Nie całkiem opowiedziana historia (Nie całkiem wesoła historia)

Najnowszy spektakl w reżyserii Józefa Opalskiego, zaprezentowany na deskach Teatru im. J. Słowackiego, cechuje się taką skromnością i wycofaniem, że zdaje się zawstydzać sam przed sobą, że oto przyszło mu być właśnie własną premierą.

Nie ujmując zespołowi aktorskiemu, Nie całkiem wesoła historia to Grzegorz Mielczarek. I tylko Grzegorz Mielczarek, co może mieć też związek z faktem, że to już trzecie (po Kochanku i Niżyńskim) przedstawienie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, w którym ten aktor spotyka się z Opalskim. A w wywiadzie zamieszczonym na stronie internetowej Teatru można przeczytać jak pozytywnie reżyser odnosi się do tej współpracy, więc tym bardziej nie powinno już dziwić, że główną rolę powierza „wypróbowanemu” artyście. Decyzja ta zaowocowała bardzo przekonywującą i pełną subtelności postacią Nikołaja Stiepanowicza, profesora przeżywającego męki egzystencjalne, ale jednocześnie nie uchroniła od innego problemu. Mianowicie – zabrakło równowagi między kreacją Stiepanowicza a pozostałymi personami sztuki.

Od pierwszych sekwencji obserwujemy twarz Mielczarka, oddzielającą się od mroku sceny za sprawą reflektora i bielutkiej koszuli wzmacniającej to skąpe, punktowe oświetlenie. W monologu, który sączy gorzko-obojętnym głosem, wyczuwa się godziny rzetelnej pracy nad tekstem. I gdyby tak przy monodramie pozostać –  efekt końcowy byłby o niebo lepszy. A tak – obcujemy ze spektaklem pozbawionym, tak ważnych przecież, napięć wynikających z konfrontacji między aktorami. Pojawiają się wprawdzie rozmowy, dochodzi do kontaktu wzrokowego, ale finalnie i tak aktorzy zdają się otoczeni niewidzialną bańką, która uniemożliwia jakiekolwiek współdziałanie z partnerem. Sytuację tę można trochę usprawiedliwiać tematem przewodnim przedstawienia, czyli bezkresnym, absolutnym osamotnieniem, które najpełniej wyraża postać grana przez Mielczarka. Ale nie tylko – Waria (Ewa Worytkiewicz), Katia (Joanna Mastalerz) i Liza (Paulina Kondrak) zwalczają i celebrują jednocześnie swą samotność w inny sposób. Podobnie, choć każda jest jednak sama w typowo Czechowskim motywie rozpamiętywania utraconej, często wyidealizowanej, przeszłości i tęsknoty za lepszą przyszłością, która i tak pewnie nie nastąpi.

Scenografia intryguje, i niestety nic ponadto. Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie oczekuję bynajmniej takiego zaaranżowania sceny, które by grało, śpiewało i jeszcze wpisywało się w kanony sztuki współczesnej. Chodzi raczej o to, że prezentacja spektaklu na scenie jest rodzajem deklaracji wynikającej z podjęcia szeregu decyzji, a przede wszystkim – selekcji i redukcji. Rozwijając myśl – jeśli coś znalazło się w wyniku tych decyzji na scenie, to chcę wierzyć, że nie przez przypadek. W Nie całkiem wesołej historii natomiast nie mamy do czynienia z funkcjonalnością (z wyjątkiem dużo, masywnego stołu, przy którym zasiadają bohaterowie, aby – paradoksalnie! – jeszcze bardziej zwiększyć dystans między sobą, próbując reanimować bezskutecznie coś na kształt rozmowy), ponieważ większość przedmiotów pojawiających się na scenie zupełnie niczemu nie służy. Po drugie scenografia Przemysława Klonowskiego może i nie kłóci się z opowiadaną historią, ale też niewiele do niej wnosi. Wyczuwalne jest odczucie, że wszystko, co widzimy na scenie można wymienić na coś innego, podobnego, a cała wymiana nie wpłynęłaby na ogólny wydźwięk przedstawienia.

Cóż można jeszcze powiedzieć o spektaklu, który trwa niewiele ponad godzinę, a jednak dłuży się? Scena, wzmocniona o obecność widowni, to (niestety i stety) surowy sędzia. Trochę tak jak ostre światło dzienne uwidaczniające niedoskonałości wielkich i pięknych idei zrodzonych nocą. W ten poetycko brzmiący ton uderzam nie bez powodu – spektakl wyreżyserowany przez Opalskiego ma w sobie, i to całkiem spore, pokłady poezji. Problem w tym, że to teatralny nokturn, który nam, widzom, dany jest oglądać za dnia, gdzie blednie koncept piekła własnego, ułomnego, „ja”, a pozostaje umiarkowana nuda i coś na kształt próby spektaklu, który jeszcze nie otrzymał ostatecznej formy.

 

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 166/2016

 

 

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Nie całkiem wesoła historia

na motywach tekstów Antoniego Czechowa

tłumaczenie: Maria Mongirdowa

reżyseria: Józef Opalski

adaptacja sceniczna: Anna Burzyńska

scenografia: Przemysław Klonowski

opracowanie muzyczne: Józef Opalski

obsada: Joanna Mastalerz, Ewa Worytkiewicz, Grzegorz Mielczarek, Sławomir Rokita, Tadeusza Zięba, Paulina Kondrak

premiera: 12 marca 2016