Kto się boi wilka złego (Kto się boi Virginii Woolf?)

Ona – bezpośrednia do bólu i wulgarna. On – nieco powściągliwy, ale też potrafi zaleźć za skórę. Trudno stwierdzić, kochają się czy nienawidzą? A może po latach małżeństwa nie czują już nic?

Marta i George to dojrzała para. On jest z wykształcenia historykiem. Pracuje na uczelni, której rektorem jest jej tatuś. Ona kiedyś studiowała, teraz głównie zajmuje się domem. Niezbyt dokładnie, o czym świadczą puste butelki pochowane za doniczkami z usychającymi kwiatkami. Ich wspólne życie to ciągłe dogryzanie sobie nawzajem, zaczepki, a nawet obelgi. Konflikty pojawiają się nagle i nie wiadomo skąd, ale tak samo szybko znikają. Pewnego wieczoru odwiedza ich młode małżeństwo poznane na przyjęciu u tatusia – Nick i Skarbie. Początkowo rozmowa się nie klei, ale pod wpływem alkoholu wszystkim zaczynają puszczać hamulce. Rozpoczyna się odkrywanie rodzinnych tajemnic, wzajemne pretensje i upokorzenia. Śmiech przeplata się z płaczem, wyzwiska z czułością, a widzowi coraz trudniej połapać się w tej tragikomicznej farsie.

Reżyserujący spektakl Jacek Poniedziałek zdecydował się na samodzielne przełożenie tekstu. Pierwotna wersja dramatu wzbudziła wiele kontrowersji między innymi przez nieprzyzwoity język. W 1963 roku tekst został nominowany do nagrody Pulitzera, jednak ze względu na protesty nominację cofnięto. Spektakl według Poniedziałka na nagrodę też raczej nie miałby szans. Ilość przekleństw na minutę wynosi dużo ponad przeciętną, co na początku bawi. Z czasem jednak chyba powinno zacząć nam przeszkadzać, dać do zrozumienia, że nie mamy do czynienia z sytuacją komiczną, a tragiczną. W Polonii jednak publiczność śmieje się do końca. Poniedziałek zatem najwyraźniej z czymś przesadził.

Główne role przypadły w udziale dwójce doświadczonych aktorów – Ewie Kasprzyk i Krzysztofowi Draczowi. Ewa Kasprzyk niestety nie wypada dobrze. Wydaje się, że postać Marty to tylko z pozoru wulgarna pijaczka, a pod tą powłoką kryje się coś więcej. W wykonaniu Kasprzyk nie widać jednak żadnej głębi. Ma się wrażenie, że żywiołowa reakcja publiczności na jej kolejne przekleństwa jeszcze bardziej ją nakręca. Natomiast ostatnia scena, w której na chwilę mamy zobaczyć ją cichszą i przestraszoną, wypadła w jej wykonaniu bardzo słabo, jakby była już zbyt rozpędzona w swojej żywiołowej grze i nie umiała się zatrzymać. W rezultacie gra  sztucznie i trudno uwierzyć w jej przemianę. Zdecydowane lepiej prezentuje się Krzysztof Dracz. W jego roli widać kilka niedociągnięć, jednak równoważą je sceny, w których wypada rewelacyjnie, jak chociażby ta, kiedy podpity w rozchełstanej koszuli śpiewa Wish you were here. Zawiera się w niej cały tragizm postaci Georga, który przestaje być silnym, zadziornym mężczyzną i na chwilę odsłania swoje słabości, nikogo nie udając. Scena ta jest zarazem zabawna i smutna, rozczulająca. Jest autentyczny w przeżywaniu swojej chwili samotności – jawi się jako ktoś realny, zwykły, bezbronny człowiek. Młodzi aktorzy są zdecydowanie mniej wyraziści. Jest to uzasadnione – Marta i George mają grać pierwsze skrzypce, a Nick i Skarbie służą im za tło

Reżyser zdecydował się na wprowadzenie elementu wideo. Jacek Poniedziałek podąża za tym trendem trochę na ślepo – podobnie zresztą jak wielu innych reżyserów – nie do końca wiedząc, jak to medium odpowiednio wykorzystać. W tym przypadku film wideo pokazuje jedną ze scen dziejących się w innym pomieszczeniu. W pewnym sensie jest to pójście na łatwiznę. Mamy tu do czynienia z jedną z najtrudniejszych scen rozgrywających się pomiędzy Nickiem a Skarbie. Jest to moment, w którym nie wyróżniające się do tej pory postaci, bez towarzystwa Marty i Georga, wreszcie są na pierwszym planie i generują bardzo silne emocje. Szkoda więc, że nie mogliśmy zobaczyć na żywo ich kumulacji. Krótki filmik opatrzony tandetną dramatyczną muzyką nie wykorzystuje potencjału, jaki drzemie w tej scenie i wypada bardziej śmiesznie (nie zabawnie) niż dramatycznie.

Bardzo oszczędną scenografię utrzymano w jasnych odcieniach. Brak też specjalnych efektów w operowaniu światłem, a muzyka jest prawie nieobecna. W tym przypadku to jednak bardzo dobre rozwiązanie. Nic nie odwraca uwagi od dialogów, które są tu zdecydowanie najważniejsze.

Tekst Albee’go w latach 60. miał dość silny wydźwięk polityczny. Autor nadał głównej parze imiona po Marcie i Georgu Waszyngtonach, budując w ten sposób metaforę ówczesnej sytuacji w Ameryce, przedstawiając ją w negatywny sposób. Jacek Poniedziałek również postanowił zakończyć swój spektakl akcentem politycznym odnoszącym się do polskich realiów. Nie jest on jednak do końca zrozumiały w kontekście całości. Ma się wręcz wrażenie, że reżyser chciał go tam umieścić za wszelką cenę.

Tekst Kto się boi Virginii Woolf daje szerokie pole do interpretacji. W Teatrze Polonia reżyser sili się na nadanie spektaklowi wzniosłego przesłania politycznego, używa jednak do tego niezbyt wyrafinowanych środków i uderza w najprostszy rodzaj poczucia humoru. Mimo to prawdopodobnie odniesie komercyjny sukces. Tani humor zawsze dobrze się sprzedaje.

 

Milena Lenarciak, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 166/2016

Teatr Polonia
Kto się boi Virginii Woolf?
Edward Albee
reżyseria: Jacek Poniedziałek
tłumaczenie: Jacek Poniedziałek
scenografia: Michał Korchowiec
kostiumy: Michał Korchowiec
światło: Katarzyna Łuszczyk
wideo i opracowanie muzyczne: Michał Dobrucki
układ walk: Wiesław Chmieliński
obsada: Ewa Kasprzyk (Marta), Krzysztof Dracz (George), Agnieszka Żulewska (Skarbie), Piotr Stramowski (Nick)
premiera: 29 stycznia 2016
fot. K. Bieliński

 Milena Lenarciak, urodzona w 1991, studentka dziennikarstwa. Uwielbia podróżować i czytać reportaże. Zafascynowana kulturą innych krajów, w szczególności Japonii.