Kotka na lodowatym blaszanym dachu (Kotka na gorącym blaszanym dachu)

Kotka na lodowatym blaszanym dachu (Kotka na gorącym blaszanym dachu)

Kotka na gorącym blaszanym dachu w reżyserii powracającego do rodzinnego Krakowa Jacka Poniedziałka z dusznej atmosfery amerykańskiej plantacji na Południu przeniesiona zostaje w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Lodowatą i pełną wyrachowania, czyli chyba naszą współczesność.

Trzeba podkreślić, że Poniedziałek występuje tu w podwójnej roli – jako reżyser i autor przekładu dramatu Williamsa. Jako tłumacz (a zarazem także aktor i człowiek teatru) ma jeden cel i konsekwentnie go realizuje – oczyszcza język sztuki z papierowego szelestu. W scenach, gdzie emocje sięgają zenitu postacie nie przebierają w słowach, a siarczyste przekleństwa padają niczym serie z karabinu. Język wyzwala się z wszelkich konwenansów, obnaża prawdziwe myśli i intencje bohaterów, ale to zarazem język brutalny, zadający głębokie rany. Tłumaczenie Poniedziałka może się podobać lub nie, jednak trudno odmówić mu sceniczności.

Spektakl otwiera bardzo zmysłowa scena tańca zawodnika futbolu amerykańskiego (Tomasz Bazan). Z początku prezentuje się jako wysportowany, umięśniony mężczyzna bez wad, ale w miarę rozbierania się z kostiumu sportowego odsłaniają się kolejne partie jego ciała, a on sam kuli się, jakby próbował się ochronić przed niespodziewanym ciosem. Wokół unosi się mgła z talku, który strzepuje z rąk. Sekwencje zamyka nagły upadek jajowatej piłki futbolowej u stóp gracza. Chłopak znika. Albo umiera – jeśli chcemy nawiązać do fabuły sztuki i pod postać anonimowego tańczącego podstawić Skippera – nieżyjącego już, najlepszego przyjaciela Bricka Pollitta. A może i jego kochanka.

Ten wysmakowany wizualnie taniec to rodzaj prologu do historii o rodzinie Pollittów, w której każdy bez wyjątku – niczym zawodnik-tancerz – pod pancerzem pozorów skrywa strach, osamotnienie i słabość. W przedstawieniu na deskach Teatru Ludowego cielesność i wszystko, co związane z fizyczną powłoką determinuje los postaci. Maggie Pollitt to zmysłowa kotka, dusi się wręcz, kiedy mąż, Brick, odmawia jej najpierw seksu, a z czasem jakiejkolwiek bliskości. Mae Pollitt (bratowa Bricka) – przeciwieństwo Maggie – potwór płodności z gromadką dzieci o psich imionach i kolejnym w brzuchu. Dużego Tatę (ojciec Bricka) – miliardera, któremu dotąd zdawało się, że może wszystko – określa teraz jedno krótkie i złe słowo: rak. Jego organizmowi za chwilę minie data ważności, a dodatkowych dni nie dokupi za żadne pieniądze.

Sztuka Williamsa daje duże możliwości do stworzenia niezapomnianych kreacji aktorskich, co niewątpliwie wykorzystał Kajetan Wolniewicz jako Duży Tata. Wolniewicz gra człowieka, który dostał od losu drugą szansę i odtąd nie chce już korzystać z półśrodków. Prawda albo nic. Bezwzględny w wyrażaniu swojego zdania, chwilami wyłazi z niego najgorszy cham, ale przez to jego postać jest tak boleśnie szczera. Szkoda tylko, że nie wie o kłamstwie lekarzy…

Brick Pollit Wojciecha Lato to chodząca bryła lodu. A raczej – bryła lodu sącząca bez przerwy whisky. Trudna, wymagająca ogromnego skupienia rola, którą Lato szczęśliwie udźwignął. Iwona Sitkowska jako Maggie świetnie wypada natomiast we wszystkich tych sekwencjach, w których trzeba wykazać się sex appealem. Gorzej kiedy przechodzi do histerycznych wybuchów. Traci wtedy cały urok, staje się nieautentyczna, chwilami wręcz drewniana, choć przecież dwoi się i troi.

Zredukowana do minimum scenografia Michała Korchowca jeszcze bardziej wydobywa samotność bohaterów. Scenograf definitywnie rezygnuje ze wszelkich symboli luksusu i bogactwa rezydencji Pollittów, odzierając postaci z obecności rzeczy, pozostawia ich w klatce własnych ciał i obsesji. Korchowiec decyduje się także na zaciemnione wnętrza, właściwie pozbawione jakichkolwiek elementów indywidualizujących przestrzeń. W centralnym miejscu sceny stoi nowoczesna kanapa. Estetyczna, ale zupełnie bez wyrazu. Brakuje natomiast łóżka, co wprost odnosi się do frustracji seksualnych Maggie i Bricka. Pojawiają się za to ciemne, sięgające ziemi zasłony na okrągłych obręczach, które oznaczają kolejne pokoje rezydencji. Ale półprzezroczysty materiał zamiast ścian sugeruje, że w tym domu niczego nie da się ukryć.

Finał pozostawia nas z pewnym niedosytem. Winę (jeśli o winie można tu mówić) za to ponosi częściowo metaforyczny i zarazem czytelny w przekazie początek spektaklu, o którym było już wcześniej. Po takim otwarciu gdzieś podświadomie liczy się na więcej. Tymczasem zakończenie krakowskiej Kotki… pozostaje z jednej strony otwarte i pozwala widzowi dopowiedzieć, co mogłoby się zdarzyć po ucichnięciu ostatnich braw, ale z drugiej – reżyser pozostawia jednie cieniutki margines nadziei. Może i tak lepiej. Może to także jego odreżyserska deklaracja opowiedzenia się po stronie prawdy. Choćby tej brutalnej i bez happy endu.

 

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 202/2017

 Tennessee Williams

Kotka na gorącym blaszanym dachu

Teatr Ludowy w Krakowie

reżyseria: Jacek Poniedziałek

tłumaczenie: Jacek Poniedziałek

scenografia: Michał Korchowiec

choreografia: Tomasz Bazan

multimedia: Grzegorz Kaliszuk

inspicjent: Anita Wilczak – Leszczyńska

sufler: Martyna Rezner

obsada: Wojciech Lato (gościnnie), Patryk Palusiński (gościnnie), Jan Nosal, Beata Schimscheiner, Iwona Sitkowska, Kajetan Wolniewicz, Mirosława Żak (gościnnie), Tomasz Bazan (gościnnie)

premiera: 6 maja 2017

fot. Michał Ramus