Pewna odmiana wyrafinowania (Dynastia)

Pewna odmiana wyrafinowania (Dynastia)

Hejka bachantki! Wieńce na głowę, tyrsy w dłoń, wstrzemięźliwość na podłogę. Dionizos zaprasza do małej orgietki. A bogom się nie odmawia – na pewno nie tym przypominającym połączenie Carravaggiowego Bachusa i Michała Witkowskiego.

W Dynastii, najnowszej produkcji Pink Mama Theatre, twórcy z jawnym bezwstydem wykorzystali cały dostępny wachlarz estetyki kampowej. I obnoszą się z tą frywolność jak z pawim ogonem. Raz z wdziękiem rasowych uwodzicieli, innym razem świadomie prowokacyjnie, by wreszcie popadać w momentami żenującą pokraczność. Masz ci los, same skrajności! Ale wpisane są one niejako w całą materię spektaklu. Począwszy od nieprzystawalności kreowanych rzeczywistości – tej antycznej inspirowanej Bachantkami Eurypidesa, gdzie doszukiwać się można źródła wielkich narracji, z drugiej strony nurzającej się w obrzydliwie plastikowej współczesności. Wzniosłość i obmierzłość, parafrazując Jean-François’a Lyotarda, w duchu różowej mamuśki. Jednak skrajność skrajności nierówna, bo treść to jedno, a forma to już zupełnie inna sprawa. A ta w Dynastii jest zaiste kuriozalna. Sławek Bendrat odpowiedzialny za choreografię i kostiumy oraz Dominik Krawiecki, autor dramaturgii i scenografii (obaj są założycielami Pink Mama Theatre) powołali do życia coś na kształt małego Frankensteina. Bo o ile trzeba przyznać, że Bendrat stworzył świetną choreografię i nie mniej udane kostiumy, o tyle dramaturgia Krawieckiego pełni tu rolę przyszywanej kończyny, która za nic nie chce sprawnie funkcjonować. Dialogi są na tyle niezgrabne, że kiedy tylko tancerze artykułują toporne zdania, chciałoby się, żeby jak najszybciej zamilkli i znów zaczęli tańczyć. Przaśnością trąci również scenografia, składająca się z zawieszonych płacht, przypominających foto-tapety. Kojarzą się one z prowincjonalnymi biurami podróży, gdzie typowy Kowalski kupuje wakacje życia albo z reklamami zasłaniającymi remontowane elewacje. Dla takiej hochsztaplerki nie jest usprawiedliwieniem fakt, że twórcy swoją inspirację tłumaczą jako zaczerpniętą z osobliwych miejsc rozrywki – aquaparków tworzonych na wzór hollywoodzkich scenografii. W tym wypadku chyba do filmów klasy B. Sytuacji nie ratuje nawet gigantyczna dmuchana orka, która niczym uroczo-subwersywny wyrzut podskakuje na scenie. To tak jakby do zdrowego, pięknego korpusu dosztukowano drugiej świeżości mięso. A przecież doskonale wiemy, że świeżość jest tylko jedna. Pierwsza i ostatnia.

To właśnie ciało, a nie cała dziwaczna obudowa, jest w Dynastii tym, co nieustanie wzbudza przepływ niekłamanej fascynacji i kumuluje w sobie napięcie całego spektaklu. Począwszy od jednaj z pierwszych scen synowsko-ojcowskiego uniesienia Zeusa (Ahmed Soura) i Dionizosa (Marek Wieczorek). Czarnoskóremu bogu bogów, przeciwstawiona jest chorobliwa biel wypudrowanego władcy ziemskiej rozkoszy, podbita nieodzownym kiczowatym elementem w postaci zielonego futerka szczelnie zakrywającego to, co z czasem zostanie zaprezentowane na scenie w pełnej okazałości. I po raz kolejny pojawia się opozycja, ale w przypadku partii tanecznych potraktowana z dużą dozą wrażliwości. Nawet jeśli bazuje na kontraście w postaci koloru skóry. Podobne emocje budzą partie bachantek (dwóch mężczyzn i jedna kobieta, w tym Bendrat, od którego ciężko choćby na chwilę oderwać wzrok). Początkowo bardziej anemicznie niż ekstatycznie praktykują dionizyjski kult, ale w końcu, po serii przekroczeń, otrzymujemy kwintesencję orgiastyczności w zupełnie nagiej postaci. Chciałoby się rzec nuda veritas.

Efektownym podsumowaniem jest show w stylu drag queen (ach, ci mężczyźni w szpilkach! Brawa za wybór tych najbardziej wulgarnych z przezroczystą obcaso-koturną), podczas którego przebrany król Penteus (Dominik Krawiecki) podgląda poczynania bachantek. W tym kontekście nasuwają się na myśl słowa Susan Sontag – „w bardzo męskich mężczyznach, najpiękniejszy jest właśnie jakiś element kobiecości”.

Queerowe inspiracje zaczerpnięte rodem z filmów Almodóvara pojawiają się nie tylko w domyśle, ale także dosłownie, czego przykładem Penteus śpiewający Piensa En Mi (piosenkę znaną z Wysokich obcasów). Tego rodzaju popkulturowe nawiązania występują częściej – choćby w scenie zabójstwa króla do naszych uszu dobiega niezapomniana muzyka Angelo Badalamentiego z kultowego serialu Davida Lyncha Twin Peaks.

Tytułowa Dynastia nie bez powodu kojarzy się z inną produkcją o tej samej nazwie, czyli z amerykańskim serialem z lat osiemdziesiątych. W obu mamy do czynienia z podobnym natężeniem sztuczności, absurdu i niekończących się pokładów złego smaku. Do tego dochodzi walka o władzę oraz niezmiennie uwikłana w cielesne uciechy. Niezależnie czy jest się bogiem, czy śmiertelnikiem. Twórcy Pink Mama Theatre postawili na swoiste kamp-show, które z jednej strony może sprowokować do opuszczenia widowni, z drugiej jednak perwersyjnie wciąga (ja jestem zwolenniczką tej drugiej opcji). A jeśli już o perwersji mowa, to brakowało jeszcze przekroczenia granicy, na której balansowali Bendrat i Krawiecki. Zrobienia jednego kroku dalej i stworzenia czegoś absolutnie obsesyjnego – jak na bachanalia przystało. Bo co mieli do stracenia?

Katarzyna Oczkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 144/2015

Małopolski Ogród sztuki w Krakowie

Pink Mama Theatre

Dynastia

choreografia/kostiumy: Sławek Bendrat

dramaturgia/scenografia: Dominik Krawiecki

muzyka: Murcof, Alva Noto, D. Washington, B. Lee, J. Weber

reżyseria świateł: Andac Karabeyoglu

pomoc w opracowaniu muzycznym/obsługa techniczna: Jonas Weber

fotosy promocyjne/plakat: Monika Chmielarz

wykonanie kostiumów: Anna Utko, Monika Wodarz

kierownictwo produkcji: Angelika Rohrer

obsada: Ahmed Soura, Marek wieczorek, Valentin Markus Oppermann, Dominik Krawiecki, Miryam Garcia Mariblanca, Tomasz Pomersbach, Sławek Bendrat

premiera: 3 lipca 2015

fot. Andac Karabeyoglu

Katarzyna Oczkowska – doktorantka w Instytucie Sztuki PAN. Zajmuje się polską sztuką współczesną ze szczególną słabością do kontrastów – od subtelności po kamp.