Po co wam wolność? (Koncert galowy Muzeum Wolności)

Po co wam wolność? (Koncert galowy Muzeum Wolności)

Twórcy koncertu galowego Muzeum Wolności – ekipa Pożaru w burdelu wraz z zaproszonymi gośćmi – nie pozostali obojętni wobec tego, o czym w teatrze powinno się mówić głośno i dosadnie. W dwugodzinnym muzyczno-teatralnym projekcie zawarli tyle palących tematów, że aż trudno zliczyć, ile problemów mamy obecnie na głowie. Punktem wyjścia dla artystów była wolność i jej odcienie, a przede wszystkim – różnorakie jej ograniczenia. Przewrotnie sami pomysłodawcy i wykonawcy przedstawienia nie ograniczali się zbyt mocno, folgując sobie w kwestiach tego, o kim, co i w jaki sposób mówią. Powstało dzięki temu świetnie pomyślane i odważne widowisko z dużą dawką humoru i jeszcze większą wrażliwością na tematy istotne i niekoniecznie łatwe.

Artyści biorący udział w spektaklu stanęli w obronie wolności, umieszczając ją w tytułowym muzeum. Fabularnie zostajemy przeniesieni do przyszłości, w której miałoby ono funkcjonować. Wśród eksponatów znalazły się symbole, rekwizyty, ale także postaci związane z dawnymi rebeliami, aktami niezgody czy buntu. Wszelkie przejawy walki o wolność trafiły tam nie bez powodu – w tej rzeczywistości na świecie zapanował pokój i nikt już nie ma potrzeby manifestować czegokolwiek. Na scenie prym wiodą za to tematy dla nas w 2017 roku jak najaktualniejsze. Mamy więc odniesienia do strajków kobiet, protestujących aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu, do kilku przykładów wojowania o wolność artystycznej wypowiedzi, przede wszystkim na deskach teatralnych, a także do bieżącej polityki.

W podróży po muzeum przewodnikiem zostaje sam jego Dyrektor (Andrzej Konopka). Pomagać ma mu w tym specjalnie do tego celu stworzona Aplikacja Muzealna „Wolność” – w tej roli Magdalena Cielecka. Jest to „apka” najnowszej generacji, wygląda i zachowuje się jak człowiek, choć jest maszyną – jej na wskroś ludzkie zachowania ujawniają się, gdy wychodzi na jaw, że to ona spiskowała przeciwko Dyrektorowi. Głos tej bohaterki na samym początku spektaklu wprowadza nas w kontekst tego, czym właściwie jest tytułowa instytucja i jakie pełni funkcje. Możemy być w niej wyzwoleni od wszelkich ograniczeń bez ponoszenia odpowiedzialności oraz zapoznać się z reliktami po wolnościowych walkach, jakie stoczyć musiały poprzednie pokolenia. Dyrektor natomiast chętnie objaśnia, kim są i jakie funkcje pełnią kolejne postaci pojawiające się na scenie – a raczej wynurzające się z wnętrza głębokiego gardła określanego mianem „prastarej paszczęki”, będącego centralnym punktem pluszowej scenografii, stworzonej przez Aleksandrę Wasilkowską. Postać Dyrektora pozwala wprowadzić do historii wątek osób zajmujących kierownicze stanowiska w instytucjach kultury, które zostają odgórnie pozbawione swych funkcji i władzy, ponieważ nie reprezentują takich samych poglądów na wolność artystyczną, jak polityczni decydenci. To czytelne aluzje do sytuacji rozgrywających się dziś w wielu miejscach w Polsce – nie tylko we Wrocławiu, choć takie skojarzenie jest oczywiście nasuwa się jako pierwsze, ze względu na wybór miejsca, w którym zrealizowany został koncert galowy (Duża Scena wrocławskiego Teatru Polskiego).

