Sceny dla ludzi, sceny dla mnie

Sceny dla ludzi, sceny dla mnie

O Jestem jaka jestem w paryskim Espace Beaujon i Lilith za oknem w Mostowa Art Cafe w Krakowie.

Świadomie nie użyłem słowa „teatr”. Teatr oznaczyłby zbyt wiele. Instytucję, styl, estetykę, idee, ideologię. Sceny to akurat tyle, ile potrzeba. Są krótkie, jak chwile z życia.

1.

Na scenie Espace Beaujon, nieopodal Łuku Triumfalnego, Elisabeth Duda (jako „M.”) opowiada przed publicznością: „Tato François był Francuzem, / a mama Lusia – Polką. / A kim była ona, gdy przyszła na świat? / Mama już była wcześniej zakochana, / jej mężczyzna nazywał się Ilya, / chodzili na spacery i do parku…”

W tym momencie na scenę ma wejść Ilya (Tadeusz Różycki). Lecz Ilji nie ma. Elisabeth Duda przytomnie nie mówi dalej, ale na oczach rozbawionych widzów dopomina się o kochanka matki sprzed wojny: „Gdzie jest Ilya? Ilya proszony na scenę!” Ilji nie ma. Gdzieś obok pierwszego rzędu rozmawia przez komórkę. Ktoś go wypycha na scenę. Ilya wbiega po schodkach, kłania się, zdejmuje słomkowy kapelusz i otrzymuje brawa.

Jestem jaka jestem zaczyna się w latach trzydziestych w Polsce, a kończy dzisiaj, we Francji. Jeden życiorys. Aktorka „M.”. Wielość scen. Radosne dzieciństwo w Łodzi – córki francuskiego fabrykanta i urodziwej Polki. Wojna i ucieczka mercedesem. Sama z matką w Vichy, bez środków do życia. Na łące z pierwszą przyjaciółką – pszczołą la abeille. W ochronce u sióstr pod Paryżem, pod okiem surowej matki Dolores. Z licealistką Żydówką Esther na wagarach. Marzenia o eleganckich ubraniach i perfumach przed wystawami na Champs-Élysées. Dojrzewanie. Małżeństwo z komikiem kabaretowym – komunistą. Columbia i żar teatru rewolucyjnego. Zamieszki studenckie – maj 1968. Studia na Sorbonie i trudy samotnego wychowywania dziecka. Zamiast kariery na całe lata odesłana na wieś, jako nauczycielka. Powrót do Paryża i poszukiwanie straconego czasu. Na końcu samotność w paryskim hoteliku nad kanałem St. Martin i czekanie na córkę Natalie, wielką gwiazdę kina. A wcześniej – przejmujący monodram Muszelka (bilety po siedem euro) dla kilkorga widzów w wynajętej sali:

gdzieś między stacją La Chapelle

a metrem Stalingrad

na jeden wieczór

obok sklepików z hinduskim sari

koło barów gdzie sprzedają kebab i pizzę a la Grec

„M.” łapie szczęście. Traci je i goni uparcie, jak motyla. I zwykle nie jest to szczęście legalne. Ma go tyle, ile potrafi ukraść.

Chciała być wielką artystką sceny, ale życie i tak zwane okoliczności sprawiły, że nią nie została. Bo tak to jest uczestniczyć w tym, co się wokół dzieje – a przez ten czas w Europie wydarzyło się wiele – obserwować kolejne mody, wydarzenia na scenie politycznej i zawirowania, pracować, walczyć o pieniądz i czekać na swoją kolej. W jej przypadku – na życiową aktorską rolę. Dopiero występ na turystycznym bateau-mouche pływającym po Sekwanie, na którym znajduje zatrudnienie (jak dla niej – chałturę), może być tą chwilą, gdy pokazuje się jako wielka artystka. Udaje jej się wykorzystać moment i opowiedzieć własne życie.

W Espace Beaujon została przedstawiona okrojona wersja sztuki. Nie zmieściły się kabaretowe scenki z Rewolucji Francuskiej z I aktu, nie ma aktu III. W oryginale „M.” wraca do Łodzi, do krainy szczęśliwego dzieciństwa. Tam, na końcu tajemniczej podróży w czasie, spotyka rosyjskiego Żyda – być może swojego prawdziwego ojca – marszanda Ilję, uciekiniera ze stalinowskiej Rosji. W epilogu statek wraca do Paryża, na pokładzie znów pojawia się radosny Ilja, tańczący kazaczoka – jak souvenir z przeszłości.

Gdy zastanawiam się, jaki ma związek ta historia z naszym tu i teraz, przychodzi mi na myśl… bieda artystów, aktorów dzisiaj. Jest kryzys. Artyści, ludzie kultury mają marne życie. Kosztem ich egzystencji rzekomo ratuje się gospodarkę. Nikt w to nie wierzy. Znakiem biedy „M.”, jej losu, jest mały wózek na kółkach. Wiezie na nim to, co potrzebne. Informacje (gazety), grzejnik elektryczny, trochę ubrań, różne drobiazgi i poduszkę. A ona sama jest jak życie, jak Sekwana, jak Missisipi. Bieda „M.” – to moja bieda.

2.

Zmazy będą czytane w artystycznej knajpie – w Mostowa Art Cafe nad Wisłą, vis-à-vis budującej się Cricoteki. To fragmenty nowego tekstu Lilith za oknem w wykonaniu Norberta Burkowskiego – grającego u Edwarda Pasewicza w pobliskiej KraKoTece – i Moniki Frajczyk. Po Zmazach odbędzie się performance Justyny Jan-Krukowskiej.

Przygotowaniom fragmentów Lilith towarzyszy przekonanie, że scena (teatr) jest zdolna spowodować zmianę. Nie tylko poprawę lub pogorszenie nastroju. Poprawa lub pogorszenie samopoczucia są krótkotrwałe. Zmiana może wpłynąć konstruktywnie na dalsze życie. Bohater Lilith za oknem przychodzi do teatralnego „miejsca”– gabinetu psychoterapeutki – po to, aby w jego życiu dokonała się zmiana. Chce się uratować. Chce żyć. Tekst jest udramatyzowanym zapisem skomplikowanej terapii. Kolejne sceny to jej sesje.

W Lilith opisuję długą drogę pacjenta-klienta („popieprzeńca, popaprańca”– bo taką nosi ksywę w dramacie) do zdrowia. Od rozpadu jego świata, totalnej dezintegracji, przez „odrealizm” (rodzaj autyzmu) i okresy panicznego lęku – do odzyskania względnej równowagi, a w końcu czułego kontaktu z osobą i rzeczą.

Pisząc i realizując sceny, zadaję sobie pytania, z pozoru nieważne. Czemu życie – właśnie takie? Dlaczego chcemy zobaczyć je na scenie? Znajduję odpowiedzi: aby je lepiej zrozumieć, aby oglądać siebie, lepiej się zidentyfikować z treścią, przeżyć wzruszenie, szok, uzdrowienie, uznać swój (czyjś) wizerunek za faktyczny, dyskutować z nim, odrzucić. Być.

 Paweł Zapendowski

Jestem jaka jestem (spektakl czytany)

Espace Beaujon, Paryż

Premiera: 7 lutego 2013

Zmazy (fragmenty sztuki Lilith za oknem)

Mostowa Art Cafe, Kraków

Premiera: 17 marca 2013, godz. 20:20