Scena błaznów (Król Lear)

Scena błaznów (Król Lear)

Od kilkunastu miesięcy w Starym Teatrze powstaje coś na kształt pocztu królów Klaty – na pierwszej karcie mroczny, operowy Edyp, obok balonowo-sedesowy Ubu, a za nim Lear – by tak rzec – „watykański”. Trzej monarchowie, którzy raczej nie spotkają się na drodze do betlejemskiej stajenki. I to nie tylko przez historyczne nieprawdopodobieństwo. Reżyser wykreował bowiem figury władców nijak niepoddających się narzędziom porównawczym, a co za tym idzie – wprowadził do repertuaru sceny narodowej spektakle, w których próżno szukać śladów autorskiego języka ich twórcy (chyba że za taki wyznacznik uznać niekonwencjonalne, a przy tym zwykle trafione w punkt wybory muzyczne). Po spektakularnej wpadce z Ubu Królem, na scenę wraca Klata, jakiego kochamy – komiczno-krytyczny, radykalnie groteskowy, lecz także wrażliwy, może nawet czuły, mistrz ironii.

Król Lear w Starym Teatrze jest władcą Watykanu. „Nothing compares to him”– chciałoby się powiedzieć, zniekształcając nieco refren słynnej piosenki Sinéad O’Connor, której to cover na scenie wybrzmiewa równie patetycznie jak chorał gregoriański. Klata uczynił patos narzędziem stworzonym na obraz i podobieństwo karykatury. Nic co papieskie nie jest mu obce. Odprawiane wokół papieża Leara (nie-Polaka) rytuały przypominają te urządzane wokół władców-despotów czy przywódców-tyranów. Radosny okrzyk „habemus papam!” łączy się tutaj ze strachem i niejako prze-performowanym uwielbieniem. Świadomy poważnego nadwyrężenia własnej nieomylności król w sutannie dzieli majątek między córki występujące w strojach kardynałów (tylko najmłodszą gra kobieta). Wszystko (poza religijno-fanatyczną otoczką) jak u Szekspira. Reżyser autorowi dramatu nie dopisuje ni słowa (jeśli już w treść ingeruje, to tylko tnąc), ale krakowski Lear i tak niepodobny jest innym braciom swoim, w elżbietańskim pisarzu umiłowanym. U Klaty szczególnie istotna wydaje się bowiem narracja wizualna – sensy naddane pojawiają się za pośrednictwem kostiumów i wizualizacji. Aktorzy gadają Szekspirem, ale w rytmie iście mszalnym (stąd właściwy kościelnym murom pogłos). Tragedia staje się komedią, lecz tylko o tyle, o ile śmieszne są obrzędy religijnego kultu, który rzadko sięga poza powierzchowną adorację. Zespół Starego Teatru brawurowo odgrywa piramidalną hipokryzję kościoła jako instytucji. Rozczarują się jednak ci, którzy oczekują skandalu i bezpruderyjnych procederów profanacyjnych – Klata jest w swoich poczynaniach wybitnie subtelny i nawet na chwilę nie zbliża się do tych, co religię chrześcijańską czynią obiektem bezlitosnej kpiny.

Król Lear wsadzony w szaty kardynalskie staje się ładną i zgrabną metaforą mechanizmów władzy jako takiej, ale to nie krytyka kościelnych podziałów i hierarchii jest w spektaklu Klaty najbardziej dotkliwa. Reżyser szczególnie pochyla się bowiem nad dramatem starego człowieka, który w jego inscenizacji jest równie dostojny, jak żenujący; tak samo smutny, co godny pogardy. Zacierają się granice między szaleństwem a maskaradą, król staje się podobny błaznowi, a śmiech okazuje się nie mniej oczyszczający niż płacz. Pięknie Klata stopniuje wyobcowanie i dramat, człapiącego bezradnie między spiskującymi, Leara, którego w momentach iluminacji okrzykuje się największym z wariatów. Twórca ucieka w tym wszystkim od dosłowności, zwracając się w stronę poetyckiej aluzyjności.

Król szuka oparcia, choć wie, że go nie znajdzie i że skończył się czas miłości. To stary, bardzo stary i bardzo zmęczony człowiek, którego starość wydaje się stanem permanentnym – jakby nie miała ani początku, ani końca. Na papieskim tronie był on nie bardziej wolny niż na szpitalnym łóżku czy w szklanej klatce. Ból Leara wykracza poza granice czasu. Jego historia pewnie niczego nas nauczy, ale to nie do moralizatorstwa aspiruje Klata. Reżyserowi idzie raczej o samą opowieść – o zatrzymanie jej okrutnego piękna. Dlatego historię Leara opowiada zwyczajnie i prosto. Jeśli z patosem, to tylko z tym prześmiewczym (w stosunku do systemu, nie człowieka!); jeśli z ironią, to jedynie z tą czułą. Opowiada o rzeczach zdumiewających albo nawet oburzających, lecz nikogo nie chce oburzać (starość i tak w końcu nas dopadnie i zniesmaczy) i to w jego spektaklu wydaje się najbardziej olśniewające. Życie byle jak się zaczyna, byle jak się kończy – „rodząc się płaczemy, żeśmy na wielką błaznów przyszli scenę”.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 122/2015

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

William Szekspir

Król Lear

reżyseria: Jan Klata

scenografia: Justyna Łagowska

choreografia: Maćko Prusak

obsada: Krzysztof Zawadzki, Bartosz Bielenia, Roman Gancarczyk, Jacek Romanowski, Jerzy Święch, Jaśmina Polak, Jerzy Grałek, Bogdan Brzyski, Mieczysław Grąbka

premiera: 19 grudnia 2014

for. Magda Hueckel

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.