Kosmos w klatce (Dziady po Białoszewskim)

„Święć się dniu dzisiejszy”– powtarza jak mantrę bohater Dziadów po Białoszewskim. I próbuje przetrwać kolejny dzień na blokowisku. Spektakl inspirowany twórczością pisarza to dynamiczna opowieść o trudach codziennego życia. Opowieść tym bardziej niezwykła, bo w pozornie lekki sposób mówi o tym, jak zmierzyć się z rzeczywistością i samym sobą. Przecież cały świat mamy w sobie, wcale nie trzeba wyjeżdżać do dalekich krajów. Wystarczy wyjść na klatkę schodową.

Akcja spektaklu rozpoczyna się w momencie, gdy w niewielkim mieszkaniu nieżyjącego poety zjawiają się trzy, prawdopodobnie bliskie mu, osoby – kobieta i dwóch mężczyzn. Przez pierwsze kilka minut nie pada żadne słowo, aktorzy tylko oglądają sprzęty znajdujące się w pokoju. Wśród nich, oprócz przedmiotów codziennego użytku, są tak osobliwe rzeczy jak galeria świątków i figury św. Nepomucena i Matki Boskiej. Moment, w którym figura Matki Bożej spada na łóżko, jest punktem zwrotnym akcji. Osoby, które w zadumie wspominają poetę, nagle wstają i zaczynają tańczyć swoisty danse macabre przypominający electric boogie. I przy okazji budzą z wiecznego snu zmarłego Mirona.

Ci, którzy oczekiwali, że wraz z powrotem poety z zaświatów do dawnego mieszkania rozpocznie się obrzęd Dziadów, będą mocno zdziwieni. Zamiast guślarza i tłumu wieśniaków oraz jego krewnych i znajomych pragnących pozyskać przychylność zmarłego w mieszkaniu Mirona pojawia się niezadowolona sąsiadka narzekająca na kapiące kaloryfery. Dzieje się tak, dlatego że w Dziadach po Białoszewskim ludzie są elementem większego mechanizmu, jakim jest wspólnota mieszkaniowa. Ich życie regulują zakazy i nakazy obowiązujące w danym budynku.

Reżyserka celowo przesuwa akcenty ze spraw duchowych na materialne. W monologach głównego bohatera próżno szukać refleksji egzystencjalnych. Zmarły nie dokonuje rachunku sumienia, ale narzeka na hałaśliwą windę. Wraz z rozwojem akcji dysproporcje pomiędzy możliwościami sprawczymi człowieka a przedmiotów stają się coraz większe. Ten zamysł reżysera został w przedstawieniu poprowadzony konsekwentnie. Podkreśla go nie tylko warstwa tekstowa, ale też scenografia i muzyka. W jednej ze scen, gdy Miron skarży się na warunki panujące w bloku, jego monolog zostaje gwałtownie przerwany przez odgłosy padającego deszczu. Nie są to naturalne dźwięki, ale efekty uzyskane poprzez stukanie w blaszaną miskę. Nic w tym dziwnego, przecież jesteśmy w teatrze. Miskę z dumą trzyma jeden z aktorów – reżyser jakby chciał podkreślić, że to nie ludzie, ale przedmioty mogą mieć większy wpływ na rzeczywistość. Dlatego Requiem Lacrimosa, którego próbuje posłuchać główny bohater dla ukojenia nerwów, jest kilkakrotnie przerywane przez odgłosy windy. Groteskowość tej sytuacji wzmaga się, gdy Miron usiłuje niezdarnie dyrygować wyimaginowaną orkiestrą. W końcu daje za wygraną. Jego potrzeby estetyczne nie mają szans w starciu z hałasami blokowiska.

Ograniczona liczba aktorów w żaden sposób nie umniejsza bogactwa przedstawienia różnorodnych typów ludzkich. Momentami widz czuje się, jakby oglądał filmy Barei. Aktorzy zmieniają głosy i sposób poruszania, aby wcielić się w robotników i pracowników administracji. Postać samego Mirona z technicznego punktu widzenia została poprowadzona w bardzo ciekawy sposób: każdy z aktorów przykłada sobie kukiełkę z twarzą poety do głowy. Ten zabieg zwiększa tempo spektaklu, ponieważ umożliwia lalce szybkie przemieszczanie się w przestrzeni scenicznej. Ale częste zmiany miejsca przez głównego bohatera są tylko pozornie chaotyczne. Symbolizują jego życiową wędrówkę, której końcowy etap ma miejsce w Chamowie.

Może się wydawać, że spektakl nie ma głębszego przesłania, że reżyser chce tylko ośmieszyć niektóre zachowania ludzi żyjących na blokowisku i przy okazji rozbawić widza. Kiedy publiczność jest już znużona monologami na temat awarii prądu, zmęczony Miron nagle zaczyna wspominać przeszłość i robi to, używając pewnego ciągu semantycznego. Wspomina Plac Grzybowski, getto, powstanie. Moment, w którym widz uświadamia sobie, że nazwy miejsc i wydarzeń to nie tylko pojęcia, ale przede wszystkim emocje i ludzie z nimi związani, jest zarazem kulminacją spektaklu i symbolicznym odejściem poety. Białoszewski-głowa zasypia w łóżku, a jego miejsce na scenie zajmuje mała kukiełka, która żegna się ze świątkami w pokoju i uczepiona parasola odlatuje do nieba.

 

Katarzyna Bolec, Teatralia Rzeszów

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 173/2016

 

Festiwal Teatrów Ożywionej Formy Maskarada, 11-14 maja 2016

Debiuty w Teatrze Lalki i Aktora Kubuś w Kielcach

Dziady po Białoszewskim

na podstawie Chamowa oraz poezji Mirona Białoszewskiego

scenariusz i reżyseria: Anna Retoruk

scenografia: Justyna Banasiak

muzyka: Paweł Sowa

wizualizacje: Michał Matoszko

ruch sceniczny: Karolina Garbacik

obsada: Jolanta Kęćko, Zdzisław Reczyński, Michał Przybyszewski

premiera: 14 listopada 2015

fot. Bartek Warzecha