Komedia, która w rzeczywistości bliższa jest tragedii (Komediant)

Komedia, która w rzeczywistości bliższa jest tragedii (Komediant)

Komediant w reżyserii Agnieszki Olsten zapowiadał się na jedną z najciekawszych premier sezonu 2015/2016 łódzkich scen teatralnych. Na pierwszy rzut oka to komedia opowiadająca o losach podstarzałego aktora z przerośniętym ego, który chałturzy po małomiasteczkowych karczmach. Gdy jednak wsłuchamy się dokładnie w to, co mówi Bruscon, bliżej będzie nam do posępnej zadumy niż do śmiechu. Nie tylko z powodu wymowy sztuki Bernharda.

Właściwie moglibyśmy poprzestać na zaśmiewaniu się z sarkastycznych tekstów dotyczących małych miasteczek, z utyskiwania Bruscona (Agnieszka Kwietniewska) na zdolności aktorskie członków jego rodziny, będącej jednocześnie trupą, z którą wystawia Koło historii, czy z –– urastającego do rangi pierwszorzędnego problemu –światła awaryjnego, które powinno zgasnąć w ostatniej scenie komedii. Owych ironicznych żartów w sztuce Thomasa Bernharda jest wiele, dodatkowo Agnieszka Olsten uwypukla je poprzez włożenie ich w usta przerysowanego, ekscentrycznego i perwersyjnego Bruscona czy nieporadnego i zahukanego Właściciela Gospody (Sebastian Majewski). Najzabawniejsze są żarty dotyczące seksu – na przykład, onanizującemu się Brusconowi Właściciel Gospody zabiera sztucznego penisa i tłumaczy artystę, używając argumentu, że to „taki współczesny, kontrowersyjny performer”. Wcześniej, gdy publiczność prowadzona jest kuluarami na widownię, również może podejrzeć sekretne – w tym seksualne – życie aktorów, co powoduje niebywałe poruszenie i rozentuzjazmowanie. Na drugim miejscu są żarty z Utzbach, które w domyśle jest każdą małą miejscowością – w tym Sieradzem, w którym spektakl będzie miał swoją premierę w styczniu 2016 roku. Są też żarciki autotematyczne – o ciężkiej współpracy z kobietami (wypowiada je Bruscon znacząco spoglądając na siedzącą pośród widzów reżyserkę) czy groteskowe w tym kontekście nawiązanie do show Freddiego Mercurego i jego kontaktu z publicznością.

Bernhardt jednak nie był komediopisarzem i jego dzieła z pewnością nie zostały napisane z myślą o łatwej rozrywce. Także Olsten nie chce prowokować pustego śmiechu. Niestety prowadzi to do sytuacji, w której reżyserka kurczowo trzyma widzów za rękę i palcem pokazuje jedyną słuszną interpretację sztuki. W Komediancie nie ma miejsca na domysły i dwuznaczności. Już w foyer, gdzie spektakl zaczyna się od przemowy Właściciela Gospody i jednocześnie dyrektora artystycznego Teatru im. Stefana Jaracza – Sebastiana Majewskiego – zostajemy brutalnie, choć w żartobliwy sposób, wprowadzeni w ideologię mu towarzyszącą. Dowiadujemy się, z jakiego rodzaju sztuk mamy szydzić oraz jakie poglądy polityczne wyznawać (choć wtrącenie o udziale w marszu Komitetu Obrony Demokracji było zapewne incydentalne). Oglądając teatralnie przerysowane sceny kopulacji czy onanizmu, mamy świadomość, że to pstryczek w nos dewotom, którzy miesiąc wcześniej protestowali pod Teatrem Polskim we Wrocławiu. Nie dostajemy nawet szansy na chwilę zastanowienia, czy grająca Ernę Linda Rojewska tak doskonale wchodzi w rolę ociemniałej, czy faktycznie jest niewidoma. Wszystkie te zabiegi budzą pytania, czy chodzi o szokowanie, o pokazanie (albo przypomnienie), że jesteśmy w teatrze i możemy więcej, czy może są nawiązaniem do postaci Bruscona, w którym nie ma ani krzty delikatności i który wszystkie otaczające go osoby z lubością miesza z błotem. Czy Olsten chce być dla widzów tym, kim Bruscon dla Właściciela Gospody, Pani Bruscon (Urszula Gryczewska) dla Sary (Agnieszka Więdłocha) czy Ferruccia? Być może dlatego próbuje postawić uczestników owego wydarzenia w sytuacji ekstremalnej: burzy podział na scenę i widownię, aktorów wpuszcza między nieregularnie ustawione krzesła, na których siedzą widzowie. Doprowadza do fizycznych zbliżeń i zostawia zapalone światło: możemy więc nie tylko patrzeć na wykonawców, ale też na siebie wzajemnie, dodatkowo musimy trochę pokręcić się, wychylić głowę, wstać, bo nie każdy element ogrywanej przestrzeni jest równie dobrze widoczny. Trochę przypomina to performans. Ale tylko trochę, bo w przeciwieństwie do tegoż, tutaj nie jesteśmy równouprawnionymi uczestnikami wydarzenia. Pozostajemy widzami, którzy mogą jedynie obserwować, co dzieje się wokół nich. Niestety sprawia to wrażenie jakby Olsten chciała wyjść poza tradycyjną konwencję teatru dramatycznego, ale nie miała pomysłu, jak to zrobić. Ograła więc kilka utartych szablonów, po czym wróciła do Bernharda i postanowiła tekst jego dramatu wystawić zupełnie tradycyjnie.

