Szaleństwo pięknych głosów (Król Roger)

Szaleństwo pięknych głosów (Król Roger)

Opera Król Roger to cudowne dziecko kompozytora Karola Szymanowskiego i pisarza Jarosława Iwaszkiewicza, do której napisali wspólnie libretto. Co ciekawe, cudowność polega tu na przewrotnym odstępstwie od doskonałości gatunkowej. I chyba właśnie to przywiodło mnie do Opery Krakowskiej na najnowszy spektakl w reżyserii Michała Znanieckiego.

Z pewnością nie było mi dane zachwycić się wszystkim niuansami poszczególnych sekwencji muzycznych, w przeciwieństwie do rzeszy pasjonatów-znawców obecnych na sali. Bycie laikiem ma jednak swoje dobre strony – pozwala widzieć to, co dla eksperta jest już zbyt błahe. A z perspektywy odbioru spektaklu jako dzieła złożonego i heterogenicznego, wykraczającego poza dominację jednego tylko czynnika – w tym wypadku muzyki – można było dopatrzeć się tutaj istnego teatru w teatrze. Czy raczej – teatru w operze. Ale o tym za chwilę.

Pierwszy akt rozpoczyna się dosyć nietypowo jak na ten gatunek, krótko mówiąc: zbyt spokojnie w sferze emocji, za jednostajnie. Po prawej i lewej stronie na schodach wiodących na scenę ustawiają się dwie grupy ludzi ubranych w czarne uniformy, przywodzące na myśl hybrydę duchownego z żołnierzem. W dosyć monotonny, właściwy zaśpiewom religijnym sposób intonują pieśń. Nasuwa się raczej skojarzenie z koncertem muzyki poważnej albo chóru kościelnego. Dodatkowo zastosowanie kilku przestrzeni – wspomnianych schodów, proscenium oraz drugiego planu za na pół transparentną przesłoną – intensyfikuje nastrój powagi i skupienia właściwy sferze sacrum. Koniecznie trzeba dodać, że reżyser dokonał przeniesienia akcji opery z dwunastowiecznego królestwa Sycylii pod rządami króla Rogera II z rodu normańskiego w czasy nawet nie tyle nam współczesne, co po prostu w kontekst bardziej uniwersalny. W kolejnych sekwencjach Roger (Mariusz Kwiecień) w otoczeniu synka i żony Roksany (Katarzyna Oleś-Blacha) zasiądzie przy stole i… zacznie czytać gazetę. Przestrzeń sceniczna ogranicza się do stołu, krzeseł i przesłon pokrytych wielojęzycznymi napisami (m.in. łacina, jidysz, pismo arabskie, które to prawdopodobnie nawiązują do etnicznego kolorytu królestwa Rogera z pierwowzoru nakreślonego w libretcie).

W planie fabularnym najważniejszym wydarzeniem pierwszego aktu jest spotkanie króla z tajemniczym pasterzem, który podobno mąci ludziom w głowach opowieściami i pieśniami o swoim Bogu. Pasterz (Pavlo Tolstoy), przypominający wyglądem samego Rogera (a wrażenie to będzie się pogłębiać aż do kulminacyjnej sceny „lustra” w akcie II) wprawia go w zakłopotanie, wywołując jednocześnie dziwną fascynację. Widz odczytać to może jednak nie z gry aktorskiej – ta wciąż finalnie pozostaje w krępującym gorsecie konwencji operowej – ale z możliwości wokalnych artystów. Roger Mariusza Kwietnia to głos opanowany, nieznoszący sprzeciwu. Tym bardziej więc działają na wyobraźnię te momenty, kiedy w partie Kwietnia wkrada się dynamizujące napięcie. Z kolei Roksana niemal idealnie zespolona jest ze swoim sopranowym głosem. Trudno w jej przypadku mówić nawet o grze aktorskiej, bo ta musiała ustąpić miejsca reakcji ciała na śpiew. Stąd też cały dramatyzm przeszywającego sopranu odbija się w grymasie jej twarzy i spazmatycznych gestach. Prawdziwe apogeum szaleństwa przyniesie dopiero akt II. Objawi się ono zarówno w ekstatycznym tańcu i śpiewie Roksany, jak i w panicznym lęku Rogera przed zawaleniem się  świata starych, dobrze mu znanych wartości, z utratą stabilności własnego „ja” –  jako króla, mężczyzny i człowieka.

Scenografia w Królu Rogerze wydaje się mieć dwa zupełnie różne oblicza. O ile w pierwszym i drugim akcie pełni raczej ilustracyjne lub wręcz pasywne funkcje względem muzyki i działań scenicznych, o tyle całkowicie zmienia swój charakter w trzecim, ostatnim akcie. Tam została już pomyślana jako wyraźnie dominująca. I tym razem to od niej zaczyna się budowanie nastoju. Monumentalne bloki skalne, nie tyle imitujące nawet górski krajobraz, ile oddające potęgę natury wobec człowieka, przywodzą na myśl poetyckie projekty scenografii totalnej w duchu Adolphe’a Appii, wielkiego reformatora teatru przełomu XIX i XX wieku.

Wspomniane na początku drugie dno spektaklu w dosłowny sposób sięga najniżej ulokowanej przestrzeni opery, czyli kanału dla orkiestry. Podczas antraktu – tej ciekawej „narośli” na tkance spektaklu, gdzie jest się i nie jest zarazem widzem – można wreszcie bezkarnie pogapić się na to, co niedostępne oku (a szkoda!) podczas gry. Na krzesłach, chwilę temu opuszczonych przez muzyków, gdzieniegdzie leżą kolorowe szmatki do czyszczenia danego instrumentu, gdzie indziej etui na okulary, okulary bez etui, portfel. Uwagę zwraca też wydeptany, chciałoby się wręcz napisać „zużyty” drewniany parkiet, a już najbardziej w miejscu, gdzie stoi dyrygent. Na pulpicie spoczywa batuta, teraz pozbawiona mocy. Podczas spektaklu to bodaj jedyny (względnie – jeden z niewielu) dostrzegalny z widowni przedmiot, będący gwarantem, że muzyka, którą słyszymy jest wykonywana na żywo. Performans orkiestry jest o tyle skuteczny, o ile muzycy nie wychylają nosa, tudzież smyczka, poza ścianę kanału. Cóż, taka konwencja opery. Pozostaje więc spektakl wyobrażeniowy, o tym jak muzycy szturmują scenę, a instrumenty muzycznie wydobyte na wierzch od środka rozsadzają strukturę linearnej opowieści o królu, który szukał siebie, sensu i wyzwolenia absolutnego.

 

Agnieszka  Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 152/2015

 

Opera Krakowska

Karol Szymanowski

Król Roger

reżyseria i kostiumy: Michał Znaniecki
kierownictwo muzyczne: Łukasz Borowicz
scenografia: Luigi Scoglio
choreografia: Diana Theocharidis
przygotowanie chóru: Zygmunt Magiera
przygotowanie chóru dziecięcego: Marek Kluza
reżyseria światła: Bogumił Palewicz

kostiumy – współpraca: Joanna Medyńska

obsada: Mariusz Kwiecień (Roger), Katarzyna Oleś-Blacha (Roksana), Pavlo Tolstoy (Pasterz), Adam Sobierajski (Edrisi), Przemysław Firek (Arcykapłan), Monika Korybalska (Diakonisa) oraz orkiestra, chór, chór dziecięcy i balet Opery Krakowskiej

premiera: 13 listopada 2015

Na zdjęciu: Mariusz-Kwiecień, fot. Ryszard Kornecki