Pod czarnym parasolem (Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy)

Pod czarnym parasolem (Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy)

Połowiczny, bez fanfar, minimalistyczny, bez hałasu, zachowawczy, twardo po ziemi, stonowany, centrowy” – taki, zdaje się, powinien być przykładny obywatel Rzeczypospolitej Polskiej i takimi właśnie słowami rozpoczyna się spektakl Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy tandemu Janiczak-Rubin. Wypowiada je postać Théroigne de Méricourt (działaczki feministycznej z czasów rewolucji francuskiej), która jako symbol buntu staje się punktem wyjścia do refleksji nad środkami mogącymi doprowadzić do zmian (przede wszystkim dotyczących praw kobiet i wolności wypowiedzi) we współczesnej Polsce.

Czerwony i czarny parasol rozpościerają się nad głowami aktorek Teatru Polskiego w Bydgoszczy, a narrator (Maciej Pesta) w błękitnej, satynowej sukni recytuje opis znanego obrazu Eugène’a Delacroix Wolność wiodąca lud na barykady. Na pierwszym planie kobieta z odsłoniętym biustem, we frygijskiej czapce i z flagą Francji w dłoni prowadzi naród do walki. Rozpoznać można w niej Mariannę – francuską alegorię wolności. Zresztą nasza bohaterka nawet z fonetycznego punktu widzenia jest kobietą. Sloboda, la libertad, la liberté, la libertà – tak wołają na nią w innych językach, a mimo to inna jej reprezentantka – Théroigne de Méricourt – została publicznie poniżona właśnie przez kobiety. Na transparencie czarno na białym widnieje więc zasadne pytanie: „dlaczego wolność ma tak mało zwolenniczek?”, które Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin zadają na różne sposoby. Ponadto twórcy poruszają szereg innych, często autotematycznych kwestii, związanych z pozycją oraz statusem teatru jako medium o politycznym oddziaływaniu.

Bohaterki przedstawienia, feministki pełną gębą, ubrane w bojowe, szare stroje robotnicze toczą walkę słowną z salonem i konwenansami, reprezentowanymi przez symbole rewolucji – Robespierre’a (Roland Nowak) i Dantona (Marcin Zawodziński). Jednak w wypowiadanych hasłach rozpoznajemy ducha naszej epoki. Aktorki podają dane dotyczące kobietobójstwa w Ameryce Łacińskiej, cytują Kukiza, Korwina-Mikke, Kaczyńskiego czy Trumpa. Deklamując, że rewolucja zaczyna się „tu i teraz”, w nas samych, wychodzą przed teatr na ulicę z transparentem z napisem „Jeśli nie zajmiesz się polityką, polityka zajmie się tobą”, a wszystko można śledzić dzięki projekcji na żywo na ogromnej białej płachcie na scenie.

Wolnościowa walka z patriarchatem uobecniona jest naprawdę wyraźnie w fenomenalnej scenografii autorstwa Michała Korchowca. Już od początku w rewolucyjny klimat wprowadza oprawa wizualna sceny, w której przeważa czerń współgrająca z krwistoczerwoną suknią Théroigne de Méricourt (Sonia Roszczuk). Wkrótce potem minimalistyczna scenografia zamienia się w salę Zgromadzenia Narodowego. Na pierwszym planie dla dwóch męskich pierwiastków rewolucji – Robespierre’a i Dantona – dwie wysokie mównice. Bohaterki z kolei zawłaszczają inne przestrzenie teatralne, zajmując miejsca wyżej, na balkonie. Za mównicami znajdują się setki transparentów z hasłami spod znaku Czarnego Protestu – leżą, stoją, wiszą do góry nogami, odbijają się w lustrzanej instalacji pod sufitem tak, jak Janiczak i Rubin prezentują w Żonach stanu… przekształcone odbicie rzeczywistości polskiej.

Znaczenia tworzą też projekcje wideo (Hanna Maciąg). Krótki filmik z Rolandem Nowakiem i Marcinem Zawodzińskim zza kulis podczas przymierzania kostiumów obnaża pyszny styl bycia mężczyzn, którzy niczym pawie puszą się i stroją w czarnych pantofelkach oraz białych pończochach, by za chwilę w tych samych właśnie pończochach i kokardkach we włosach wnieść na scenę wannę. Na pytanie narratora, co śmieszy widzów w tej sytuacji, nie pada odpowiedź, a przecież wiadomo, że to wanna maratowska. Właśnie dlatego chwilę później wykąpie się w niej jedna z bohaterek, oglądając projekcję filmu z Meryl Streep – symbolem współczesnego feminizmu i walki o prawa kobiet. O swoje racje zawalczy też środowisko LGBT, reprezentowane przez zbulwersowanego narratora, który zrzuca szaty, by zapytać o własną tożsamość, o swoje miejsce na obrazie Caravaggia i Delacroix.

Nie byłoby rewolucyjnego zrywu w Żonach stanu…, gdyby nie tekst autorstwa Jolanty Janiczak. Pełen symboliki, kulturowych odniesień, żartu, (auto)ironii, złości wybrzmiewa jednak tak mocno i doniośle dzięki wspaniałej grze zespołu aktorskiego. Pytanie Théroigne de Méricourt: „A czy my za kulisami mamy jakieś idee, które możemy wynieść poza ten budynek?” staje się naprawdę przejmujące za sprawą emocjonalnego zaangażowania odtwórczyni głównej roli. Status quo teatru podważają zresztą pozostali aktorzy, ekspresyjni, wrażliwi i samoświadomi. Na szczególną uwagę zasługuje Magdalena Celmer, którą zaledwie rok temu można było obserwować w spektaklach dyplomowych Szkoły Filmowej w Łodzi. W Żonach stanu… wciela się ona w rolę w dużo bardziej dojrzały sposób, a jednym z wspanialszych momentów z udziałem tej aktorki jest wykonanie utworu Niny Simone – I Wish I Knew How It Would Feel To Be Free – tak znamiennego w kontekście tematu podejmowanego w przedstawieniu.

Janiczak, Rubin oraz aktorzy, zadając pytanie o sens rozważań politycznych w teatrze, idą krok dalej – angażują odbiorcę w akty performatywne spektaklu. Razem z bohaterkami publiczność tworzy łańcuch wolności, ktoś symbolicznie zawisa na szubienicy, a ktoś inny proszony jest o kopnięcie stołka. W ten sposób twórcy udowadniają, że teatr nie tylko potrafi wzbudzić refleksję w odbiorcy, ale dysponuje większą siłą – zmusza już nie widzów, a obywateli do gestów, mogących mieć realne konsekwencje w rzeczywistości. To jednak wciąż za mało dla Théroigne de Méricourt – sprawczyni całego zamieszania. Francuska przywódczyni wzywa do działania podzielone środowisko feministyczne oraz publiczność. Ochotnicy chwytają transparenty i wspólnie wychodzą na ulicę, by przed teatrem protestować chociażby po to, aby akt wspólnotowy przekuć w wiarę w sens najdrobniejszych zwycięstw. Wygląda na to, że potrzeba optymistycznych zakończeń w obliczu obecnej, napiętej sytuacji społeczno-politycznej jest ostatnio wyjątkowo silna.

Patrycja Chuszcz, Teatralia Łódź

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 197/2017

XXIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

Teatr Polski w Bydgoszczy

autor: Jolanta Janiczak

reżyseria: Wiktor Rubin

scenografia: Michał Korchowiec

muzyka: Krzysztof Kaliski

kostiumy, wideo: Hanna Maciąg

obsada: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Martyna Peszko, Sonia Roszczuk, Małgorzata Trofimiuk, Małgorzata Witkowska, Mirosław Guzowski, Roland Nowak, Maciej Pesta, Marcin Zawodziński

fot. Monika Stolarska

Patrycja Chuszcz – studentka kulturoznawstwa. Wielbicielka kina, teatru oraz sztuk wizualnych, a w szczególności wzruszeń i realizmu magicznego.