Moja mała dziewczynka (Wszystkie misie lubią miód)

Moja mała dziewczynka (Wszystkie misie lubią miód)

Twórcy spektaklu Wszystkie misie lubią miód doskonale zdają sobie sprawę, że absolutnie Innym jest inny człowiek. Dlatego zakłócają, a nawet znoszą upraszczającą i nacechowaną ideologicznie opozycję pomiędzy tym, co normalne a tym, co nie jest za takie uważane. Anormalność okazuje się zdemaskowaną normalnością, a my, nurzając się w świecie bohaterów, którym zwyczajność po prostu urąga, stajemy przed tym, co tyle niepokojące, ile prawdziwie fascynujące.

Podstawowe pytanie, nasuwające się na myśl w odniesieniu do spektaklu reżyserowanego przez Mikitę Waladzko na podstawie tekstu Grzegorza Stępniaka, dotyczy tego, co właściwie odróżnia obraz odgrywającego jakąś rolę szaleńca, od przedstawienia osoby normalnej, odgrywającej obłąkanego? Być może nic. I na niemożności zaistnienia tej różnicy młody zespół buduje światy, które przenika stęchlizna rozkładu. Konieczność odtworzenia krajobrazów rzeczywistości Anatolija Moskwina, czyli rosyjskiego konesera świeżo pogrzebanych dziewczęcych zwłok, które odkopywał, tworząc makabryczną kolekcję postludzkich lalek, zmusiła twórców do zmierzenia się z pewnego rodzaju niewyobrażalnością. Jednak czy na pewno dokonania samozwańczego wskrzesiciela małych dziewczynek są nieludzkie i niewyobrażalne? Przecież powstały jako produkt ludzkiego umysłu i stały się dziełem człowieka. Co więcej, zarówno twórcy, jak i widzowie, chcąc zbliżyć się do tej niepojętej materii, muszą jej dotknąć i niejako powąchać. Zadanie niełatwe, bo wymaga zdecydowanego wejścia w ten lepki świat, bez zbędnych obaw, aby się zanadto nie upaprać. W Moskwinie w interpretacji Jarka Widucha zabrakło owej psychodelicznej aury. Otrzymaliśmy natomiast rodzaj od-grywania zamiast grania, w efekcie czego naszej percepcji nieustannie towarzyszy świadomość, że gra jest formą cytatu, bez utożsamienia się z postacią Moskwina. Być może to zakłócenie iluzji scenicznego świata nawiązuje do Brechta i jego koncepcji „efektu obcości”.

Owo mierzenie się z naddatkiem w postaci postżycia i przemierzania żyznych krain umysłu Moskwina o wiele lepiej sprawdza się w przypadku pięknie spreparowanych córek (w tych rolach świetna niewinnie-prowokatorska Anna Antoniewicz oraz Martyna Krzysztofik i Lena Schimscheiner). Trzy siostry o imionach rodem z dramatu Czechowa − Masza, Irina i Olga − trafiły z nekropolii wprost do miejsca nieustającej zabawy. Zajmują się dokładnie tym, czym powinny zajmować się małe dziewczynki. Nieporadnie używają kosmetyków, odgrywając przy tym uroczo-pokraczny spektakl kobietek (jedna z bardziej atrakcyjnych wizualnie scen przy świetle stroboskopowym), wyprawiają urodzinowe przyjęcia, bawią się gigantycznym pluszowym misiem (który raz po raz przestaje być zwykłą zabawką, a staje się wewnętrznym głosem Moskwina) oraz kochają swojego tatusia. I to jest ich najważniejsze zajęcie – kochać tatusia i być przez niego kochanymi. Jest coś perwersyjnego w tych relacjach na granicy najprawdziwszego oddania i utajonego, a jednak pulsującego pożądania. „Chodź do tatusia” – szepcze coś z niewzruszonej postawy Moskwina. To pragnienie materializuje się w postaci podszeptów Maszy, która już nie chce być ani dziewczynką, ani córeczką. Jej kiełkująca namiętność ubrana jest w skórzany płaszcz i Bachusowy wieniec (Krystian Durman). „Na początku była chuć. Nic prócz niej i wszystko w niej” – jak sparafrazował słowa Ewangelii św. Jana Stanisław Przybyszewski. Ten kipiący potencjał niezrealizowanego pożądania, który zdaje się być jedną z głównych osi spektaklu, mógł zostać jeszcze mocniej popchnięty ku granicy obsceniczności.

