Płatonow mnie uwiera (jednak Płatonow)

Płatonow mnie uwiera (jednak Płatonow)

Pozornie niczym się nie wyróżnia – ot, dość ponętny nauczyciel z pokaźną trupą przyzwoicie ładnych kochanek. A jednak spokojnie może zostać uznany za postać mówiącą całkiem sporo o permanentnie rozchwianej kondycji człowieka, któremu szczęście wiecznie myli się z nieszczęściem. Zapity, nietaktowny, szyderczy, depresyjny – quasi-uczuć doświadcza w sposób skrajnie niedojrzały. Bardzo szkodliwy, albowiem poza samym sobą niszczy zastany – czyli i tak wystarczająco rozklekotany – świat. Należy postrzegać go jako postać tragiczną, uosobienie egzystencjalnej niemocy i antytezę wszelkiej (poza łóżkową) sprawczości. Płatonow, bo o nim tutaj mowa, nie ma nic i nic po sobie nie zostawi, oprócz pustki.

W dyplomowym spektaklu  jednak Płatonow w reżyserii Pawła Miśkiewicza opowiada się  – cytując program – o „coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości”. „Jakie to jest słabe” – można by pomyśleć dziarsko (i przedwcześnie) rezygnując z wysłuchania kolejnej, starej jak świat historii o łatwości w schodzeniu na psy. Warto się jednak zastanowić, co rzeczywiście drażni – odwieczne opowieści czy odwiecznie spsiali ludzie? Wszak letnie, duszne powietrze znośniej by smakowało, gdyby nie ci ostatni. Wiedzą o tym bohaterowie Czechowa i podświadomie wyczuwają, że niewiele da się zrobić. Dlatego trochę swoją rzeczywistość zagadują, a trochę nad nią rechoczą. Zupełnie jakby śmiali się z tego, że muszą żyć. Podobnie dzieje się u Miśkiewicza.

jednak Płatonow rozpoczyna się od sekwencji, można rzec, „leżakowej”. Na scenie stoi dziewięć tęczowych leżaków i tyleż samo aktorów wyleguje się na nich. Dwie postaci są jakby wykluczone – siedzą w przeciwstawnych kątach sceny, nie za dużo mówią. To Osip (bardzo dobry w balansowaniu między łachudrowatością, ordynarnością a sielską niemalże prostodusznością Mariusz Galilejczyk) – lokalny rzezimieszek i Sonia – najpierw żona-lalka, później kochanka-wariatka. Joanna Połeć w roli pięknej Sonii początkowo gra coś, co można by opisać jako nieprzerwane patrzenie w dal. Ubrana na biało, elegancka, lecz jednocześnie nieco pokraczna (białe kozaczki!), utożsamia pannę młodą definiowaną jako zdobycz. Zresztą nie inaczej o niej myśli (o ile w ogóle zdarza mu się pomyśleć) jej głupkowaty mąż Sergiusz, którego – świetny Czerniejewski – kreuje na wiecznie zakłopotanego, fajtłapowatego i przerośniętego Hamleta z ponowoczesności będącej, oczywiście, więzieniem. Symboliczne odcięcie Sonii i Osipa od paplaniny pozostałych okaże się w końcu nie tyle naznaczeniem ich jako Innych, ile swoistym wyróżnieniem – zdołają oni bowiem zachować czystość i szczerość intencji.

Paweł Miśkiewicz prowadzi swoich studentów ręką bezbłędnego wirtuoza, doskonale rozumiejącego, że Czechowowi nie szło wcale o, groteskowy skądinąd, romans Generałowej Anny (Joanna Rozkosz) i Płatonowa (podwójnie fantastyczni Oskar Winiarski i Patryk Kulik), lecz o naturę świata i ludzi, co więcej – nie tylko tamtego świata i nie tylko tamtych ludzi. Udaje mu się pogodzić wewnętrzne sprzeczności Czechowowskiego świata, w którym tragizm wydaje się niemniej zabawny niż komizm, a komizm bywa straszniejszy od tragizmu. Reżyser okazuje się mistrzem równowagi. Spektakl wielokrotnie ociera się bowiem o granicę przegięcia i przejaskrawiania, ale nigdy jej nie przekracza. To nie lada dokonanie, szczególnie jeśli spojrzeć na brawurowego Bartłomieja Cabaja w roli miejscowego doktora Mikołaja, który – ni stąd, ni zowąd – przemierzając sceniczny świat właściwym sobie powściągliwym krokiem, podśpiewuje Quiereme, godnie wtórując dobiegającemu z głośnika głosowi Arielle Dombasle. Chyba za to najbardziej kochamy bohaterów Czechowa, że w największym paskudztwie życia, na dnie dna, ciągle potrafią emanować oczyszczającym humorem, co doskonale i w pewien sposób wzruszająco pokazuje na scenie studencka trupa Miśkiewicza. Poza wspomnianym Cabajem, wystarczy tutaj przywołać genialne sceny w wykonaniu Joanny Rozkosz, która jednocześnie obnaża swoją uparcie powracającą na nicpońskie łoże bohaterkę i czyni ją w tym karykaturalno-skeczowym poniżeniu zupełnie na poważnie przejmującą. Niemniej przeraźliwie zabawny jest duet Winiarski–Kulik w roli tytułowej. Rozdwojenie postaci Michała z jednej strony uwypukla wewnętrzne rozdarcie bohatera (jedna ręka wstydzi się za butelkę, którą z radością otwiera druga), z drugiej – potęguje wrażenie zainfekowania Płatonowem świata przedstawionego.

