Triumf pingwina

Triumf pingwina

Wódka, kobieta, Bóg lub jego brak, karabiny, słoneczne spacery, uczty z kisielu, chwała umytych nóg, brednie o miłości, która nie dopuszcza albo dopuszcza się bezwstydu, szuka albo nie szuka poklasku, słowne banały barbarzyńców na bóle w krzyżach, wspomnienia radości i zaskakująco dużo śmiechu (nie gorzkiego, nie jak ołów, ale pełnego ufnej prostoty, wzruszającej naiwności) – tak na śmietniku młodości żyją tytułowi Chłopcy, podopieczni zakonnego przytułku dla samotnych seniorów.

Nie byli nieudacznikami – to dawni profesorowie, przedsiębiorcy i wojskowi, a jednak zdruzgotani i poniżeni trafili tu, do lichego domu starców pod boleściwymi stopami Chrystusa, aby odegrać sztubacką komedię o wielkim spisku sekretnego picia wódki, przywrócić podwórkowe podziały
na grupy osiedlowych królów i tchórzliwych, nieco zidiociałych smarkaczy, a przede wszystkim, aby jakoś zagadać ponurą perspektywę wieczności, uciszyć świadomość utraconej godności. Chłopcy błaznują, wygadują różne, mniej lub bardziej wiarygodne, anegdoty, konfabulują, plotkują,
z wypiekami na twarzach i szeroko otwartymi ze zdumienia oczami obserwują zaokienne miłosne historie, a na krzesłach niczym rumakach, w oparach wódki galopują w zakazane Nieznane. Przypomina to niemalże zapaśniczą walkę staruszków (dzielnych, pełnych godności,
choć broniących się nieco nieporadnie) z „pingwinim” systemem o to, aby choć na chwilę wskrzesić roztrzaskanego, słodkiego ptaka młodości. Przedstawicielką tego „pingwiniego systemu”
jest młodziutka, paranoiczna, piskliwa zakonnica (świetna Dorota Segda), której śni się żelazna dyscyplina. Jej marzenie skutecznie unicestwiają, często groteskowe i głupkowate, wybryki podstarzałych łotrzyków. Mimo to, za jej sprawą, w karykaturalnie zarysowanej przestrzeni, powoli dojrzewają rządy silnej ręki.

Chłopięcość bohaterów ma dwuznaczny wymiar. Z jednej strony oznacza detronizację atrybutów męskości, a przez to kapitulację wobec niezależności i swobody, szwankowanie rozsądku
oraz obumieranie siły intelektu. Z drugiej jest odrodzeniem potencjału widzenia świata
we wszelkich jego dziwnościach, tęsknotą za anarchią, dążeniem do wspólnoty, pragnieniem buntu, wielką ochotą na bezwstydne zakpienie z reguł i aroganckie szelmostwo. Starcy dziecinnieją niejako na rzecz manifestacji życia, które w końcu zostaje docenione. Wewnętrzne sprzeczności, rozdarcia i pęknięcia postaci doskonale obrazują nieco figlarne, ale także naznaczone głębokim smutkiem, mistrzowskie kreacje aktorskie. Ambiwalentność postawy swojej postaci najlepiej odgrywa Jerzy Trela. Jego Kalmita ma, w przeciwieństwie od innych bohaterów, świadomość bycia na granicy oraz faktu, że z formy można uciec tylko w inną formę. Oscyluje między piekłem teraźniejszości a zaprzepaszczonym niebem możliwości – pamięta o czynach i słowach,
które
w istocie zawsze tkwiły w jego potencji, ale nie zostały doprowadzone do spełnienia. Wie o mocy słów, które potrafi skutecznie stosować, ale jednocześnie pozwala się ranić i poniżać. Historia jego życia staje się wielką metaforą zakamuflowanego zniewolenia, pragnienia określoności.

Spektakl dzieli się na dwie skontrastowane ze sobą części, które wyznaczają projekcje
z wypowiedziami krakowskich przechodniów: młodych ludzi o życiu osób starszych i starszych –
o młodości. Film jako niezależne źródło narracji staje się zarówno kontekstem, jak i komentarzem dla scenicznej akcji, wpisując tym samym spektakl w społeczny, międzypokoleniowy dyskurs
o zdesakralizowanej starości, o wszelkich kłopotach z umieraniem. Jednocześnie nagrania stanowią niezwykle ponurą pointę, której rozwinięciem i dopełnieniem będzie ostatnia scena inscenizacji Nalepy – swoisty triumf Pingwina.

W opustoszałym pokoju jednego z pensjonariuszy – teraz świetlicy – unosi się atmosfera Kantorowskiego Teatru Śmierci. Uwięzieni między drewnianymi mebelkami, otępieni i ironicznie wepchnięci w formy smutnych maluszków, staruszkowie wiedzą, że już niewiele dobrego może
się im przytrafić. Siedzą przed nami jak niegdyś siedzieli w szkolnej ławce. Siostra Maria wciela się w rolę ciepłej matuli, ale jej pieszczotliwe dotyki, litościwe spojrzenia, słowa pocieszenia
są jak gwoździe – skrywają, maskowane dumną ideą dobra, okrucieństwo. Pensjonariusze siedzą tam bez złudzeń, bezradnie czekając na koniec. Umierania nie mogą już zagadać, słowa odeszły pierwsze. Tak w ciszy i bezruchu, w jednostajnym rytmie przesuwanych figur szachowych
oraz przeszywającej pustką i wieczną nudą muzyki Marcina Mirowskiego bohaterowie podążają
w stronę wielkiego „nikąd”. Nalepa pozbawia ich ostatecznej szansy obcowania ze światem,
w którym wciąż można zaistnieć. Ich egzystencja, dopiero teraz, stała się niemożliwym
do zniesienia więzieniem. Ale my wciąż możemy się śmiać – humorem wisielców – z matki przełożonej wrzeszczącej „dupa!” i kredkowej twórczości „zdziecinniałych” starców.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia” nr 34/2012

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Chłopcy

Stanisław Grochowiak

reżyseria: Adam Nalepa

dramaturgia: Jakub Roszkowski
scenografia: Maciej Chojnacki
muzyka: Marcin Mirowski
wideo: Michał Trojanowski

obsada:
Babcia Peloponez: Lidia Duda
Hrabina de Profundis: Aldona Grochal
Jo-Jo: Leszek Piskorz
Kalmita: Jerzy Trela
Narcyza Kalmitowa: Anna Dymna
Pożarski: Mieczysław Grąbka
Profesor: Jerzy Święch
Siostra Maria: Dorota Segda
Siostra Przełożona: Anna Polony
Smarkul: Aleksander Fabisiak
Zuzia: Małgorzata Gałkowska

oraz Mieczysław Mejza

premiera: 29 września 2012

Alicja Müller (ur.1991) – studentka filologii polskiej, z Teatraliami związana od 2010 roku, miłośniczka absurdu i dadaistów, mieszka w Krakowie.