Królowa Margot. Czy rzeczywiście wojna nie ma w sobie nic z kobiety?

Tytuł spektaklu Wojciecha Farugi Królowa Margot. wojna skończy się kiedyś wprowadza widza w błąd, sugerując, iż sztuka dopuści do głosu tę, która była świadkiem i uczestnikiem historycznych przemian w XVI-wiecznej, ultrakatolickiej Francji. Nic bardziej mylnego. Margot de Valois, to raczej na wskroś samotna, kierowana przez despotyczną rodzinę marionetka. I właśnie o tym, w głównej mierze, zdaje się być spektakl Farugi. O olbrzymiej samotności człowieka, na tle dziejowych przemian.

Na początku uderza widza prostota scenografii, która jednocześnie staje się być grą z kulturowymi symbolami (w pełni zasłużona Złota Maska dla scenografki – Agaty Skwarczyńskiej). Co więc oglądamy, my, widzowie, nachalni podglądacze? Czy mamy przed oczami fragment amfiteatru rodem z Grecji? A może to część hiszpańskiego corrales – teatru publicznego z XVI wieku, w którym aktor był obserwowany niemalże ze wszystkich stron? Można też pokusić się o tezę (być może zbyt śmiałą?), iż są to po prostu, opisywane przez wybitnego teatrologa, Jana Kotta, schody dziejów, po których wspinają się ci, walczący o efemeryczną, nieprzynoszącą ostatecznej satysfakcji, władzę. Jedno jest pewne – scenografia w spektaklu Wojciecha Farugi sygnalizuje nam, a raczej wymusza na nas, bycie obserwatorem pojedynczych jednostek ludzkich. Ludzi, którzy zostali zmuszeni do uczestnictwa w okrutnych (a jednocześnie w tym okrucieństwie uniwersalnych i ponadczasowych) przemianach historycznych.

Zarys tych epokowych przeobrażeń można opisać w paru zdaniach (bo i historia to tutaj tylko tło, służące do zrozumienia działania ludzkich mechanizmów). Jest rok 1572. Krwawy wiek irracjonalnych wojen religijnych. Ślub katoliczki – Małgorzaty Walezjuszki (w tej roli Magdalena Łaska) z Henrykiem (Piotr Gajos), hugenotem, władcą Nawarry, ma zakończyć wieloletni, krwawy konflikt, wyniszczający Francję. Ich małżeństwo jest nadzieją na długo wyczekiwany pokój. Jest równocześnie szopką, w której marionetkom nie daje się prawa głosu. Dochodzi do ślubu dwóch, niemających ze sobą nic wspólnego osób. Na zasadzie kontrastu uświadamia nam się dystans pomiędzy Henrykiem i Margot. On, cały w czerni, „śmierdzący capem”. Ona – „karta przetargowa”, ubrana w niewinną biel, przymuszona przez brata do zgody na ślub. Aktor, grający Karola IX (w tej roli świetny, niejednoznaczny i celowo wzbudzający odrazę Adam Graczyk), wkłada pod suknię ślubną Małgorzaty dłonie, tak, by móc nią sterować niczym dziecięcą pacynką. A dziewczyna godzi się na to. Z kazirodczej, poddańczej miłości do brata? Z niechęci do tej upokarzającej szopki? Trudno powiedzieć. A takich pytań w spektaklu Farugi będzie znacznie więcej.

Pozorny pokój. Udawane złożenie broni. Nic nie jest tu takie, jakie początkowo się być zdawało. Duszna atmosfera staje się nie do wytrzymania. Po chwili fasadowego spokoju ostatecznie dochodzi do rzezi hugenotów. Na scenie jest ona pokazana bez zbędnego wylewu krwi, bardziej poprzez emocje pomiędzy bohaterami. Całą intrygą, walką (tą na szpady, ale i emocje) pomiędzy zwaśnionymi stronnictwami kieruje królowa matka – Katarzyna Medycejska (niepokojąco przekonująca, znacznie wybijająca się na tle pozostałych aktorów – Marta Gzowska-Sawicka). Nie chodzi tu o religię, lecz o to, kto utrzyma się przy władzy, kto pierwszy zaatakuje, by samemu nie być pokonanym. Wszakże polityka nigdy nie opiera się na faktach, lecz na umiejętnym populizmie, walce w imię wyższego dobra, które nie istnieje.

To właśnie Katarzyna, staje się główną bohaterką spektaklu (w znaczeniu bardzo wąskim, jak i szerszym – dziejowym). Przez lata nauczyła się sterować swoimi dziećmi, zmuszać ich do podejmowania decyzji zarówno tych osobistych, jak i istotnych dla całej Europy. Początkowo zagubiona, walcząca z kochanką męża o prawo do jego łoża, ostatecznie odzyskała własny głos, zrozumiała, na czym polega wojna. Liczą się tylko zwycięzcy, o przegranych nikt nie pamięta, bo to wygrani piszą historię. Jest Królowa Margot. wojna skończy się kiedyś historią Katarzyny. Postaci pełnej kontrastów – otoczona rodziną, która darzy ją patologicznym uwielbieniem, a jednocześnie przeraźliwie samotna. Silna i zdecydowana podjąć odważny krok, słaba zaś, oszalała z rozpaczy po śmierci uwielbianego syna Karola. Faruga, spychając na dalszy plan samą Margot, wydobył postać niebanalną, wielowymiarową i fascynującą. Zabieg okazał się trafny i interesujący.

Wiele w spektaklu takich scen, które przyciągają i (paradoksalnie w tej całej sytuacji!) cechują się subtelnością. Wielka to zasługa scenografii i kostiumów, które mają być raczej grą z konwencją, więcej sugerować, niż dawać jednoznaczne odpowiedzi. Co więcej, Faruga ma bardzo dobre wyczucie sceny, wie, jak wykorzystać jej atuty. Potrafi także pokierować tak aktorami, by wydobyć z nich to, co najlepsze (świetne sceny chóralne, dobrze zagrane sceny indywidualne, pełne napięć i niedopowiedzeń). Jednakże, pomimo nasyconej, pełnej intryg akcji Królowa Margot dłuży się, czasami wręcz męczy. O ile akcja znacznie zwalnia w części pierwszej, o tyle przyciąga uwagę w drugim akcie. Szkoda, że Faruga nie wyważył tych napięć, być może wtedy oglądałoby się ten spektakl zupełnie inaczej.

Wojna ma w sobie wiele z kobiety. W przypadku Królowej Margot. wojna skończy się kiedyś jest samą kobietą. Samotną, publicznie zachowującą dobrą minę do złej gry, w ukryciu przerażoną, buntującą się przeciwko mechanizmom historii. A! I wojna nie skończy się kiedyś. Chyba jest to wniosek równie przerażający, jak losy umierających po kolei bohaterów sztuki Wojciecha Farugi.

To, co? „Może pójdziemy na bankiet?”

Natalia Dyjas, Teatralia Poznań
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 140/2015

VIII Spotkania Teatralne BLISCY NIEZNAJOMI, 26–30 maja

fot. Monika Stolarska