Pam pam pararara pam pam – teatralny supersam (Paw królowej)

Masłowska pisze rzeczywistość myślami, słowami, które nas otaczają. Ich urwaną frazą, inwersją, przekleństwami, płycizną intelektualną. Powstaje coś na kształt strumienia współczesności, a szczególnie widoczne jest to właśnie w powieści Paw królowej. I jest to strumień szczególnie nieprzystojny, wręcz szkaradny, jak sama Pitz Patrycja, główna bohaterka, a raczej ofiara opowieści.

Stylizująca tekst na język utworów hiphopowych czy naśmiewająca się z niego Masłowska obnaża aspiracje polskiej klasy średniej (która w 2005 roku podobno istniała) i tych w ogóle aspirujących do czegokolwiek. Jest ironiczna, cyniczna i błyskotliwa – wykorzystuje elementy obranego przez siebie świata, żeby go wyśmiać. Krytykuje jego własnymi słowami. Pawłowi Świątkowi, reżyserowi spektaklu, nie zależało jednak na tym, żeby pójść za słowem Masłowskiej. Wykorzystał je do czegoś całkiem innego – do afirmacji.

Ale afirmacji, która do niczego się nie przyczynia i niczego nie propaguje. Świątek w Pawiu królowej upatruje postmodernistycznego wyrazu współczesności. Wszyscy przecież mówimy nieskładnie, mylimy się, lubimy prostą rozrywkę i powtarzamy to, co wymyślili inni, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. (Recenzencka zagadka – kto powiedział już o kimś, że afirmuje, wcale nie afirmując?). Świątek posłużył się więc tekstem Masłowskiej, by złożyć z niego obraz nie tyle dzisiejszej rzeczywistości, ile jej teatralnego wyrazu. Środki sceniczne są – podobnie jak u Masłowskiej w przypadku literatury – spotęgowane do maksimum.

„Piosenka ta powstała za pieniądze z Unii Europejskiej? To będzie śpiewanie, skakanie, skandowanie i wydawanie z siebie pseudoonomatopeicznych dźwięków. Ma być zrozumiała dla analfabetów (czyt. nas)? Wszystko będzie wykrzyczane, przerysowane, nie ma miejsca na subtelności i mnogość interpretacji. Bo co tu interpretować – rzeczywistość nas wchłonęła i opanowała. Taka jest, a w jaki sposób to robi – mogliśmy zobaczyć na scenie.”

Dzięki odrzuceniu krytycznej perspektywy pozostał już tylko wymiar komiczny. Trudno nie śmiać się z wrzeszczących i robiących dziwne miny aktorów. Skaczących i wydających z siebie dźwięki dziwnie przypominające jakąś popularną melodię. Aktorzy bardzo ostro prezentują ułomności swoich bohaterów, nieporadność Stanisława Retra, naiwność Patrycji Pitz czy neolingwistyczną ciemnotę Anny Przesik. Doskonale akcentują kolejne słowa, ich intencja przebija nas pretensjonalnością i wyrzutem. Gimnastykują się na scenie niczym Masłowska językiem – wykonują skoki, wymachują gwałtownie rękami i nogami, upadają – a wszystko to w scenografii przypominającej salę do squasha.

Znaki i znaczenia są odrysowane grubą kreską i bezpośrednio przełożone na język sceniczny. Jest głośno, rytmicznie, bez miejsca na niuanse czy krytyczne spojrzenie. Ale czy to takie istotne? Przecież tak Masłowska kończy swoją powieść: do startu start gotowi, skupić się teraz proszę, czy wszyscy gotowi i nie żałować, nie żałować, skończy się to, będzie nowe. No właśnie.

 Magdalena Zielińska, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 58/2013

33 Warszawskie Spotkania Teatralne (18.04.–1.05.2013)

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Paw królowej

Dorota Masłowska

reżyseria: Paweł Świątek

scenografia: Marcin Chlanda

adaptacja i dramaturgia: Mateusz Pakuła

obsada: Wiktor Loga-Skarczewski, Paulina Puślednik, Małgorzata Zawadzka, Szymon Czacki

premiera: 27 października

fot. Ryszard Kordecki