Słońce i inne gwiazdy (Maciej Korbowa i Bellatrix)

Słońce i inne gwiazdy (Maciej Korbowa i Bellatrix)

Na początku było słowo. Słowo autora-stwórcy wyłaniające się z Witkiewiczowskich narośli metafizycznego niepokoju. Dominujący logos, który rządzi na dystans obszarem zawłaszczonej sceny. Z tą jakże hegemonistyczną tradycją mierzy się Krystian Lupa. Podejmuje z nią nie tyle dialog (dialogom wszakże brak wywrotowego uroku), co krytyczno-ironiczną polemikę. A gest ten jest zaledwie punktem wyjścia Macieja Korbowy i Bellatrix, podszewką dla kolejnych warstw spektaklu utkanego z dwóch Materii – tak zwanej Mitycznej i Pierwotnej,

W pierwszej z nich Lupa zabiera głos. Dosłownie. Chrząknięciami, pomrukiwaniem, śmiechem czy kąśliwymi uwagami komentuje to, co dzieje się na scenie. Niejako bierze sprawę, nie na bary, a na bas, któremu w Materii Pierwotnej wtóruje tenor Tomasza Węgorzewskiego jako jej reżysera. Tego rodzaju werbalne wariacje podtrzymują status tak zwanego nadzorcy przekazu, z drugiej poprzez prowokacyjne wyeksponowanie tegoż statusu wykorzystuje go do krytyki jego samego. Krystian Lupa powiedział: „przerwa!”. I jest przerwa. „Kurtyna!” – i zostaje ona zaciągnięta. Strofowanie aktorów przeplata się z pobłażliwym rechotem. Na przykład podczas karkołomnej wspinaczki Cayambe (Joanna Żurawska-Federowicz), obutej w co najmniej dziesięciocentymetrowe szpilki, po pochyłej konstrukcji, gdzieś z tyłu głowy dochodzi głos „Zaraz się przewróci, zaraz się przewróci”, który po chwili zauważa z niejakim zdziwieniem „O, nie przewróciła się”. Reżyser podejmuje piekielnie inteligentną grę z modelem przedstawienia przedstawiającego samego twórcę. Prowadzi dwuznaczne tête-à-têe z odtwarzaniem – ową realnością raktowaną przez Artauda jako ekskrement rozumu. Nawet scenografia zmienia się na oczach widzów. Krzątanina ekipy technicznej, warkot wiertarki i sam Krystian Lupa obecny (już nie tylko głosem, ale również ciałem i tylko podczas premiery) na scenie zdają się uosabiać ostateczną kompromitację teatralnego mimesis.

Publiczność skonfrontowana z tą szczególną sytuacją początkowo popada w dezorientację, a główki zwracają się to w stronę sceny, to w kierunku reżyserki. Chcąc nie chcąc, również stajemy się częścią krytycznego programu. Bo oddzieleni od aktorów czerwoną kratą, niejako podglądamy obraz niedyskretnego uroku dekadencji, raz smaganej, a raz łechtanej batem-słowem twórcy. To wymuszenie spojrzenia vojeura (znamienne „a co oni tak patrzą?” padające zza kraty) nasuwa refleksję na temat modelu biernych widzów-konsumentów.

Słowo się rzekło. Teraz kolej na pamięć, bo to ona, w opozycji do sztywnego szkieletu logosu, stanowi delikatną tkankę spektaklu. Jej penetracjawymuszona powrotem do doświadczeń dyplomu PWST z 1993 roku przefiltrowana przez upływający czas. Efektem jest zawiła gra w zmiennych rejestrach pamięci, produkująca stan permanentnego napięcia pomiędzy zapominaniem i pamiętaniem. Zmarszczki czasu i fałdki wieku wykorzystał Lupa do stworzenia bohaterów, którzy balansując na pograniczu „tam” i „tu”, nurzają się w swoistym déjà vu.

Po dwóch częściach Materii Mitycznej na podstawie dramatu następuje ostatni element w wykonaniu Węgorzewskiego, który można określić mianem In Progress (bo taki też napis pojawia się na ścianie). Jest to obraz skondensowanego procesu powstawania spektaklu. Synteza poszukiwania twórczej kreacji, a raczej niemożności jej osiągnięcia czyli uporczywa idée fixe Witkacego. I tak jak w twórczości oraz dziełach głosiciela teorii Czystej Formy nieodłącznym elementem była kolekcja różnego rodzaju środków odurzających, tak w In Progress Joanna Żurawska-Federowicz vel Cayambe nawołuje: „Zróbmy coś w końcu! Upijmy się, weźmy narkotyki, zróbmy jakąś piękną hochsztaplerkę”. Przecież nie z każdego spotkania musi wyniknąć coś konstruktywnego. Czasem z finezją trzeba zderzyć się z Nicością.

Wielowątkowa narracja Macieja Korbowy i Bellatrix prowadzi na grząskie rejony problemu wolności i zniewolenia. Na scenie (i poza nią) rozgrywa się przepychanka pomiędzy tymi dwoma antagonizmami. Od autonomii (lub jej braku) teatru, poprzez twórczą kreację, aż do samego życia. Ale starcie to już w założeniu ma byś skazane na porażkę – pięknie zaplanowaną porażkę. To ironiczna opowieść o niemożliwości. Bo jak zauważyła Bellatrix – „Nasza swoboda są to najsubtelniejsze więzy”.

Katarzyna Oczkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 137/2015

Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Maciej Korbowa i Bellatrix

reżyseria: Krystian Lupa

kostiumy: Piotr Skiba

asystent reżysera: Tomasz Węgorzewski

obsada: Małgorzata Maślanka, Barbara Szotek-Stonawski, Agnieszka Trzyna, Joanna Żurawska-Federowicz, Paweł Deląg, Radosław Krzyżowski, Tadeusz P. Łomnicki, Artur Rzegocki

premiera: 28 kwietnia 2015

fot. mat. teatru

Katarzyna Oczkowska – doktorantka w Instytucie Sztuki PAN. Zajmuje się polską sztuką współczesną ze szczególną słabością do kontrastów – od subtelności po kamp.