Pani już nie chcą na tym świecie (Mary Stuart)

Pani już nie chcą na tym świecie (Mary Stuart)

Królowa nie przestaje wydawać rozkazów nawet w celi śmierci. Jej wysokość umiera bowiem nie wtedy, kiedy jej każą, ale wtedy, kiedy chce. Nawet jeśli na śmierć zostaje skazana.

Przerażający krzyk. W ostrym świetle padającym przez kraty widać kobietę, a właściwie jej wrak. Z niemal łysej już czaszki wystają ostatnie strzępki włosów, podarta halka splamiona jest krwią. Przestraszona postać kuli się i szlocha. To królowa Szkocji − Maria Stuart. Zagorzała katoliczka nie stroniąca od intryg, morderstw i innych zbrodni. Oskarżona o udział w spisku przeciwko życiu swojej kuzynki – królowej protestanckiej Anglii. Nie o burzliwym życiu władczyni ani nawet nie o procesie, w którym zapadł wyrok egzekucji, jest jednak sztuka Wolfganga Hildesheimera. Opowiada za to o ostatnich chwilach królowej i o tym, jak człowiek przygotowuje się na swoją własną śmierć.

Wokół królowej obecne są różne postaci z jej otoczenia, które mają jej pomóc. Jest lekarz , starający się złagodzić ból, jest służąca , która próbuje królową wystroić i umalować. Jest też wierny doradca  oraz kapłan. Nikt z nich nie jest jednak szczery w swych staraniach. Wszyscy poddani zapewniają o swym oddaniu, jednak za plecami królowej złorzeczą jej i nie mogą się doczekać śmierci swej pani. Liczą na to, że uda im się jeszcze jakoś wykorzystać ją do swoich celów. Królowa zresztą nie pozostaje im dłużna – pomiata swoją służbą i próbuje zachować pozory tego, że wciąż ma jeszcze jakąś władzę. Na scenie przez cały czas obecny jest też kat , który ma ściąć głowę królowej. A przy okazji z nią rozmawia i jako jedyny nie okłamuje – wyjaśnia bez ogródek, jak będzie wyglądała egzekucja. Mówi o tym, o czym inni boją się mówić  przy swojej pani, trafnie komentuje rzeczywistość. I nie robi tego, aby osiągnąć coś dla siebie. Paradoksalnie to on wydaje się postacią najbardziej moralną.

Im bliżej egzekucji, tym królowa wygląda coraz lepiej. Kolejne warstwy stroju i makijażu dodają jej królewskiego wyglądu, zmienia się też jej postawa. Maria Stuart staje się dumna, pogodzona ze swym losem, gotowa na śmierć. „Boże, Ty wiesz, że ja nauczyłam się kochać tę śmierć bardziej niż życie” – pada w pewnym momencie z jej ust. Królowa nadała bowiem swojej śmierci sens − zaczyna uważać się za męczenniczkę i wierzy, że gdy umrze, katolicy będą pielgrzymować do jej grobu.

Rola Marii Stuart zagrana została brawurowo przez Agatę Kuleszę, która po raz kolejny dała dowód na to, że jest fantastyczną aktorką.  Agata Duda-Gracz postawiła przed nią ambitne zadanie.  Kulesza musiała poradzić sobie z odnalezieniem niejednoznaczności swojej postaci. Raz aktorka była więc przestraszoną istotą, raz dumną władczynią. Sceny w czasie realnym przeplatały się ze scenami retrospekcji, myśli, wyobrażeń. Emocje zmieniały się z każdą chwilą. Była rozpacz, smutek, żal, gniew, strach, ale też radość czy czułość. W tym galimatiasie Agata Kulesza odnalazła się świetnie.

Inni aktorzy też bardzo wiarygodnie zbudowali grane przez siebie postaci. Nie ma w ich gronie nikogo, kto wypadałby źle. Na szczególną uwagę zasługuje natomiast Tomasz Schuhardt, który zagrał lekko upośledzonego, niemego pomocnika kata. Wykreowana przez niego postać wydawała się  bardzo realna. Obraz dorosłego  mężczyzny o mentalności trzylatka, udającego odgłosy zwierząt, poruszającego się pokracznie i nieudolnie próbującego wymawiać różne słowa.  Jego kreacja mogła być dla widzów wytchnieniem od zepsutego świata królewskiego dworu – nie włączała się w spiski i knucia innych bohaterów, bo ich nie rozumiała.

Reżyserka każe swoim aktorom biegać, skakać, tańczyć – tak jak zagra im królowa. Są sceny mocno zakorzenione w epoce (jak XVI-wieczny taniec), są nawiązania do religii (bohater udający ukrzyżowanego Chrystusa), jest naturalizm (królowa na sedesie). Duda-Gracz bawi się symboliką, wiele scen ukazuje w sposób surrealistyczny. Nie boi się też mocnych akcentów − przekleństwa pojawiają się często, jest trochę nagości i cielesności. A to, co zapada w pamięć, to napięcie skutecznie budowane od początku spektaklu, które nie raz  mogło powodować dreszcze.

Fantastycznie spisali się też charakteryzatorzy – szczególnie w przypadku zniszczonej i zmarnowanej Marii Stuart. Uwagę zwraca również oświetlenie, które odpowiednio modyfikowane  jest integralną częścią spektaklu. Pomaga między innymi odczytać uczucia towarzyszące bohaterom, barwy światła zawsze są też dopasowane do atmosfery konkretnej sceny. Dopełnieniem byli grajkowie, którzy obecni cały czas na scenie, zabawiali królową oraz publiczność muzyką na żywo.

Sama publiczność również odegrała pewną rolę. Na spektakl można było wejść dopiero po dzwonku, więc do tego czasu wszyscy tłoczyli się w holu. Do sali teatralnej większość wchodziła więc mocno zniecierpliwiona, żądna widowiska. Niczym gapie, którzy przyszli popatrzeć sobie na egzekucję swojej władczyni. A po niej spokojnie rozeszli się do domów.

„W moim końcu jest mój początek” – to zdanie, które Maria wyhaftowała na sukni, kiedy przebywała w więzieniu. Spełniły się słowa monarchini. Lata mijają, a jej legenda po raz kolejny stała się żywa – tym razem w teatrze Ateneum. I to w najlepszym z możliwych wydaniu.

 

Milena Lenarciak, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 154/2015

 

 

Teatr im. Stefana Jaracza Ateneum w Warszawie

Wolfgang Hildesheimer

Mary Stuart

reżyseria: Agata Duda-Gracz

tłumaczenie: Dorota Sajewska

scenografia: Agata Duda-Gracz

muzyka: Maja Kleszcz, Wojciech Krzak

ruch sceniczny: Tomasz Wesołowski

reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk

obsada: Agata Kulesza (Mary), Paulina Gałązka (Jane), Maja Kleszcz (pani śpiewająca) , Grzegorz Damięcki (Raoul), Bartłomiej Nowosielski (Symmons), Wojciech Brzeziński (Gervais), Przemysław Bluszcz (kat), Tomasz Schuchardt (głąb), Wojciech Krzak (Didier)

premiera: 16 maja 2015

fot. Bartek Warzecha

Milena Lenarciak, urodzona w 1991, studentka dziennikarstwa. Uwielbia podróżować i czytać reportaże. Zafascynowana kulturą innych krajów – w szczególności Japonii.