Miłość, której nie było (O miłości)

Miłość, której nie było (O miłości)

Spektakl O miłości w reżyserii debiutantki Agaty Marciniak nie jest ani melodramatem, ani analizą psychologiczną. Pani reżyser dotyka kilku tematów, newralgicznych miejsc. Można jej zarzucić, że w przedstawieniu zabrakło pełni, a jednocześnie zdominowała je postmodernistyczna nadprodukcja form. Dwa małżeństwa, same nieszczęścia, kilka szczęśliwych dni, czyli anegdota niewątpliwie prosta. Jednak – w gruncie rzeczy – treść okazuje się bardzo złożona. Nie tyle chodzi o czytanie między wierszami czy rozszyfrowywanie kolażu obrazów, co o zobaczenie i poczucie, w cudownie absurdalnym następstwie scen, w rozsypującej się konwencji, braku. Braku miłości.

Historia, którą przedstawia Agata Marciniak, to opowieść o bólu i poniżeniu, i to nie tylko dlatego, że tematy są tutaj takie, a nie inne – zdrada, śmierć, aborcja – ale także z racji tego, że narracją zdaje się rządzić niemożność porozumienia. Cztery postaci pojawiają się na scenie w obłędnym cyklu powtórzeń – historia zatacza kręgi. Czynią to w różnych konfiguracjach – parami, samotnie lub w gromadzie. Dwa małżeństwa, a zarazem dwie pary kochanków – podśpiewują, podrygują, podskakują, mamroczą, wrzeszczą i popłakują, a przy tym, paradoksalnie, pozostają same na świecie. Młodzi aktorzy świetnie przekazują tragizm postaci, które nie mogą się porozumieć. Na ich twarzach rozgrywa się dramat spustoszenia. Znajdują się na rozżarzonej granicy między nienawiścią a tęsknotą. Grają bowiem w tragifarsie o rozpadających się światach, o braku – pociech, miłości, zużytych już dawno temu słów i gestów. Opowiadają o traceniu sensu. Nie wiadomo, czy na początku była miłość, czy tylko jej pragnienie. To komedia odgrywana na pretensjonalnym grobie nienarodzonych dzieci. Scena jest miejscem, w którym niemożliwe jest wzajemne przebaczenie, poznanie, czy nawet stosunek seksualny. Reżyser uśmierca formę i konwencję, przekształcając je w efektowną kpinę.

„Miłość” w spektaklu Marciniak jawi się zaledwie cienką, niewiele znaczącą i nieprzerwanie zagrożoną zniszczeniem – przez świat, słowa i innych ludzi – otoczką tragizmu. Być może to dlatego reżyser czyni drugą część spektaklu niejako czystą niemożliwością. Kiedy opowiadanej miłości nie udaje się utrzymać, kiedy granica między wszystkim a niczym chwieje się i kiedy nawet wspólne marzenia dzielą, nie sposób nie dopuścić do głosu groteski. Obserwujemy ciekawą realizację idei karnawalizacji, wszystko bowiem miesza się tu ze wszystkim – Norén z Tołstojem i Sienkiewiczem, poetyka brutalizmu z estetyką absurdu, karnawał z apokalipsą, uczta z kaźnią.

Mimo wszystko bohaterowie poniekąd dalej próbują wskrzeszać konające uczucia, bo nawet iluzja miłości służy im jako podparcie. Gdyby chciało się podejść do nich nieco bliżej, zedrzeć dworskie stroje, znalazłoby się ciągle ten sam, uniwersalny głos człowieka, który przeżył (lub nie) awangardy i postmodernizm, i, mniej lub bardziej wzniośle, szuka formy oraz chociażby cienia nadziei na dojście do kresu nocy.

I tak Marciniak ciągnie – trochę za Norénem, a przede wszystkim za własną wrażliwością – niełatwą i nieprzyjemną opowieść. Przez pęknięcia, aluzje, parafrazy, zagadki, niedokończenia i rozwinięcia prowadzi aktorów aż do punktu, w którym ich gra, a zarazem oni sami stają się absolutnie niedorzeczni, a czyni to niejako w geście sprzeciwu wobec owej tragicznej teorii, której ojcowie nazwali świat teatrem. W spektaklu O miłości historia człowieka zdaje się historią cyrkowca, a ta – wbrew pozorom – mimo że bardziej kolorowa, nie jest ani odrobinę mniej tragiczna. Reżyser obezwładnia widzów, ponieważ wobec komizmu są oni jeszcze bardziej bezbronni niż względem tragizmu. Można płakać nad zdjęciem płodu upodobnionym do maluśkiej dziewczynki, nie wiadomo za to, co zrobić z kilkunastodniowym niby-ciałkiem przedstawionym jako kawał smażonego mięsa. Aborcja skarnawalizowana – oto ujęcie, które proponuje Marciniak, będące zarówno próbą dekonstrukcji, jak i konstrukcji opowieści. Potencjał reżyserski debiutantki zdaje się leżeć właśnie w upodobaniu byciu na granicy – między paradoksem a kiczem, mozaiką a miszmaszem, szokiem a głupotą.

Tytułowa miłość ustępuje przed tematem absurdu egzystencji, który – przez zbieżność z groteską i komedią – jawi się odważną, autorską wariacją, jednak – jeśli mu się dobrze przyjrzeć, rozebrać na kawałki i oddzielić samobójstwo Anny Kareniny od Amazonek na skąpanych w gównie koniach, a pięknego Cygana od zbrukanych kochanków – można dostrzec zalążki narracji nieomal mitycznej. Mitu o cyklicznej nieoczywistości dziejów. Gdyby Agata Marciniak zapragnęła pójść o krok dalej, na sam skraj nonsensu, nie znalazłaby ani poklasku, ani prawdy, ani opowieści, lecz – jako że zatrzymała się na właściwym szczeblu – stworzyła spektakl bezprecedensowy, bo oscylujący na granicy realizmu i absurdu, karykatury i prawie nieprzetworzonej reprezentacji – metaforyczny reportaż o braku miłości.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 67/2013

Scena 21 Teatru Nowego w Krakowie

Lars Norén

O miłości

reżyseria: Agata Marciniak

obsada: Norbert Burkowski, Beata Strzelczyk, Adam Możdżonek, Martyna Moskwa

premiera: 31 sierpnia 2013

fot. Michał Niewdanaicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadais