten König
obsada:
Wiktor Loga-Skarczewski: Aaron
Grzegorz Grabowski: Chiron
Krzysztof Wieszczek: Demetriusz
Beata Paluch: Klaun
Paulina Puślednik: Lawina
Błażej Peszek: Lucjusz
Arkadiusz Brykalski: Marek
Krzysztof Zawadzki: Saturnin
Marcin Kalisz: Syn/Got/Trup
Katarzyna Krzanowska: Tamora
Jan Peszek: Tytus

premiera: 12 czerwca 2012