Subiektywno-wybiórczy przegląd Przeglądu (Przegląd Piosenki Aktorskiej 2016)

Subiektywno-wybiórczy przegląd Przeglądu (Przegląd Piosenki Aktorskiej 2016)

Gdyby chcieć znaleźć wspólny mianownik dla spektakli i koncertów tegorocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, zapewne… zakończyłoby się to niepowodzeniem. Redakcja „Teatraliów” nie lubi ponosić porażek, więc uniknie tego niebezpieczeństwa, relacjonując przeglądowe wydarzenia bardzo wybiórczo. Zestawienie jest natomiast całkowicie subiektywne, uzależnione od kaprysów redaktorek. Dlaczego tak? Bo taki właśnie kapryśny i bezkompromisowy był Przegląd, którego stery w 2016 roku objął Cezary Studniak – my tylko realizujemy przyjętą przez organizatorów ideologię bycia artystycznie nieskrępowanym.

 Nietoperz

Prezentowany pierwszego dnia Przeglądu Piosenki Aktorskiej Nietoperz stanowi idealny przykład połączenia teatru dramatycznego i muzycznego. Właściwie jest czymś więcej niż tylko połączeniem – perfekcyjnie zaciera granicę pomiędzy tymi dwoma formami scenicznej wypowiedzi. Aktorzy TR Warszawa udowadniają, że aktor dramatyczny nie musi bać się śpiewu, a przejmujący spektakl z powodzeniem może miejscami zamieniać się w operetkową farsę, nie tracąc przy tym na swej sile.

Katarzyna Mikołajewska

 

Bohater. Monodram Macieja Musiałowskiego

Maciej Musiałowski – laureat ubiegłorocznego konkursu piosenki aktorskiej – odważył się w tym roku pokazać swój monodram. Odważył się słusznie, bo jego aktorski i wokalny potencjał jest bezdyskusyjny. Tym większe rozczarowanie sprawia sam kształt spektaklu. Monodram rozchodzi się w szwach, jakby twórcy, mając zbyt wiele pomysłów na wykorzystanie talentów Musiałowskiego, ostatecznie na scenie zaprezentowali brak jakiejkolwiek spójnej wizji. W tekście często powtarzają się te same myśli i motywy, a innym razem zupełnie bez zachowania narracyjnej spójności dramaturg przeskakuje na całkiem inny wątek. Musiałowski bierze na siebie ciężar niedopracowanego tekstu oraz inscenizacji i będąc scenicznym kameleonem sprawia, że półtorej godziny spędzone w Capitolu, nie staje się ostatecznie czasem całkowicie zmarnowanym.

Katarzyna Mikołajewska

 4.’12 – i koniec

Agata Duda-Gracz bardzo niebezpiecznie zbliżyła się do granicy wytrzymałości widza i maksymalnie napięła strunę jego poczucia humoru na temat sztuki teatralnej. Miał to być eksperyment, w ramach którego podając jedynie nazwisko reżyserki oraz kompozytora (Leszek Możdżer), a także informując o ponad setce zaangażowanych w przedsięwzięcie aktorów, organizatorzy badali preferencje widzów, a konkretnie – ich frekwencję. Wynik był niemalże oczywisty – nazwiska zobowiązują i bilety rozeszły się na pniu. Ostatecznie spragnieni kultury wysokiej za 9,99zł widzowie otrzymali widowisko trwające – jak stało w tytule – 4 minuty i 12 sekund, w czasie którego około setki aktorów przeszło przez scenę, ustawiło się w zgodnych szeregach, by po chwili równie zgodnie paść nagłą śmiercią poprzez rozstrzelanie z karabinów. Finalnie giną wszyscy, na scenę pada setka ciał i dopiero wówczas rozpoczyna się prawdziwe widowisko. Jego akcja przenosi się na widownię, gdzie niedowierzanie miesza się z irytacją. Każdemu wedle własnego sumienia pozostaje rozsądzić to, co widział, oraz to, dlaczego dał się tak łatwo wmanipulować w wycieczkę do Teatru Polskiego. Ja widzę w tym ogromny potencjał badań naukowych dla studentów kierunków socjo-pokrewnych.

