Ładnie pograli – Wrocławski Sound 2012

Ładnie pograli – Wrocławski Sound 2012

Wrocławski Sound to przegląd piosenki lokalnej, który powstał w 2009 roku. W miniony weekend gościł w Imparcie już po raz czwarty – i jak dotąd – była to najciekawsza edycja. Nie chcę zapeszać, ale z roku na rok, poziom wystąpień jest coraz bardziej satysfakcjonujący. Łącznie na dwóch scenach Impartu zaprezentowało się dwanaście formacji muzycznych w przeróżnych stylach.

Przyjazna atmosfera, którą zapewnili organizatorzy i artyści przeglądu, jest jednym z wielu powodów, dla których Wrocławski Sound wyróżnia się na tle pozostałych muzycznych festiwali. Największą jego zaletą jest wysoko ustawiona porzeczka.

Wrocławski Sound ma za zadanie zgromadzić w jednym miejscu wszystkich  niszowych artystów z Wrocławia, ale przy okazji tych, których twórczość muzyczna oddaje klimat miasta: refleksyjny, wielobarwny, zaspokajający wiele gustów. Faktycznie, różnorodność muzyczna była kolejną (pozwólcie, że nie wymienię wszystkich) z zalet tego przeglądu, dalekiego od popadania w rutynę. Od mnogości stylów i dźwięków mogłoby zakręcić się w głowie, ale z każdym kolejnym koncertem te zawroty stają się coraz bardziej wciągające. Tak jest, Wrocławski Sound uzależnia.

W piątek zaczęło się dość mocno – od Maanalainen – alternatywnego składu, oscylującego między jazzcore a post-hardcore, na scenie wybuchającego jak bomba pozytywnej energii. Zaraz po nich – zupełnie inny klimat, czyli The Jazz Status, grupa młodych ludzi, którzy swoją muzykę ubrali w opowieść rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy. Za pomocą urzekających dźwięków (m.in. saksofonu i trąbki) opowiedzieli historię dusz zamkniętych w szklanej kuli. To, co słyszeliśmy współgrało z przygotowanym przez zespół filmem, który był wyświetlany za ich plecami. Wszystko w klimacie przydymionych piwnic jazzowych i z orientalnym pierwiastkiem dalekich krajów.

Po drodze popisali się jeszcze 20IN2 – L.U.C i Adam Bałdach, których występ okazał się nie tylko koncertem, ale też performancem. Do tego zaskakująco przyjemnie słuchało się tej, zdawałoby się, odległej relacji muzyki elektronicznej i klasycznego dźwięku skrzypiec.  Niespodzianką tego wieczoru była także grupa Mikromusic, która zaprezentowała świetny, akustyczny występ. Reakcja publiczności zdawała się sugerować, że wszystko to, co usłyszeli przed Natalią Grosiak, potraktowali wyłącznie jako support przed  jej zespołem. Przy okazji dodam, że nieustannie zadziwia mnie to urzekające połączenie dojrzałych emocjonalnie tekstów, wybrzmiewających niebanalnym głosem małej dziewczynki.

Na zakończenie piątkowych koncertów, wystąpili jeszcze 7JK i Zebra. Obie formacje zahaczają o stylistkę psychodeliczną, niemniej jednak, są szalenie interesujące muzycznie.

Sobota upłynęła spokojnie i harmonijnie (Fruhstuck), świeżo i popowo (Marcelina), a także popowo i rockowo (LOV i Joao). Wisienką na torcie był występ Miloopy, formacji dobrze  znanej wrocławskiej publiczności – grupy, która muzycznie nigdy nie zawodzi. Podsumowując, o Wrocławskim Sound 2012 można by mówić jeszcze długo i bardzo optymistycznie. Wniosek jest jeden: nie przestawajcie grać, bo pograliście ładnie. Do zobaczenia za rok!

 Karolina Obszyńska, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia” nr 33/2012
4. Wrocławski Sound, 26 – 27 października 2012

Centrum Sztuki Impart