Poskromienie klasyki

William Szekspir to największy twórca swego czasu i największy twórca wszechczasów. Wie o tym każdy, nawet bez lektury.  Jest on jednym z tych poetów, którzy zachwycają dlatego, że zachwycają. Szekspir to zawsze dobry wybór – wszak najbardziej lubimy te piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy.

Trudno jednakże o czymś, co wszyscy znają, powiedzieć coś nowego. Jeszcze trudniej uczynić z tego interesującą wypowiedź artystyczną. Spektakl Poskromienie złośnicy to dyplom IV roku studentów aktorstwa łódzkiej PWSFTViT, a także dyplom reżyserki Małgorzaty Warsickiej, studentki PWST w Krakowie. Świadomość, że ocenia się debiutantów także niczego nie ułatwia, bowiem z jednej strony chce się być sprawiedliwym, z drugiej zaś nikogo tą sprawiedliwością nie skrzywdzić.

„Poskromień jest tu więcej” – zapewniają autorzy spektaklu. Nie tylko złośnicy. Największym wyzwaniem było w moim odczuciu poskromienie klasyki. Ryzyko porażki jest bardzo wysokie – to tak, jak z coverami Beatlesów: tylko Joe Cocker potrafi zrobić taki, który nie wzbudza uśmiechu politowania. W przypadku Szekspira trudności nastręcza nie tyle popularność pierwszych wykonań, co niecodzienny, obco brzmiący język. Uwspółcześnić Szekspira to nie tylko ubrać aktorów w trampki. To także wypowiadać tekst ze zrozumieniem. Może zabrakło właśnie zrozumienia tekstu, może aktorów zjadła trema. Były chwile, kiedy wydawało mi się, że jestem w szkolnej ławce i słucham referatu dotyczącego konferencji w Jałcie. Mówcy beznamiętnie wygłaszają tekst, którego nie rozumiem, zupełnie nie starając się, by był on dla mnie zrozumiały. Choć należy wymienić także i chlubne wyjątki: przede wszystkim Patryka Pietrzaka, Milenę Staszuk oraz Pawła Dobka.

W spektaklu wykorzystano prolog (swoją drogą świetnie zagrany, potem coś się posypało). Aktorzy grają podwójne role, jednakże zachowana jest ciągłość fabularna. Mamy do czynienia z rzeczywistością wielopoziomową – teatrem w teatrze, a nawet teatrem w teatrze w teatrze. Bohaterowie udają i są świadomi tego, że ta rzeczywistość jest nieprawdziwa. Poddanie się formie to kolejny rodzaj poskromienia.

Z punktu widzenia współczesnych sztuka może zdawać się  mizoginistyczna. Jednakże Szekspir zbyt dobrze znał ludzką duszę, by nie wiedzieć, że pokora Katarzyny jest tylko pozorna, że gdzieś tam jeszcze czai się być może ociekający krwią Petruchia epilog (Przykłady ewentualnych zakończeń tej historii możemy znaleźć w Wesołych kumoszkach z Windsoru). Finałowa przemowa Kaśki utrzymana jest w tonie piosenki Jeszcze się tam żagiel bieli (Michalina Rodak właśnie w końcowych scenach rozwija skrzydła). Ironia jest oczywista. Jak można brać na serio jej wyznanie, że winna żona mężowi szacunek za jego ciężką pracę, poświęcenie dla niej, powagę jego mężowskiego stanu, biorąc pod uwagę to, iż szanowny małżonek permanentnie znajduje się pod większym lub nieco mniejszym wpływem alkoholu? Kto tu kogo poskramia? Petruchio Katarzynę czy Katarzyna Petruchia? A może kpią sobie ze wszystkich w koło?

Katarzyna Smyczek, Teatralia Łódź

Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 91/2013

Teatr Studyjny w Łodzi
William Shakespeare
Poskromienia złośnicy
Reżyseria: Małgorzata Warsicka
Opieka artystyczna: Jacek Orłowski
Kostiumy: Hanna Podraza
Scenografia: Grzegorz Łoznikow
Dramaturg: Hubert Sulima
Konsultacja choreograficzna: Paweł Grala, Piotr Skalski
Muzyka: Bartosz Szpak
Obsada: Michalina Rodak (Katarzyna), Patryk Pietrzak (Okpisz/Petruchio), Paweł Dobek (Sługa/Grumio), Milena Staszuk (Bianka/Wdowa), Katarzyna Pilichowska (Bianka/Wdowa), Michał Barczak (Posłaniec/Hortensjo/Licjo), Stanisław Grobelny (Łowczy/ Tranio), Jacek Knap (Paź/Gremio), Mariusz Krakowiak (Dziedzic/Vincencjo) Mateusz Mosiewicz (Baptista Minola), Patryk Palusiński (Lucencjo/Cambio), Bartosz Szpak (Łowczy/Biondello),
Fot. Mikołaj Zacharow