Katarzyna Mikołajewska

 

Zły Pan, czyli nie tylko dla dorosłych bajka

Spektakl prezentowany w nurcie OFF, choć bardziej określiłabym go mianem kameralnego, aniżeli offowego. Mała, skromna forma, w której twórcy nie usiłowali zawrzeć więcej niż było to potrzebne i konieczne. Zdecydowanym atutem przedstawienia jest obsada, w której znaleźli się między innymi artyści Capitolu, bo wszyscy świetnie poradzili sobie zarówno z mówionymi, jak i śpiewanymi rolami. Historia jest do bólu prosta, ojciec rodziny ma dwa skrajne oblicza, a świat przedstawiany jest z perspektywy dziecka. Naiwne teksty i zero-jedynkowe rozumienie relacji międzyludzkich znajdują więc swoje uzasadnienie w koncepcji, aby narratorem nie był dorosły – pozostaje sporna kwestia tego, kto powinien być adresatem spektaklu.

Katarzyna Mikołajewska

 

Do nie-siebie samego

Kameralny, poetycki spektakl, w którym zabawa z dźwiękiem i przestrzenią partneruje powadze słowa. Mała powierzchnia sali Teatru Arka została zagospodarowana w stu procentach, tworząc unikatowy klimat ciasnego współistnienia widzów, aktorów i muzyków. Zwłaszcza ci ostatni (Piotr Hetman, Ola Wasik i Robin Błaszkiewicz) zaskakują. Perkusista wciśnięty w małe wgłębienie nad drzwiami (gdzie prawdopodobnie musiał dostać się przy pomocy drabiny), w ciemności wydaje się przyczajoną nad wejściem, wieloramienną istotą, połączoną z otaczającymi go talerzami i bębnami. W oświetlonym niebieskim światłem pomieszczeniu z tyłu widać tylko cień wibrafonistki, a gitarzysta siedzi prawie niewidoczny w kącie. Miejsca dla widzów ustawione są przy ścianach w różnych miejscach sali, a aktorzy, którzy działają pomiędzy nimi, czasami muszą wręcz specjalnie przeciskać się i omijać nogi oglądających. Już od samego początku widzimy siedzącą na ziemi Agatę Obłąkowską-Woubishet, która bawi się zbiorem małych, jakby kupionych na targu staroci, przedmiotów: kasetą magnetofonową, metalową kulką, małą buteleczką, kawałkiem drutu czy starą lalką. Aktorka precyzyjnie przekłada i układa przedmioty według sobie tylko znanego schematu – jak małe, bawiące się dziecko. Ponieważ artystka siedzi na podłodze w środku sali, wchodzący widzowie muszą ją i jej przedmioty omijać. Niektórzy z nich, w zgiełku towarzyszącym wchodzeniu grupy ludzi do przyciemnionej przestrzeni, nawet jej nie zauważają, do momentu, w którym prawie wpadną na aktorkę lub nieumyślnie nadepną na starą kasetę lub wazonik. Wyżej, na scenie, znajduje się druga grupa podobnych starych przedmiotów: nimi będzie bawił się główny bohater Marek (Wojtek Marcinkowski), po wejściu tymi samymi drzwiami, którymi dostali się do środka widzowie. Manipulowanie tymi, zdawałoby się przypadkowymi, rzeczami stanowi istotny element spektaklu. Marek pokazuje nam swój wyobrażony świat, gdzie dziwaczne, niezrozumiałe ruchy i przestawienia przedmiotów łączą się z poetyckim tekstem, którego fabularny sens ciężko wyłapać. Ma to wszystko jednak zaskakujący i odświeżający urok. Widzimy Marka w rozmyślaniach w domu, na spotkaniu z kumplem, matką, tajemniczą kobietą czy dziwną lekarką. Wszystko wydaje się jak z pokawałkowanego, nielogicznego snu – i przez to jest jednocześnie piękne i wciągające. Członkowie Grupy „Przypadkiem”, którzy są realizatorami tego teatralnego projektu, są, co zdecydowanie rzuca się w oczy, niesamowicie zaangażowani w to, co robią. Skutkuje to porywającą szczerością i wdziękiem aktorów oraz umożliwia zupełne wejście widzów w tworzony przed nimi (ale także pomiędzy nimi i bardzo blisko nich) inny świat.