Wymiar spektaklu jest ze wszech miar ironiczny, a często także autoironiczny – gdy artyści w prześmiewczy sposób wyrażają się o sobie, słodko-gorzki dowcip wybrzmiewa najdosadniej. Wątków około-teatralnych jest zresztą w spektaklu chyba najwięcej – przykładem są choćby granty, ze względu na które trzeba nosić na scenie żałosne kostiumy czy motyw chałtury jako niszczycielski element kultur w Polsce. „Prawdziwa sztuka krainą chałtury” – brzmią ze sceny słowa refrenu piosenki, w której wokalistka narzeka na rozdarcie emocjonalne towarzyszące podejmowaniu decyzji, czy lepiej „sprzedać się” do serialu w TVNie czy w Polsacie. Zatrważająca jakość kultury ujawniona zostaje przez Dyrektora także wtedy, gdy wyjaśnia on okoliczności powołania do życia swojej artystycznej burdel-grupy. Zarzeka się, że tworząc zespół wszyscy jego członkowie chcieli w swych działaniach utrzymać się na cienkiej czerwonej linii oddzielającej teatry Grotowskiego i Żebrowskiego. Ta sztuka się jednak nie powiodła, bo ostatecznie okazuje się, że nie można pogodzić wartości artystycznych i chęci zarabiania pieniędzy. Tym sposobem, aby utrzymać się na rynku grupa teatralna musiała przeistoczyć się w burdel-grupę, która kupczy swoimi talentami w wątpliwej jakości widowiskach, by przekonać do siebie jak największe grono widzów i godziwie zarobić na swoich występach.

Do środowiska teatralnego twórcy spektaklu nawiązują także powracając do najbardziej skandalicznych premier ostatnich lat: Śmierci i dziewczyny w Teatrze Polskim we Wrocławiu i niedawnej Klątwy w warszawskim Teatrze Powszechnym. Te akurat aluzje stają się w pewnym momencie zbytnio wyeksploatowane, bo w Muzeum Wolności wspomina się o nich nieco zbyt często, przez co żarty, jak również płynące z nich refleksje, tracą na swej sile. Z większym sukcesem udaje się artystom zabawnie wykorzystywać obecność na scenie zaproszonych gości, wśród których znaleźli się Maciej Stuhr i Magdalena Cielecka. Ich teatralne kreacje zostają w pewnym momencie odarte z fikcji, gdy inni bohaterowie spektaklu zwracają się do nich ich autentycznymi imionami. Sami zresztą aktorzy wtrącają autoironiczne uwagi na swój temat – Magdalena Cielecka stwierdza, że grana przez nią Aplikacja jest lepszą wersją znanej aktorki, bo nie ciska się i nie walczy o wolność. Z kolei Maciej Stuhr czyni uwagi na temat swojego zbyt swobodnego korzystania z wolności, gdy śmiał się z Tupolewa lub wrzucał do puszki Owsiaka 666 złotych. Aktorowi wcielającego się w postać Ministra Kultury udało się równie zabawnie wykorzystać obecność w pierwszym rzędzie na widowni Bogdana Zdrojewskiego. Stuhr nawiązywał kilkukrotnie do tego, co się mogło podobać poprzedniemu piastunowi tego stanowiska, a co na pewno nie podoba się aktualnemu.

Ze sceny obrywa się nie tylko artystom i ludziom związanym z kulturą – bez cienia litości wyśmiewani są księża-pedofile, antysemici, podpalacze tęczy z Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz czy papież. Nie brak również odniesień do Wrocławia, które – jak udowadniają i sami określają wykonawcy – również jest „miastem przekroczeń”, bo tu wyrzuca się z ZOO Gucwińskich, pali się kukłę Żyda, a Borysewicz obnaża się podczas występu. Wykonywane podczas koncertu galowego piosenki to zazwyczaj covery znanych utworów wykorzystane w ciekawych, zazwyczaj zupełnie niespotykanych kontekstach. Na tym też przede wszystkim opiera się ironiczność ich zastosowania, która przejawia się choćby w wykonaniu pieśni Żeby Polska była Polską Jana Pietrzaka przez Ministra Kultury domagającego się chwilę wcześniej repolonizacji porno. Teksty, które wypełniają narrację pomiędzy poszczególnymi utworami autorstwa Michała Walczaka i Macieja Łubieńskiego są przesycone udanymi żartami, niekoniecznie może ambitnym, ale na pewno trafnie podkreślającymi charakterystyczne cechy wyśmiewanych osób i zjawisk.