W życiu tytułowego bohatera najważniejsze są kobiety. Sonia jest nieco szurnięta, ale jednocześnie całkowicie świadoma rozlicznych przymiotów, jakimi obdarzyła ją,  nie taka znów skąpa, natura. Sasza (Aleksandra Batko) to dziewczę płoche, acz w tej płochości nad wyraz stanowcze. Brzydsza i głupsza od innych zakochanych, a właściwie idiotycznie zadurzonych w Michale, pań jako jedyna nie pozwala sobie w kaszę dmuchać. Co prawda, płacze straszliwie, że jej mąż to zawadiaka, hulajdusza i uwodziciel, ale ostatecznie jako jedyna nie daje mu się całkowicie otumanić. Maria (Sandra Drzymalska), pani doktorowa, jest permanentnie poddenerowowana, raczej małomówna, chociaż jednocześnie wyjątkowo zgryźliwie dowcipna. Na wszystkie Płatonow działa jak ogłupiający upał, otępiający wirus.

Mamy do czynienia z opowieścią o kobietach, które uwierzyły, że już na zawsze, serce w serce, zostaną z Michałem, że w wielkim ognisku miłości spalą swoje przewinienia, upokorzenia, swoją niedoskonałość i samotność. Tymczasem on, wiecznie nienasycony i spragniony, nigdy nie ma dość. Uwielbia swoje kochanki, ale żadnej nie potrafipokochać. Kochając wszystkich, nie kochamy nikogo i stąd cały dramat – raptem urywają się marzenia. Płatonow jest jak noc, która okrada świat z kolorów. Jednak nie idzie tutaj li tylko o upiorny trzask (albo, jak w wykonaniu rewelacyjnej w odgrywaniu okupionego piekielnym rozczarowaniem obłędu Joanny Połeć, chichot) złamanego serca. Spisana przez Czechowa historia jest bowiem opowieścią o tym, jak prędko dopada nas miałkość istnienia – wystarczy, że ktoś przez moment omami nas zmysłową bliskością, (która w spektaklu funkcjonuje jako remedium na wszelki brak i na wszystkie rodzaje egzystencjalnego grzyba), i nagle zniknie, pozostawiając po sobie paskudną poświatę niedokonanego szczęścia.

Wszyscy aktorzy – najpierw na leżakach, później w ławie podobnej do tej z Umarłej klasy – doskonale opowiedzieli Czechowowski dramat, w którym do dzisiaj błąka się to, co złe, rozedrgane i – jak Płatonow – nieuleczalne. Pięknie przedstawili zmieszaną z bezradnością wściekłość i bunt przeciwko istnieniu, który jest (i zawsze był) tyleż heroiczny, ileż żałosny. Nie powstała z tych ich jęków, wrzasków, kretyńskich piosenek udających wzniosłość, zdrad, z tego błagania, chlania, kłamania – żadna wielka tragedia, a co najwyżej –  niepokojąco współczesna farsa niegodna współczucia. A jednak – farsa najwyższej, bo okropionej mistrzowską – wyczuloną na śmieszność nieśmieszności – reżyserią, próby.

 

Alicja Műller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 153/2015

 

Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. Ludwika Solskiego w Krakowie

jednak Płatonow

według sztuki bez tytułu Antoniego Czechowa

inscenizacja: Paweł Miśkiewicz

kostiumy: Hanka Podraza

asystent reżysera: Jakub Skrzywanek

konsultacje muzyczne: Oleg Sznicar

konsultacje ruchowe: Jarosław Omorczyk

obsada: Aleksandra Batko, Bartłomiej Cabaj, Patryk Czerniejewski, Oskar Winiarski, Patryk Kulik, Sandra Drzymalska, Mariusz Galilejczyk, Mateusz Korsak, Joanna Połeć, Joanna Rozkosz, Maksymilian Wesołowski

premiera: 30 listopada 2015

fot. materiały PWST

 

Alicja Mȕller – redaktor naczelna "Teatraliów". Doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Miłośniczka absurdu i dadaistów.