To przeklęte szczęście (41. Krakowskie Reminiscencje Teatralne)

To przeklęte szczęście (41. Krakowskie Reminiscencje Teatralne)

41. edycja Krakowskich Reminiscencji Teatralnych nosi podtytuł Kraina szczęścia, nawiązujący do marzeń i tęsknot bohaterów dramatów izraelskiego pisarza, Hanocha Levina, o lepszych czasach, które już minęły, bądź jeszcze nie nastały. Levin i postaci z jego tekstów pojawiają się oczywiście nieprzypadkowo, ponieważ tegoroczny festiwal w całości inspirowany jest kulturą i tradycją izraelską.

Trzeba dodać jeszcze, że KRT to najstarszy z festiwali teatralnych w naszym mieście. Przez lata zmieniała się jego formuła, dyrektorzy, strategie koncepcyjne i wiele innych składowych, ale mimo tych licznych przekształceń pozostała świeżość i poszukiwanie takich form teatralnych, które wciąż jeszcze są w stanie podjąć dialog z widzem. Poruszyć go i na chwilę przenieść gdzieś indziej. To coś, czego coraz częściej brakuje innym krakowskim festiwalom, i to tym cieszącym się większą popularnością i o wiele większym budżetem.

Współczesna bajka o Ichsiu Fiszerze, który stracił mały, ale ważny kawałek siebie

Warszawskie teatry IMKA i Nowy zaprezentowały spektakl na podstawie tekstu Ichś Fiszer Levina, dostarczając widzom sporej dawki surrealizmu, groteski, nostalgii i goryczy zarazem. Powstało przedstawienie na kształt współczesnej baśni o starym mężczyźnie, który w obliczu niechybnej śmierci udaje się w metaforyczno-fantazmatyczną podróż. I wcale nie wiadomo ile z tej wędrówki wydarza się w wyobraźni i snach Ichsia, a ile w rzeczywistości. Trudno uwierzyć choćby w wizytę w Japonii czy kolację u księżnej Monako z Ichsiem w roli kelnera podającego do stołu, ale najbardziej nieprawdopodobne wydaje się zdarzenie, które stało się impulsem do wyruszenia głównego bohatera w drogę. Otóż wszystko zaczęło się od monologu Ichsia nad sedesem. Rozważania o życiu, a właściwie jego przemijaniu, splotły się z refleksjami na temat fizjologii w typowy dla bohaterów Levina sposób: z nutą gorzkiego humoru. Starzenie się i rozkład ciała ma tu charakter aż nadto dosadny – podczas sikania penis Ichsia wpada do sedesu. Odtąd rozpoczyna się seria coraz to dziwniejszych zdarzeń z Ichsiem funkcjonującym jak wspólny mianownik. Absurdalny pomysł na utratę części swojego ciała (i to tak istotnej dla męskiego ego!) to także przyczynek do stawiania pytań iście filozoficznych – kim jest JA? Czy JA to bardziej ciało, czy bardziej umysł?

Marek Kalita jako bohater tytułowy intryguje spokojem i nostalgią nijak nieprzystającymi do utraty przyrodzenia, rozbraja (i rozbawia) bezradnością w typie postaci męskich z filmów Woody’ego Allena, a przy tym wszystkim wcale nie pretenduje do bycia gwiazdą, w blasku której zbladłoby światło reszty zespołu aktorskiego. Pozostali równie dobrze wpisują się w ten kabaretowo-baśniowy świat. Frenetyczny Piotr Polak w podwójnej roli jako Miś Mosze-sanitariusz i Miś Mosze-hydraulik uosabia zupełne przeciwieństwo zakompleksionego Ichsia – miejscowy macho, wyśpiewujący wprost swoje zamiary względem kobiet: „And then I’m gonna love you completely/And then I’ll fucking fuck you discreetly/ And then I’ll fucking bone you completely/ But then I’m gonna fuck you hard”. Świadoma swej seksualnej siły Aleksandra Popławska wcielająca się we wszystkie postaci kobiece – rozwiązłą Parnabachcię, jej siostrę bliźniaczkę Psazamutę i księżną Monako – dręczy na różne sposoby właściwie wszystkich mężczyzn.

Całe przedstawienie można oczywiście analizować wyłącznie w kontekscie problemów seksualnych Ichsia, co uprawomocniłoby choćby odpadniecie jego „małego”, ale taka interpretacja, to pójście na łatwiznę, bo przecież jaki koń jest, każdy widzi. O wiele ciekawsze wydaje się umieszczenie losów Ichsia, jego wędrówki, ludzi spotykanych po drodze w kontekście baśni o poszukiwaniu własnej tożsamości. Zresztą bardzo współczesnej baśni, gdzie alternatywą do snucia długich, nieśpiesznych opowieści jest euforyczny song wykonany do mikrofonu w solowym numerze.