Znaczące momenty zagłębiania się w odmęty psychiki Moskwina odnajdujemy w scenach zniewalająco kampowych. Zostały one wyciągnięte z repertuaru popkulturowych klisz, doskonale wyeksponowanych w filmach Harmony’ego Korine’a, do których estetyka spektaklu jest wyraźnie zbliżona. Przy dźwiękach trafnie dobranego repertuaru muzycznego półnagi demiurg (kolejna kreacja Durmana, który doskonale wie, co zrobić, żeby skupić na sobie uwagę) w białej peruce i stylizacji á la Guns’n’Roses wygina się i śpiewa przy iście fallicznym mikrofonie. Trupie siostry wprawione w ten demiurgiczny szał za pomocą kolejnego przedmiotu pożądania tym razem w postaci białego pyłku, którym z wdziękiem można przypudrować nosek, przypominają już nie małe dziewczynki, a całkiem duże dziewczęta na jakimś techno rave’ie.

Wreszcie, nadal gmerając w przepastnych odmętach popkulturowych inspiracji, wspomnieć należy o scenie telewizyjnego show. Niemożliwie przerysowana prowadząca, nosząca strój właściwy damom lekkich obyczajów najniższej rangi (Martyna Krzysztofik) oddaje znalezione u Moskwina zwłoki Maszy jej prawdziwym rodzicom. Ta przestrzeń okrutnego szyderstwa i śmieszności, wojeryzmu, którym nieustannie i zachłannie się karmimy, staje się miejscem demaskacji sztuczności i moralnego upadku.

Treściowy i kreacyjny eklektyzm Wszystkich misiów został zgrabnie zderzony z minimalistyczną scenografią w postaci obskurnej trumny-ławki i formy trójkąta, na którym wyświetlane jest wideo. Ekran ten staje się przestrzenią dla postaci nieobecnych na scenie, których głos uwiązł gdzieś pomiędzy różnymi rzeczywistościami.

Narracja, poprowadzona z dużym impetem, jest ujęta w rodzaj klamry, którą tworzą postaci grabarzy opowiadających całą historię. Ukazano ich zaskakująco opresyjnie, jako osoby w najlepszym razie przygłupie, w najgorszym upośledzone. Tracąc na moment czujność wobec dużej wrażliwości na Inność, twórcy wprowadzili element nieco rażący przaśnością i przerysowaniem. Ten kłopotliwy moment nie rzutuje jednak w znaczącym stopniu na całość, bo balansując na granicy tego, co jest ekskrementem człowieczeństwa, a co zwyrodniałym produktem ubocznym relacji społeczno-rodzinnych, twórcy spektaklu nie udzielają łatwych odpowiedzi. Zostaje nam za to zaproponowane pochylenie się nad postaciami uwikłanymi w nienormatywną miłość i pożądanie z dużą dozą zrozumienia, momentami nawet czułości.

 

Katarzyna Oczkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 158/2016

Teatr Nowy w Krakowie

Grzegorz Stępniak

Wszystkie misie lubią miód

reżyseria: Mikita Waladzko

scenografia i video: Krzysztof Kaczmar

choreografia: Jarek Widuch

kostiumy: Adrian Lewandowski

reżyseria światła: Wojciech Kiwacz

producent: Sebastian Myłek

obsada: Anna Antoniewicz, Martyna Krzysztofik, Lena Schimscheiner, Krystian Durman, Jarek Widuch.

premiera: 27 listopada 2015

fot. mat. teatru

 

Katarzyna Oczkowska – redaktor naczelna „Teatraliów” i doktorantka w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się polską sztuką współczesną.