Trzeba uważać

Trzeba uważać

Czekanie na sukces na Mazurach, zmaganie się ze sławą w Seattle, niezdecydowana gwiazda i kobieta znienawidzona przez wszystkich. To wszystko okraszone przerywnikami muzycznymi, delikatniejszą Nirvaną i ostrzejszym Hole, czyli Strzępka i Demirski zrobili spektakl Courtney Love.

Wchodzimy w nieczystą, grunge’ową przestrzeń. Stary garaż i luksusowy apartament – nie ma tu różnicy, gdzie akurat jesteśmy, jest w miarę mrocznie i całkiem chaotycznie. Sterta łóżek z nieświeżą pościelą, z jakimś telewizorem w tle, stolikiem ogrodowym z przodu i zwyczajną ziemią po środku, potęgują wrażenie wszechobecnego brudu. I tak właściwie ma być, w końcu wkraczamy w życie Nirvany, legendy alternatywnego świata.

Mimo że spektakl na pierwszy plan wysuwa Courtney Love, to nie da się jej interpretować w oderwaniu od Kurta Cobaina. Drapieżna i waleczna, jawi się najmocniejszą postacią w spektaklu. W ostrym makijażu i wyzywających ciuchach dba nie tylko o swoją karierę, ale też o sławę męża, od której właściwie zależy jej istnienie. Jednocześnie prowokuje i pcha chłopców w stronę show biznesu, a z drugiej okazuje się ich największym wyrzutem w walce o zaprzedanie się. Nic dziwnego, że była atakowana przez wszystkich. Nienawidzili jej fani Nirvany, gardzili nią członkowie zespołu, upatrując w niej przyczyny klęsk kariery. Katarzyna Strączek w głównej roli zdaje się być najbardziej przekonująca. Zdecydowanie wybija się na tle marazmu reszty muzyków. A przede wszystkim na tle męża – melancholika, wiecznie narzekającego artystycznego impotenta, który nawet zabić się porządnie nie umie (próbuje trzy razy). Cobain jest wiecznie niezdecydowany, z jednej strony marzy o sukcesie, czyta przewodniki jak zostać gwiazdą, z drugiej ostro trzyma się swojej buntowniczej stylówy. Nie może stworzyć nic nowego, stany depresyjne łączą się ze zrywami agresji i nie wnoszą niczego twórczego. Nawet przeboje kultowej grupy grane są jakby powierzchownie, żadna piosenka nie wybrzmiała w oryginale do końca, dźwięki tylko zahaczają o dobrze znane utwory, nigdy nie realizując ich w pełni, zawsze będąc owocem impotencji. Przeciwnie przeboje zespołu Courtney – one brzmią ostro i chyba najautentyczniej w całym przedstawieniu.

Świat komercji został zestawiony z młodzieńczymi ideałami. Uzależnienie od youtube’a czy duże festiwale muzyczne nastawione na sprzedaż bigosu, alkoholu i muzyki kontrastują z buntem nastolatków, tych jeszcze niewinnych, którzy krzyczą do mikrofonu o wolności. U Strzępki i Demirskiego mieszają się czasy, kraje i przestrzenie, z patologicznego domu Cobainów przenosimy się na Mazury na prowincjonalny wieczorek z graniem i śpiewaniem. Marzenia o sukcesie chłopaczków z kapeli przeplatają się z autentycznym sukcesem wielkiego zespołu, jedni chłopcy (grani oczywiście przez tych samych aktorów) marzą o życiu tych drugich, z kolei mężczyźni z Nirvany uciekają marzeniami do czasów sprzed sukcesu, gdzie nie było presji i trudnych decyzji. Równolegle życie gwiazd muzyki  zestawiono ze starym, skostniałym małżeństwem, które marzy o szaleństwie gwiazd rocka. To płynne przechodzenie postaci wydaje się najciekawszym elementem przedstawienia.

Historia Nirvany nie ma prawa się skończyć dobrze, bo niby jak? Wizją obchodzenia 70-lecia zespołu, gdzie ekipa staruszków nie może utrzymać gitary, a Cobain nie pamięta już słów? Absurdalnymi podrygami rozlatujących się od narkotycznej przeszłości ludzi? A może powrotem na łono natury i jedzeniem zdrowych śniadań w gronie przyjaciół? Obie wersje są niedorzeczne i zdają się reakcją na bunt przeciwko śmierci i niewesołemu zakończeniu. To alternatywy sprawdzającą potencjalne możliwości, które nigdy nie wybrzmią, bo koniec musi być taki jak konkluzja: niezrealizowany, ociężały i po prostu smutny. Ciąg dalszy Nirvany i Hole, zespołów skończonych, zdaje się delikatnie realizować w postaci córki Cobaina i Love – Frances, granej przez Michała Opalińskiego. Ten owoc destrukcyjnej miłości pojawia się często i płaczliwie między koncertami. Głośna i domagająca się uwagi, tak jak matka, walczy ułomnie o odrobinę miłości. Ma w sobie też prawdziwą agresję – nienawidzi fanów ojca tak samo, jak on ich nie znosił.

Całość została podzielona na dwie części i o ile pierwsza płynie dość wartko, to druga jest przydługawa, grane utwory już nie ożywiają, lecz nużą, a końcowy monolog Courtney wypada jakoś głupio. To ostatecznie bardzo przygnębiający spektakl. Nie kończy się hucznym, koncertowym sukcesem, mimo że brawa są głośne. Nie można zacząć od nowa, spróbować jeszcze raz. Całość owiana jest jakimś przesłaniem na granicy zdań „nie ma nadziei” i „trzeba uważać”.

Karolina Łodygowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” dodatek do nr 79/2013

6. Festiwal Boska Komedia, 8-15 grudnia w Krakowie
Teatr Polski we Wrocławiu
Courtney Love
reżyseria: Monika Strzępka
scenografia: Michał Korchowiec
choreografia: Rafał Urbacki
muzyka: Jan Suświłło
światła: Monika Strzępka
dramaturgia: Paweł Demirski
kostiumy: Michał Korchowiec
przygotowanie wokalne: Magdalena Śniadecka-Skrzypek
przygotowanie instrumentalne: Rafał Matuszak
obsada: Agnieszka Kwietniewska, Katarzyna Strączek, Adam Cywka, Mariusz Kiljan, Andrzej Kłak, Igor Kujawski, Michał Majnicz, Michał Mrozek, Michał Opaliński, Marcin Pempuś
premiera: 30 grudnia 2012
fot. Natalia Kabanow