Trucizna słów (Kto się boi Virginii Woolf?)

Reaktywacja dramatu Edwarda Albee’ego, tym razem na deskach Teatru Wybrzeże, przyniosła reżyserowi Grzegorzowi Wiśniewskiemu niebywały sukces. Siarczysty przekład Jacka Poniedziałka werbalnie iskrzy na scenie za sprawą kapitalnego aktorstwa. Duet Kolak i Baka znów przeszedł sam siebie, choć z tonu nie spuszcza również para młodych, ale doświadczonych artystów – Dałek i Biedroń. Czy można tu mówić o arcydziele? Bezsprzecznie tak.

O tym, jak świetnie aktorsko mają się ku sobie Dorota Kolak i Mirosław Baka wiedzą ci, którzy zetknęli się z nimi m.in. w znakomitych spektaklach Krystyny Jandy (Seks dla opornych, Raj dla opornych). Ona – Marta, córka rektora uczelni. On – George, wykładowca historii na tymże uniwersytecie, nie do końca spełniony pod względem kariery zawodowej. Podczas późnego wieczoru zakrapianego alkoholem, niewinne przepychanki słowne przeradzają się w prawdziwe potoki uszczypliwości. Podchmielona Marta na każdym kroku dyskredytuje męża, podważa jego sukcesy naukowe, zamieniając je w życiową porażkę, nieudacznictwo. George nie pozostaje jej dłużny. Chłostając żonę chłodnym cynizmem słów, zachowuje przy tym postawę rasowego stoika. Jeśli ktoś z widzów myślałby, że na tym prywatnym piekiełku sztuka się kończy, to doświadcza zaledwie jego przedsionka. Atmosfera zagęszcza się wraz z pojawieniem się pary gości, świeżej krwi w środowisku uniwersyteckim – Nicka oraz jego głupiutkiej, naiwnej żony Honey. Ich wizyta podsyca tylko obopólne chęci gospodarzy do wzajemnego upokorzenia się. Młodzi początkowo stają się publicznością tego teatrzyku nienawiści, lecz z czasem samoistnie zostają wchłonięci w jego scenariusz i na jaw wychodzą niesnaski, pretensje i bolączki ich własnego małżeństwa.

Arcyironiczna i przesiąknięta sarkazmem wymiana „uprzejmości” między postaciami przekształca się u Wiśniewskiego w psychologiczne i psychodeliczne zarazem studium relacji międzyludzkich i aberracji, zachodzących wewnątrz ich struktury. Im większa przepaść rodzi się między bohaterami, tym intensywniejsza ich wzajemna zajadłość. Każdy przytyk, nieuprzejmość jest nie tylko próbą wstrząśnięcia drugą osobą, zwrócenia na siebie uwagi, ale krzykiem skarlałej, zapomnianej, być może zgasłej już miłości.

Aktorskim popisom scenicznym sprzyja przyjęte przez twórcę Zmierzchu bogów ciągłe załamywanie konwencji ideowej spektaklu. Z farsy bardzo płynnie przechodzi się tu w tony tragizmu i odwrotnie. W konsekwencji publiczność traci orientację i czujność wobec strategicznego momentu, w którym reżyser, a za nim i aktorzy, zaczynają z widzem pogrywać i sprowadzać go na interpretacyjne manowce. Obcujemy z tym choćby w scenie, w której George „morduje” Martę. W momencie przeładowania broni zamiast śmiercionośnej kuli wystrzeliwuje z lufy srebrny parasol. Epizod składający się na obłąkańcze rzucanie się po scenie obnażonej Marty również ma na celu oszukanie widza. W tym nieskładnym miotaniu się i szaleńczym ciskaniu książkami widzielibyśmy tragizm postaci, jej wewnętrzne rozdarcie, po czym okazuje się, że bohaterka szukała jedynie pilota, chcąc ściszyć drażniącą ją muzykę.

W Kto się boi Virginii Woolf? każdy element jawi się jako komplementarny wobec całości zamysłu reżyserskiego. Popisową kontrę Doroty Kolak (Marta) i Mirosława Baki (George) dopełniają kreacje Piotra Biedronia jako rozbuchanego seksualnie, dziarskiego Nicka i fajtłapowatej, głośnej, nieokrzesanej, ale wzbudzającej krztę litości Honey, w którą wciela się niezapomniana Paula z Amatorek – Katarzyna Dałek. Prócz doborowej, podkreślającej nastrój przedstawienia muzyki w opracowaniu Rafała Kowalczyka, kluczową rolę odgrywa w nim scenografia autorstwa Barbary Hanickiej. Zamykająca bohaterów w klaustrofobicznych ramach trójwymiarowa ściana, złożona z samych nieskładnie poustawianych książek, pełniąca rolę mieszkania, sugeruje nie tylko środowisko intelektualne, z którego wywodzą się sami jego lokatorzy, ale przede wszystkim bałagan i chaos ich wewnętrznego życia. W wyobrażeniu tym upatrywać można by metaforycznego obrazu domu jako zaniedbanego, nieodkurzanego antykwariatu, którego nikt nie odwiedza, w którym przechadzają się zaledwie cienie dawnych opowieści, historii, życiowych narracji, nie mających niestety szczęśliwego zakończenia.

Kto się boi Virginii Woolf? to swoista appassionata uczuć ubrana w kostium doskonałego, dojrzałego aktorstwa. Wiśniewski udowadnia, że kultowa i jakże często goszcząca na teatralnych deskach sztuka Albee’ego może być odczytana na nowo i wyposażona w alternatywny arsenał rozwiązań dramaturgicznych. Spektakl, który nie zwalnia tempa ani na minutę, pożera i wypluwa widza emocjonalnie, wciągając w wir niepokojącej, mrocznej gry pozbawiającej złudzeń co do wygranych. Słowem, by ustrzec się od kwiecistego rezonerstwa – majstersztyk w każdym calu.

 

Anna Kołodziejska, Teatralia Trójmiasto
Magazyn Internetowy „Teatralia”, numer 152/2015

 

Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Edward Albee

Kto się boi Virginii Woolf?

przekład: Jacek Poniedziałek

reżyseria: Grzegorz Wiśniewski

scenografia: Barbara Hanicka

opracowanie muzyczne: Rafał Kowalczyk

reżyseria świateł: Marek Kozakiewicz

obsada: Dorota Kolak, Katarzyna Dałek, Mirosław Baka, Piotr Biedroń

premiera: 2 października 2015

fot. materiały teatru

Anna Kołodziejska – rocznik 1983. Bez literatury, muzyki i kina nie wyobraża sobie egzystencji. Trosk skutecznie pozbywa się podczas górskich eskapad. Teatr jest dla niej po trosze wszystkim: zapomnieniem, wyrocznią, tajemnicą, poznaniem... życiem, bo jego istota z niego wyrasta.