Seans bezsensu (Hrabina Batory)

„Tu nieważny jest sens, to jest seans” – mówi jedna z postaci w Hrabinie Batory. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że odrobina sensu by się przydała, podobnie jak funkcjonalna forma zamiast postępującego rozwalania scenicznego świata (w finale zresztą dosłownego, dokonywanego za pomocą kijów bejsbolowych rozdawanych publiczności).

W trzeciej części kieleckiego tryptyku Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin znów przyglądają się postaci kobiety posiadającej władzę, ale i w pewien sposób wyrzuconej poza nawias społeczeństwa poprzez swoje – delikatnie mówiąc – ekscentryczne zachowania. Tym razem jednak duet odrzucił spojrzenie na bohaterkę przez pryzmat historyczny: sposobu mówienia o niej, zachowanych źródeł… Nie był on najważniejszy we wcześniejszych przedstawieniach, ale nadawał zwykle bardzo emocjonalnemu ujęciu jakiś rodzaj tła czy też kontekstu, tematyzując zarazem sam proces wytwarzania zbiorowej pamięci. Tym razem trudno w ogóle o nim mówić, bo nie ma tu historii ani przez duże, ani przez małe „h”. Spektakl rozbito na trzydzieści trzy różnej długości „dni”, z których każdy opatrzono tytułem wyświetlanym ponad sceną. Dni są bardzo krótkie, jednak Hrabina Batory ciągnie się w nieskończoność jak piekielne męki morderczyni, która jest chyba okrutniejszym katem dla siebie niż dla swoich ofiar. Te zresztą pojawiają się jedynie w roli chóru, którego przeraźliwy, kilkuminutowy wrzask, powtarzany dwukrotnie, koi skołatane serce Elżbiety Batory, ale odbiorców raczej denerwuje, bo sprawia wrażenie pustego i irytującego gestu.

Odejście od historycznej lub literackiej kanwy bezlitośnie obnażyło płytkość i powtarzalność teatralnego języka duetu. Bez (często ciekawszej od najdziwniejszej fabuły) historii połączonej z emocjonalnym oddziaływaniem losów postaci na widza pozostała kuriozalna forma, ucieleśniająca niemal wszystkie zarzuty, jakie można postawić teatrowi postdramatycznemu.

W przedstawieniu zbyt wiele jest różnych, intensywnych bodźców, a bohaterowie (jeśli w ogóle możemy ich tak traktować) bezustannie wpadają w istny słowotok naszpikowany licznymi odniesieniami i charakterystycznymi dla twórczości Janiczak mało udanymi (z nielicznymi wyjątkami) zabawami słownymi. I nie ma się co zasłaniać padającym ze sceny stwierdzeniem, że „dwudziestolatkowie nie są w stanie skupić uwagi na 90 minut”.

Bohaterowie nie są ludźmi, ale scenicznymi nośnikami dyskursu, nie ma więc mowy o jakiejkolwiek innej niż intelektualna reakcji na ich działania. Niestety, na tym polu niewiele zostało nam zaoferowane. Hrabina zmaga się z własnym przemijaniem i niemożliwym do uniesienia ciężarem egzystencji. Na pierwszy plan wysuwa się refleksja na temat ciała, a szczególnie ciała kobiecego, które nie jest w stanie sprostać kulturowym wymogom, a próba uczynienia tego zamienia się w walkę na śmierć i życie. „Man must be beautiful. Woman must be beautiful. Actor must be beautiful. Art must be beautiful. You must be beautiful now and forever” – głosi niezmiennie napis z tyłu sceny. Niemal prowokacyjne wydaje się więc zrobienie tak „brzydkiego”, momentami wręcz fizycznie odpychającego przedstawienia. Temu credo Elżbiety Batory czy też po prostu artykulacji społecznej presji przeciwstawiony jest inny manifest – bezsensu. Dagna Dywicka wygłasza monolog, w którym pyta o przyczyny różnych ikonicznych wydarzeń z historii kina (np. dlaczego Szpilman był taki biedny, skoro był takim świetnym pianistą?). Odpowiedź jest zawsze ta sama: bez powodu. Wydaje się, że bez powodu powstają też niektóre słowne zabiegi i nawiązania, które, skumulowane i pozbawione kontekstu, stają się pustym frazesem lub grą dla samej gry, jak choćby liczba dni, na które podzielony jest spektakl. „Number must be meaningful” – aż chce się sparafrazować. Prowadzi to jednak do sytuacji, w której język przytłacza i wyabstrahowuje cielesne, a więc intymne i prywatne doświadczenie starzenia się, o którym opowiada. Grająca tytułową rolę, Agnieszka Kwietniewska daje z siebie wszystko, lecz podobnie jak hrabina nie jest w stanie uciec przed starością, tak jedna, nawet świetna aktorka nie zdołała uratować sypiącej się struktury tekstu.

W finale wygrywa jednak cielesność i jej bezpośrednie doświadczanie. Aktorzy rozdają widzom kije bejsbolowe i zachęcają do uderzania nimi w worki z ziemią. Efektowna końcówka pozwala odbiorcom (w nieco ludyczny sposób, co kontrastuje z wcześniejszymi filozoficznymi spiętrzeniami) wyładować własne frustracje. Publiczność  jest zachęcana do wzięcia udziału w tej zabawie pasywno-agresywnymi komunikatami w rodzaju „mamy czas” i „mamy bardzo dużo czasu”. Wyżywający się wydają się jednak bardzo zadowoleni i żwawym krokiem opuszczają teatr. A po co to wszystko? Oczywiście bez powodu.

 

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn Teatralia, numer 155/2015

Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

Hrabina Batory

reżyseria: Wiktor Rubin

dramaturgia: Jolanta Janiczak

opracowanie muzyczne: Wiktor Rubin

scenografia, oświetlenie: Mirek Kaczmarek

kostiumy: Jolanta Janiczak, Hanna Maciąg

wideo: Hanna Maciąg

obsada: Dagna Dywicka, Ewelina Gronowska-Ośka, Joanna Kasperek-Artman, Agnieszka Kwietniewska, Beata Pszeniczna, Dawid Żłobiński, Bogna Żłobińska, Wojciech Niemczyk

premiera: 18 września 2015

fot. Hanna Maciąg

Aleksandra Spilkowska – ur. 1992, studentka krytyki literackiej i wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.