Pożegnanie z ciotami

Pożegnanie z ciotami

Z majtkami na kolanach i tyłkami w śmieciach, popychając się i ściskając, kochały się w parkach niegdysiejsze cioty PRL-u. Dzieci diabła z gołębimi sercami – alfonsi, mroczni królowie, kryminalne pedały. Dzisiaj, w rytmie świńskich porno-opowieści, irracjonalnie zdychają…

Spektakl Lubiewo został wpisany w ramy ironicznego, gorzkiego reportażu o ciotach – wymierającym gatunku homoseksualnych, męskich ssaków. Dopełnieniu iluzji służą bezwstydne gry z publicznością, nieco wyrafinowane, a zarazem trochę świńskie zaloty. Pośród ekstremalnych historii miłosnych piętrzą się chłodne, gazetowo-podręcznikowe sentencje – czyta Krystyna Czubówna. Powstaje tragifarsa, która stopniowo demaskuje mechanizm desperackiego czepiania się słowa jako rytualnej ucieczki przed groteskową prawdą zużytego ciała.

Cioty namiętnie obnoszą swoją wyzywającą seksualność. Językami długimi i ostrymi bluźnią z narodowych dzieł albo bredzą o grzbietach pierwszych kochanków. Mamroczą coś o trupach i umieraniu albo śpiewają Felicita! i rozpamiętują cudowne drżenie pośladków. Gadanie zbliża je do cyrkowców, beztroskich żonglerów słów – od tej paplaniny niemalże stają na głowach i chodzą na rękach. Ględzenie, klaskanie, wzdychanie, mlaskanie – to wszystko oddala ciemne konanie oraz sprawia, że cioty umierają jakby trochę mniej.

W domu Patrycji i Lukrecji – świątyni zbrukanych żyć – od rana jest świergot. Świergocą, piszczą, że „o Boże, Bożenko”, że tęskno i straszno, że głód i bieda, że któraś „pestkę od wiśni, kurwa, znalazła”. Od rana ciągnące się fikcyjne dzieła o żołnierskich penisach, o martwych penisach, o heteroseksualnych penisach, o wyśnionych penisach… Fikcyjne, bo dla umierającego prawda jest nieistotna. W swoją ostatnią noc na ziemi cioty nie będą patrzeć w niebo, ale oddychać dymem i migotać w świetle – zapłacą wysoką cenę za to, by u kresu drogi móc przynajmniej udawać, że niczego – może poza wszami łonowymi – nie żałują. Trochę pochodzą, trochę poleżą. A wszystko będzie opowieścią. Wszystko będzie ratunkiem przed śmiercią.

Opowieść daje nadzieje na transcendencję. Przysłania posiniaczone trudnymi doświadczeniami, lepkie ciało oraz świadomość własnego zacofania i własnej sprośności. Historie bohaterek tętnią życiem użyczanym przez zatrzymaną w przestrzeni przeszłość. Świat ciot wypełniają znoszone, pamiętające wszystkie wczorajsze bale sukienki nie-wiadomo-skąd, blaknące jedwabie, rozdarte atłasy, przedwczorajsze płaszcze, poczerniałe całuny i bezczelnie pełznąca po ścianach pleśń. Opowieści składają się na śmieszne przedstawienie odgrywane, aby odwlec nieco nieuchronny zmierzch ciot. Komizm działa jak trampolina – przyrząd umożliwiający przeniknięcie mroku, perwersyjne połączenie tego, co wyuzdane acz radosne z tym, co ponure i krwawe. Katharsis w atmosferze skandalu.

W całej tej pedalskiej maskaradzie warstwami narastają historie okrutnych, brzydkich śmierci. Ponury psalm złożony z imion ciot, który otwiera i zamyka spektakl nie ma nic wspólnego ze złośliwą parodią – to pożegnalna litania. Metafora tego jak szybko, zaskakująco, nagle i często umierają cioty. Koniec spektaklu Siekluckiego będzie końcem Patrycji i Lukrecji. Końcem śmiechu i niewinnych kłamstw, conocnych zmagań z umieraniem i gasnącym poczuciem sensu istnienia. Lubiewo okazuje się seansem śmierci – cierpkim i okrutnym, zaskakująco pięknym. Panie, bądź łaskaw dla swych przeklętych córek.

Alicja Muller, Teatralia Kraków

Teatr Nowy (Kraków)

Lubiewo

na podstawie powieści Michała Witkowskiego

reżyseria: Piotr Sieklucki

scenografia: Łukasz Błażejewski

choreografia: Mikołaj Mikołajczyk

producent: Marek Kutnik

obsada: Paweł Sanakiewicz, Edward Kalisz, Krystyna Czubówna, Teofil Pietroń, Mikołaj Mikołajczyk

premiera: 5 listopada 2011 r.