 

 

Sól cenniejsza niż słowo

Jednym z zagrożeń teatru formy – a do tego nurtu można zaliczyć spektakl Salt of the Earth – bywa  utrata balansu między przekazem wizualno-ruchowo-muzycznym a sferą werbalną. Poetyckie i inspirujące przedstawienie w reżyserii Zviego Sahara chwilami niestety w tę pułapkę wpada – wtedy, gdy twórcy narrację podporządkowują słowu. Źle zabrzmi, jeśliby napisać, że sama historia o pisarzu-buntowniku na tle wojennej zawieruchy Izraela jest banalna. To nie tak, ale wydaje się, że słowa niweczą spójną i interesującą koncepcję polegającą na oddaniu traumy wojny takimi środkami wyrazu, które niewiele mają wspólnego z przełożeniem 1:1, a jednak trafiają w samo sedno.

Aby cokolwiek powiedzieć o tym spektaklu, trzeba koniecznie przybliżyć jak wyglądała scenografia. A jeszcze dokładniej – proces jej tworzenia, bo powstawała i ewoluowała wraz z rozwojem akcji. Punktem wyjścia jest pusta scena, czyli pole niekończących się możliwości.  Po bokach, pod ścianami znajdują się wiadra z solą,  jak można wyczytać w materiałach festiwalowych: w ilości pół tony. Kolejno pojawiają się ubrani na czarno aktorzy i tancerze. Zaczynają rozsypywać sól. Jedni czynią to niemal z namaszczeniem, inni – z dziką ekscytacją. W miarę dosypywania kolejnych kilogramów oczom widzów zaczynają ukazywać się fantastyczne krajobrazy. Wyobraźnia podpowiada skojarzenia z solnymi pejzażami znad Morza Martwego, pustynią, ale też z kraterami jakieś innej niż Ziemia planety. Wrażenie to potęguje użycie kamery, wprowadzonej bezpośrednio na scenę i skoncentrowanej na maksymalnych zbliżeniach, aby maleńkim plastikowym latarniom, samochodom czy kopczykom soli na ekranie nadać wygląd tyleż monumentalny, co budzący niepokój.

 

W historii ucieczki głównego bohatera do kibucu Ein Harod, ostatniego bastionu wolności na ziemi izraelskiej – czy też odpowiednika upragnionej krainy szczęścia, jeśliby nawiązać do motta tegorocznej edycji KRT – pojawia się jeszcze jedno zapośredniczenie. Bohater to lalka. Inspirowana na bunraku, ale jednocześnie jakby wypaczona, obdarta z indywidualnych cech i przerażająco nijaka. Jej wygląd sugeruje doświadczenia wojenne, które wyjaławiają aż do utraty własnej osobowości. I  rzeczywiście to wszystko oddają obrazy, słowa są tu zbędne i uciążliwe jak nieprzemyślany nadbagaż. Innym zapośredniczeniem jest jeszcze taniec wykonywany jakby w tle historii opowiadanej słowami. Taniec ten ma w sobie coś z bliskowschodniej egzotyki, a jednocześnie jest na tyle zmechanizowany, że przywodzi na myśl nieuchronną zagładę dawnego, może i mitycznego, ale to nieistotne, świata i tradycji.

 

Gdy duzi chłopcy chcą się zabawić

Plastic Heroes umyka zaszufladkowaniu, pobudza wyobraźnię do wyszukiwania coraz to ciekawszych określeń, by ująć werbalnie to, co właśnie zaprezentowano na scenie. Na pewno mamy tu do czynienia z myśleniem bliskim teatrowi lalek i dużą wrażliwością na teatr formy. Ale lalek przecież nie ma – są plastikowe zabawki-żołnierzyki, lalka Barbie i pluszowy tygrys. I jest jeszcze on – Ariel Doron, jeden z bohaterów wykreowanego świata, a zarazem jego stwórca i animator. Jego wyczucie materii pozwala z pozornie zwykłej zabawy pluszakiem nie tylko wyprowadzić czytelną sytuację teatralną, z precyzyjnym komunikatem, jakie emocje wysyła w danym momencie zabawka. Co tu dużo pisać – ten tygrys naprawdę  podwinął ogon i się obraził! Dawno już nie widziałam nic równie inspirującego i w dodatku tak wiele czerpiącego z możliwości oferowanych przez teatr. Teatr w najczystszym wydaniu, bez absolutnie żadnych zabrudzeń, zbędnych gestów czy słów.

Modulacja głosu lalkarza, zmiana rytmu animacji, gdy zmienia się zabawka (płynne, delikatniejsze ruchy podczas działań z tygrysem oraz dynamiczne, ostre, bardziej zmechanizowane poruszanie plastikowych żołnierzyków) to istny majstersztyk. Jakby tego było mało, to dodajmy jeszcze, że spektakl należał do tych niebezpiecznie zabawnych, grożących popłakaniem się ze śmiechu.

