Śmierć na życzenie

Niebezpiecznie się lekarze w Pana Boga bawią. Ratują to, co – jak mogłoby się wydawać – skazane jest na nieistnienie albo odbierają tchnienie pragnącym cierpieć mniej. Często dzieje się jakoś tak, że śmierć przechodzi koło uszu, z palcem na ustach. Rzadko wystawia się ją na pokaz. A wsadzenie jej w ramy rozbuchanego muzyczno-teatralnego żywiołu zakrawałoby na profanację i bluźnierstwo, gdyby nie mądra, przekorna ironia, która służy twórcom Nietoperza.

Węgierski reżyser, Kornél Mundruczó, by opowiedzieć o eutanazji, tworzy szaloną rewię, redefiniującą pojęcie operetki. Idiotyczna z założenia, skazana na intelektualną pustkę „podkasana muza” przekształca się bowiem w mroczne, bliskie czarnej komedii, widowisko, będące próbą zapisu nieogarnialności spraw ostatecznych. Powstaje dojmująca tragifarsa, co obraca się w przypowieść o nierozstrzygalności moralnych i etycznych dylematów. Świat zawsze kończy się tak samo. Klęską racjonalności.

Grudniowy wieczór. Ostatni dzień roku. Pora umierać, ale – jak u Bataille’a – święto trwa. W kiczowatej klinice śmierci dusze ulatują z ciał w rytmie operetki Johanna Straussa. Kolorowe balony wznoszą się beztrosko pod cmentarnym sufitem i jedynie ściany zdają się czasem złowieszczo trząść. Gustaw, emerytowany dyrygent (genialny Sebastian Pawlak) chce odejść, ponieważ serce ma chore, a – ograniczony do granic łóżka – świat stał się dla niego więzieniem. Jego żona także zażyje truciznę, bo trochę nie wyobraża sobie ciągu dalszego bez ukochanego, a trochę znudziła się już istnieniem. Bohaterowie odpływają, zajadając czekoladki, a spokojną szczęśliwość zakłóca tylko spektakularny ryk ich córki (świetna Roma Gąsiorowska), nieco wyuzdanej alkoholiczki, która – pod maską chłodnej obojętności – skrywa kruchą, bezbronną miłość. Figura zrozpaczonej nieszczęśnicy posłużyła reżyserowi do pokazania różnych sposobów oswajania śmierci i radzenia sobie z jej traumą. Metod, jak się prędko okaże, bezowocnych i poniżających. Ani seks, ani szampan, ani nawet, kulturowo przyjęty jako oczyszczający, płacz nie zneutralizują szoku. Nie przezwyciężą cierpienia. Karykaturalna histeria kobiety stoi w wyraźnej opozycji do wyidealizowanego widoku cicho odchodzącej pary. Tak, Mundruczó bawi się chwytami czysto komediowymi, ale nie czyni tego, byśmy poczuli się lepiej. Już w pierwszej scenie Węgier narzuca widzom niewygodną rolę świadków. Obserwatorów, których milczenie interpretowane będzie nie jako realizacja teatralnej konwencji, ale wyraz obojętności lub, co gorsza, przyzwolenia na manipulacje prawdą życia.

Jedna z najmocniejszych scen spektaklu to tragedia asystentki-kochanki właściciela klinki (poruszająca Małgorzata Buczkowska), czyli udramatyzowany proces odkrywania ciemnej strony zabaw w Stwórcę. Kobieta zaczyna rozumieć, że Doktor Śmierć służy przede wszystkim samemu sobie. Zatrzymuje bowiem serca nie tylko tych nazbyt długo pożeranych przez choroby, ale i tych, co – po prostu – zapragnęli końca. Tak opowieść snuta w Nietoperzu, nienachalnie i naturalnie, włącza się do powszechnej dyskusji o kontrowersjach wokół eutanazji.

Sceniczna rzeczywistość przypomina synekdochę świata po śmierci Boga. Tragiczni bohaterowie raz po raz przemieniają się w członków popkulturowego zespołu, którzy w towarzystwie syntezatora i rockowej gitary, wyśpiewują arie o absurdzie istnienia. Śpiewają zarazem pięknie, jak bezradnie i potwornie. Być może ufają, że pieśń ocala. Nawet trupy biorą udział w owej groteskowej, przepełnionej goryczą klaunadzie. To nieustanne przełamywanie konwencji, balansowanie na granicy kiczu, perwersji i dziwnego dostojeństwa tylko podkreśla egzystencjalny tragizm postaci. Dynamiczna zmienność obrazów oraz nadmiar dźwięków, szlochów, efektów specjalnych i panicznego rechotu uwypukla zaś coraz gęściej piętrzące się i kotłujące wątpliwości.

Sztuczność tych scen pozwala na zachowanie – właściwego dla obcowania z metaforami – dystansu. Dopiero pojawienie się w zamkniętym już szpitalu-cmentarzyku ułomnego chłopca (wybitny Dawid Ogrodnik) prawdziwie wstrząsa. Ogrodnik wciela się w rolę młodzieńca skazanego na nieustanną, konwulsyjną szamotaninę ciała, które zdaje się samo-nienawidzić. Hipernaturalistycznie powykrzywiany i drżący, reprezentuje istnienie przeklęte, zdegradowane chorobą, a przy tym rozpaczliwie broniące się przed nicością. Bohater niejako ucieleśnia walkę Erosa i Tanatosa. Jego historia to jedna z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających opowieści o woli życia, jakie zdarzyło mi się oglądać.

W finale Nietoperza cały zespół wykonuje włoski hit Te Amo. Kiczowaty utwór wybrzmiewa niczym doniosły hymn o miłości, ale – paradoksalnie – jednocześnie wydaje się naiwną, żałosną piosenką szeptaną, gdy trzeba pokazać, że jest się dzielnym, że się niczego nie boi. Rozegrały się dramaty nie do cofnięcia. Teraz idzie tylko oto, by jakoś dalej oddychać.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, dodatek nr 79/2013

6. Festiwal Boska Komedia, 8-15 grudnia w Krakowie
Teatr Rozmaitości w Warszawie
Nietoperz
reżyseria, światło i wideo: Kornél Mundruczó
scenariusz: Kata Wéber, Kornél Mundruczó
scenografia i kostiumy: Márton Ágh
muzyka: János Szemenyei
dramaturg: Gábor Thury
obsada: Małgorzata Buczkowska, Roma Gąsiorowska, Agnieszka Podsiadlik, Justyna Wasilewska, Rafał Maćkowiak, Dawid Ogrodnik, Sebastian Pawlak, Adam Woronowicz
premiera: 20 września 2012
fot. Kuba Dąbrowski

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.