Kolorowe żywoty martwej wspólnoty (Pospolite żywoty martwych Polaków)

Kolorowe żywoty martwej wspólnoty (Pospolite żywoty martwych Polaków)

Białostocki spektakl dyplomowy Wydziału Lalkarskiego Akademii Teatralnej to czterogodzinna podróż przez dzieje naszej ojczyzny. Trudna, krwawa i zagmatwana historia Polski zostaje w tym przedstawieniu poddana ostrej, bezkompromisowej i w gruncie rzeczy niezwykle potrzebnej dziś wiwisekcji. Scena zbudowana z przewróconych macew przenosi nas w przeszłość, która jest ciągle żywa, podskórnie obecna. Aktorzy na samym początku, niczym dzieci bawiące się przed blokiem, rysują na nagrobkach plan miasta-widma, przedwojennego Białegostoku, w którym niezwykle silny i różnorodny tygiel kulturowo-religijny rozkwitał niegdyś w pełni. Nostalgiczne rysunki przedstawiające świat, w którym było miejsce dla wszystkich, bez względu na pochodzenie czy wyznanie, zostają po chwili starte, tak jakby nigdy nie istniały.

Mimo że to spektakl dyplomowy Wydziału Lalkarskiego, oprócz jednego momentu przedstawienia, występują w nim jedynie ludzie. To tak jak gdyby wszyscy byliśmy marionetkami poruszanymi przez tryby historii. Część postaci niejako symbolicznie „odcina” sznurki, próbując przeciwstawić się przeszłości, a także zmierzyć się z teraźniejszością. Tak jest w przypadku długiej, ważnej sceny, podczas której jedna z bohaterek stara się odkryć zawiłą historię swojej rodziny. Okazuje się, że nasze wyobrażenia, twarde osądy czy stanowiska ideologiczne, światopoglądowe, mogą zostać szybko zrewidowane przez np. odkrycie żydowskich korzeni.

Można powiedzieć, że kolejne sceny przedstawienia łączą w sobie poetyckość Cudu purymowego z dosadnością Białej siły, czarnej pamięci. Stąd w spektaklu zarówno sceny odnoszące się do Holocaustu czy ekstrawaganckich uzasadnień białostockiej prokuratury co do swastyki (swoją drogą genialnie w tym kontekście wypada ironiczna piosenka Hej Hindusie won do Chin śpiewana i tańczona przez całą obsadę) , jak i fragmenty, które można nazwać obyczajowymi, starającymi się ukazać próbę znalezienia prawdy o sobie samym.

W trakcie oglądania przedstawienia wyczuwa się swego rodzaju ciągłość problemów człowieka na przestrzeni wieków. Nie chodzi o to, by porównywać sytuacje Anno Domini 2017 z tą sprzed 70. lat, ale o sposób ukazania takich kwestii jak pragnienie miłości (chociażby na trywialnym „babskim” spotkaniu przy winie) czy poczucie odpowiedzialności za brata, który powraca po kolejnej ucieczce z domu. Wszystkie te sytuacje wpisują się w pewien schemat rządzący życiem i psychiką człowieka, niezależnie od politycznych i dziejowych okoliczności.

Takie ujęcie tematu niezwykle celnie uderza, przeciwstawia się scenom poświęconym polsko-polskiej wojence, czyniąc ją po prostu prymitywną. Porażająca Wigilia, której przewodniczy były ksiądz Jacek Międlar w gruncie rzeczy przeradza się w antysemickie spotkanie szturmowych oddziałów skrajnej prawicy. Jeden z współbiesiadników ma ze sobą słynną kukłę Żyda, o której spaleniu szeroko rozpisywała się prasa (nota bene w późniejszej scenie jej twórca odbędzie z nią romantyczno-idylliczny homoseksualny stosunek płciowy, którą z przymrużeniem oka można rozumieć jako epifanię ukrytych pragnień części radykalnych narodowców). Równie mocną sceną spektaklu jest późniejsze przemówienie księdza Jacka, któremu warszawska ulica najwyraźniej pomyliła się ze stadionem w Monachium.

Jedynym minusem przedstawienia jest próba przedstawienia melodramatycznego wątku miłosnego pomiędzy chłopakiem zmanipulowanym przez „brunatnego pasterza” a młodą działaczką KOD-u. Sprowadzenie dwóch przeciwstawnych postaw światopoglądowych do banalnego konkretu wypadło bardzo słabo. Jedynym usprawiedliwieniem tego zabiegu może być fakt, że podczas premiery spektaklu środowisko Mateusza Kijowskiego nie było tak skompromitowane jak teraz.

Brawa należą się wszystkim młodym aktorom. Udało się im stworzyć wyraziste, pełnokrwiste postacie. Być może to nie zasługa jedynie talentu, ale i tematu, który przecież dotyczy właśnie pokolenia trzydziestolatków, decydującego o przyszłym kształcie naszej ojczyzny, mającego czy raczej mogącego mieć realny wpływ na to, jak będzie wyglądała Polska.

 

Piotr Gaszczyński, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia”, numer 202/2017 

Marcin Wierzchowski

Pospolite żywoty martwych Polaków

Spektakl dyplomowy studentów Wydziału Lalkarskiego Akademii Teatralnej w Białymstoku

reżyseria: Marcin Wierzchowski

dramaturgia: Marcin Wierzchowski, Daniel Sołtysiński

kostiumy, scenografia, multimedia: Mirek Kaczmarek

muzyka: Patryk Ołodziejski & Friends

obsada: Olimpia Bogusz, Jakub Klimaszewski, Dawid Kobiela, Daniel Lasecki, Zuzanna Łuczak, Helena Marczewska, Urszula Mazur, Rafał Pietrzak, Małgorzata Rytel, Agnieszka Turek, Izabela Zachowicz, Rafał Iwański

premiera: 10 kwietnia 2016 

fot. Bartek Warzecha

Piotr Gaszczyński (rocznik 1987) – absolwent filologii polskiej i teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W „Teatraliach” publikuje od 2010 roku. Miłośnik groteski pod każdą postacią, fan Manchesteru United i czarnej kawy.