Wizualnie najbardziej zapada w pamięć scena tańca z Barbie. Animator, do tej pory ukryty za stołem, teraz wstaje i całe swoje ciało włącza, niemal jak przedmiot, do gry. Drobne plastikowe rączki laleczki umieszcza na swoim torsie, i to w tak subtelny sposób, że można poczuć pewien dyskomfort z powodu podglądania kogoś w intymnej sytuacji. Muzyka i nastrojowe światło w czerwonej tonacji dopełniają reszty. Aktor zaczyna rozbierać zabawkę i… ale tu następuję nagły, całkiem zabawny zwrot akcji. Jeśli już o tym mowa, to do najzabawniejszych scen należą wygibasy żołnierzyków do przeboju Hero Enrique Iglesiasa sprzed kilkunastu lat. Statyczna dotąd przestrzeń zamienia się w estradę, na której wystąpić mogą wyłącznie gwiazdy największego formatu. Lalkarz naprędce wyczarowuje spod stołu disco ball i sztuczne ognie. Obrotowa lufa miniaturowego czołgu wysyła teraz kolorowe, migoczące światełka. Żołnierzyki dają porwać się rytmowi i wyginają swoje  zabawkowe ręce do muzyki. Tak, to się działo naprawdę.

Plastic Heroes to także rodzaj fantazji dużych chłopców o wojnie. Oczywiście wielkiej, hucznej i spektakularnej, którą oczywiście to oni wygrają. Fantazjowanie w teatrze to nic złego, gorzej jednak kiedy ten czy inny duży chłopiec wojenne mrzonki ze sceny teatralnej może przenieść na scenę polityczną. Przed tym niebezpiecznym pomieszaniem fantazji i rzeczywistości ostrzega też  Doron swoim gestem artystyczno-solidarnościowym, tuż po zakończeniu właściwego pokazu. Artysta dopisuje epilog do wspomnianej już sceny z lalką Barbie – kończy przerwany striptease, już bez muzyki i przy pełnym oświetleniu. Rozebrana lalka międi nogami ma naklejony czarny X, dostaje też  do swojej plastikowej dłoni malutki transparent z napisem „Czarny protest”. I choć hasło odnosi się jednoznacznie do wiadomych wydarzeń, to wydaje się, że można potraktować je w tym wypadku szerzej, bardziej metaforycznie. Jako niezgodę na plastikowe fantazje narzucane ogółowi społeczeństwa w ramach jedynej, obowiązującej wizji rzeczywistości.

 

 

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 179/2016

 

  1. Krakowskie Reminiscencje Teatralne „Kraina szczęścia”, 7-12 października 2016, Kraków

 

Teatr Imka i Nowy Teatr

Ichś Fiszer

Hanoch Levin

tłumaczenie: Agnieszka Olek

reżyseria i adaptacja: Marek Kalita

współpraca scenograficzna, wykonanie scenografii, kostiumy: Katarzyna Adamczyk

reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk

dramaturgia: Tomasz Śpiewak

opracowanie muzyczne: Piotr Polak

asystent reżysera: Adam Kasjaniuk

inspicjent: Łukasz Jóźków
obsada: Marek Kalita, Wenanty Nosul, Piotr Polak, Aleksandra Popławska, Stephano Sambali, Tomasz Borkowski, Adam Kasjaniuk

 

Puppet Cinema i HaZira Performance Art Arena

Salt of the Earth

w oparciu o powieść Droga do Ein Harod Amosa Kenana

reżyseria: Zvi Sahar

konsultanci: Oded Littman, Aya Zaiger, Michal Vaknin

dramaturgia: Oded Littman

opracowanie i obsługa kamer: Aya Zaiger

muzyka i efekty dźwiękowe: Gai Sherf

śpiew: Rona Kenan

reżyseria światła: Adi Shimrony

twórcy lalek: Zvi Sahar, Robin Frohardt, Eti Sahar, Jessica Scott, Aya Zaiger

reżyseria lalek: JessicaScott

wykonawcy i lalkarze: Zvi Sahar, Michal Vaknin, Yuval Fingerman, Boaz Gilad, Aya Zaiger

 

Ariel Doron

Plastic Heroes

idea i wykonanie: Ariel Doron

asystenci reżysera: Rotem Elroy i David Lockard

konsultant artystyczny: Shahar Marom

design: Chinese People

video: Anael Resnick, Ariel Doron

współprodukcja: Hanut 31 Theatre, Rabinovich Foundation for the Arts

 

na zdjęciu: Plastic Heroes, fot. A. Dziedzic