Zuzanna Zajt

 

Bowie Horror Story

Mateusz Baran jest autorem, reżyserem i wykonawcą koncertu-spektaklu Bowie Horror Story. Jak można wnioskować z tytułu, wciela się tutaj w postać Davida Bowiego. Muszę jednak powiedzieć, i może podyktowane jest to moim emocjonalnym stosunkiem do postaci tej zmarłej gwiazdy, że nie wychodzi mu to najlepiej. Spektakl miał opowiadać o Bowiem-kosmicie, dziwnym przybyszu z innego świata. W wykonaniu Barana natomiast tego właśnie brakuje – uczucia dziwności, które towarzyszyło obserwowaniu na scenie czy w teledyskach Davida. Aktorowi partneruje na scenie zespół muzyków, którzy wykonują covery znanych (i często uwielbianych) piosenek. Mimo świetnego głosu aktora odnosiłam ciągłe wrażenie, że znalazłam się na koncercie samozwańczego zespołu rockowego grupy licealistów-outsiderów. Gwiazdorzenie wykonawcy nie miało właściwie żadnych punktów wspólnych z gwiazdorstwem odgrywanego piosenkarza – mogło być co najwyżej luźną interpretacją zachowań anonimowej „gwiazdy rocka”. Nie pomogły spektaklowi również dymy i światła stroboskopowe, których nieustannego migotania można mieć zupełnie dość już po pierwszych pięciu minutach. Widownia domagała się co prawda bisów – część muzyczna była zagrana i zaśpiewana jak dobry koncert, który może spodobałby mi się bardziej w jakimś zadymionym pubie, a nie na sali teatralnej. Trudno jednak wybaczyć wykonawcy utracenie finezji dawnych gwiazd, gdy do historii tych właśnie gwiazd próbuje się spektaklem powrócić.

Zuzanna Zajt

 

Katarzyna Mikołajewska, Zuzanna Zajt, Teatralia Wrocław

Magazyn Internetowy „Teatralia”, numer  173/2016

 

  1. Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, 13-22 maja 2016

Nietoperz

reżyseria: Kornél Mundruczó

 

Bohater. Monodram Macieja Musiałowskiego

reżyseria: Jacek Bała

 

4.’12 – i koniec

reżyseria: Agata Duda-Gracz

 

Zły Pan, czyli nie tylko dla dorosłych bajka

reżyseria: Sabina Misakiewicz

 

Do nie-siebie samego

reżyseria: Grupa „Przypadkiem”

 

Bowie Horror Story

 

reżyseria: Mateusz Baran

 

Katarzyna Mikołajewska – rocznik 89. Absolwentka kulturoznawstwa ze specjalnością krytyka artystyczna. W „Teatraliach” od 2010 roku. Recenzuje spektakle także dla „artPapieru”, „Czasu Kultury” i redaguje dział Teatr w „2Miesięczniku. Piśmie ludzi przełomowych”. Kiedy nie przesiaduje we wrocławskich teatrach, lubi uprawiać turystykę teatralną, choć żałuje, że wciąż ma na to zbyt mało czasu.

 

Zuzanna Zajt – absolwentka teatrologii na UJ. Zawodowo przekonuje dziesięciolatki, że teatr to coś zupełnie innego niż „takie kino, tylko gorsze”.