Mało widoczne w Komediancie Olsten jest poszukiwanie odpowiedzi na pytania o status aktora, o to, czy jest to jeszcze powołanie czy już tylko zawód, czy aktorowi przysługuje specjalny status czy jest zwykłym człowiekiem. Według zapowiedzi twórców miał to być nadrzędny przedmiot owej inscenizacji, będący odpowiedzią na toczące się w kuluarach debaty samych aktorów. Ale jedyny wniosek, jaki nasuwa się na myśl po dwóch godzinach spektaklu to taki, że aktor może więcej. Bruscon może być dręczycielem, despotą i dewiantem bo jest „zasłużonym aktorem”. Drugoplanowe są sugestie, że jest dręczycielem, despotą i dewiantem, bo nie jest zasłużonym aktorem albo jest zasłużonym aktorem, którego dotknęła niemoc twórcza, który w ów brutalny sposób odreagowuje swoje niepowodzenia artystyczne. Jeśli nie znamy tekstu Bernharda, nie dowiemy się tego z przedstawienia. Zbyt duży nacisk został położony na formę, przez co część zagadnień poruszonych w dramacie stała się nieistotna bądź zepchnięta na boczny tor. Brak na przykład wyjaśnień lub chociaż tropów, które pozwoliłyby na analizę Koła historii Bruscona. Wszak nie jest to tylko opowiadająca o kilku sławnych postaciach historycznych komedia, która w rzeczywistości bliższa jest tragedii.

Gdyby Komediant rzeczywiście nią był, byłby bardzo zgrabnym spektaklem. Żarty, ironie, gagi, kreacje bohaterów, szybkie tempo, zaskakujące przejścia stylistyczne – wszystko to domena najlepszych komedii. Nawet gra aktorska wpisałaby się dobrze w odmienną konwencję, trzeba tylko trochę przeformatować sposób gry Kwietniewskiej, Majewski już jest farsowy. Pozostałe postaci i tak raczej tylko przemykają niezauważalnie po scenie albo już narzucone są im stricte komediowe gagi – jak Dorocie Kiełkowicz w scenie śpiewania przeboju country Oh, Susanna (co ma o wiele głębszy sens, który jest jednak dobrze maskowany nastawieniem na efekt), dużo zmian nie trzeba więc wprowadzać. Na nieszczęście zamiast komedii dostajemy tragifarsę i właśnie ów element „tragi-” psuje zabawę. Jesteśmy zmuszani do myślenia, ale pod dyktando reżysera. Nasze zachowanie na scenie również jest wyreżyserowane. Otrzymujemy strzępki zagadnień do analizy, ale zanim zdążymy zadumać nad nimi na chwilę, odpowiedzi na stawiane sobie pytania już mamy podane na tacy. Dosłowność pozbawia tę sztukę polotu. Teksty Bernharda same w sobie są na tyle mocne (chociażby wystawiana w „Jaraczu” sztuka Przed odejściem w stan spoczynku wyreżyserowana przez Grzegorza Wiśniewskiego), że nie potrzebują aż tylu wzmacniaczy, żeby „kopały” jeszcze mocniej. Komediantowi zabrakło szacunku dla słowa, zrozumienia, że to ono jest budulcem teatru i w tak intensywnie metatematycznym spektaklu powinno być najjaśniej lśniącym klejnotem.

 

Sandra Kmieciak, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 156/2016

 

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Thomas Bernhard

Komediant

reżyseria: Agnieszka Olsten

przekład: Jacek St. Buras

scenografia i kostiumy: Joanna Kaczyńska

muzyka: Jakub Suchar

obsada: Agnieszka Kwietniewska (Bruscon, komediant), Urszula Gryczewska (Pani Bruscon, komediantka), Marcin Korcz (Ferruccio, ich syn), Agnieszka Więdłocha (Sara, ich córka), Seb Majewski (Właściciel Gospody), Dorota Kiełkowicz (Żona Właściciela Gospody), Linda Rojewska (Erna, ich córka)

premiera: 18 grudnia 2015

fot. Sandra Kmieciak

 

Sandra Kmieciak – z wykształcenia doktor nauk humanistycznych, z zamiłowania fotograf, w praktyce specjalista ds. promocji. Główne dziedziny jej zainteresowań to: sztuka współczesna, teatr multimedialny, teatralizacja i performatyzacja Internetu.