Satyryczno-kabaretowa rewia zostaje przełamana w dwóch momentach – gdy na scenie pojawiają się Magda Umer oraz Marta Zięba. Pierwsza z artystek, od wielu lat związana z PPA, zachęca pozbawionego swej funkcji Dyrektora do tego, by się nie poddawał i walczył o swoją wolność, śpiewając przy tym piosenkę Wojciecha Młynarskiego Jeszcze w zielone gramy. Z kolei Marta Zięba, występująca w roli aktorki z podziemia, zostaje wywołana w związku z informacją, że policja obyczajowa odkryła ostatni teatr w podziemiu i zlokalizowała maszynę do produkcji czarnej taśmy. Zięba jako jedyna nie otrzymała żadnego karykaturalnego kostiumu, występuje w sukni i uczesaniu, w którym z powodzeniem mogłaby zagrać choćby w Dziadach. Wykonuje utwór A my nie chcemy uciekać stąd śpiewany kiedyś przez Przemysława Gintrowskiego, z tekstem Jacka Kaczmarskiego. Kontekst Teatru Polskiego we Wrocławiu jest oczywisty i w oczywisty sposób ten piękny utwór nabiera nowego znaczenia, czyniąc ten moment koncertu niezwykle wzruszającym. O dziwo takie przełamanie narzuconej od początku przez artystów Pożaru w burdelu konwencji nie sprawia, że spektakl przestaje być spójny – wręcz przeciwnie, w prosty i przejrzysty sposób udowadnia, jak szalenie istotne i w gruncie rzeczy przerażające problemy możemy komentować na scenie na dwa sposoby: zmuszając odbiorcę do śmiechu albo do łez. Wspaniale udaje się dzięki temu zabiegowi obronić wszystkie wcześniejsze gagi i zabawne nadużycia, bo okazuje się, że ich rozrywkowy wymiar od początku miał być wyłącznie pozorny, tak jak pozorna jest ich przewaga względem poważnych momentów. Jeżeli chcielibyśmy zabawić się w statystyki, dużo więcej okazji mamy podczas koncertu do śmiechu, niż do smutnych refleksji, a ostatecznie jednak to wcale nie rozrywka wiedzie tu prym.

Koncert galowy Muzeum wolności to kabaretowa przebieżka po najgorętszych około-wolnościowych problemach trawiących polskie społeczeństwo utrzymana na świetnym poziomie muzycznym i aktorskim. Pokłócę się z każdym, kto powie, że propozycja artystów warszawskiego Pożaru w burdelu nie zasłużyła na miano pełnoprawnej gali piosenki aktorskiej. Twórcy tegorocznej gali wielokrotnie udowadniają, że piosenka jest dobra na wszystko – wszystko też pomieści i na wszystko pozwoli spojrzeć krytycznym okiem. Satyryczny charakter projektu pozwolił stworzyć atrakcyjne wizualnie i dźwiękowo widowisko, w którym tempo nie zwalnia ani na moment. Ironia i pastisz, tak chętnie używane przez twórców koncertu, pomogły nabrać dystansu do wielu, wcale nie takich znowu zabawnych, spraw. Przede wszystkim do tych, o których na poważnie już chyba nie da się mówić tak, by cokolwiek to mówienie znaczyło.

Katarzyna Mikołajewska, Teatralia Wrocław

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 198/2017

38. Przegląd Piosenki Aktorskiej (24 marca – 2 kwietnia 2017)

Koncert Galowy „Muzeum Wolności”

Scenariusz: Michał Walczak, Maciej Łubieński

Reżyseria: Michał Walczak

Muzyka i aranżacje: Wiktor Stokowski

Choreografia: Bartosz Figurski

Scenografia i kostiumy: Aleksandra Wasilkowska

Światło: Tadeusz Perkowski

Występują: Maciej Stuhr, Magdalena Cielecka, Bartosz Porczyk, Pablopavo, Magda Umer, Joanna Ewa Zawłocka, Marta Zięba, Robert Matera (Robal), Anja Orthodox, Andrzej Konopka, Monika Babula, Lena Bem, Karolina Czarnecka, Agnieszka Przepiórska, Tomasz Drabek, Mariusz Laskowski

Orkiestra: Wiktor Stokowski, Maciej Łubieński, Marcin Wippich, Bolo Jezierski, Michał Gorczyński

fot. Łukasz Giza

Katarzyna Mikołajewska – rocznik 89. Absolwentka kulturoznawstwa ze specjalnością krytyka artystyczna. W teatraliach od 2010 roku. Recenzuje spektakle także dla artPapieru, Czasu Kultury i redaguje dział Teatr w „2Miesięczniku. Piśmie ludzi przełomowych”. Kiedy nie przesiaduje we wrocławskich teatrach lubi uprawiać turystykę teatralną, choć żałuje, że wciąż nie ma na to zbyt mało czasu.