Kampplatz (Berlin Alexanderplatz)

Kampplatz (Berlin Alexanderplatz)

Emocje po konflikcie związanym z odejściem Agnieszki Glińskiej opadły, Roman Osadnik pozostał na stanowisku, nadszedł czas na wypracowanie nowej formuły. Berlin Alexanderplatz jest pierwszą propozycją Natalii Korczakowskiej od czasu objęcia przez nią stanowiska dyrektorki artystycznej STUDIO teatrgalerii. Ta nowa nazwa ma zastąpić dotychczasową – Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza i nawiązywać jednocześnie do historycznych wariantów: Centrum Sztuki Studio Teatr – Galeria z czasów Józefa Szajny i Centrum Sztuki Studio za Jerzego Grzegorzewskiego. To również pierwszy spektakl z aktorami, którzy opuścili wrocławski Teatr Polski: Marcinem Pempusiem, Bartoszem Porczykiem i Andrzejem Szeremetą. Wśród nowości są ponadto: kierowana przez Dorotę Jarecką galeria, Scena Modelatornia będzie oddawana do dyspozycji artystom z pogranicza sztuk (otwarcie przygotują Mikołaj Grospierre i Olga Mokrzycka-Grospierre), pracownię wideo ma rozwijać Krzysztof Garbaczewski. Plany teatrgalerii zapowiadają się ambitnie, jednak próba równoczesnego ogarnięcia zbyt szerokiego spektrum tematów może wywołać chaos. Na efekty w skali makro pozostaje poczekać; w skali mikro właśnie to jest problemem Berlin Alexanderplatz.

Czterogodzinne przedstawienie na podstawie powieści Alfreda Döblina ma trzech patronów: Davida Lyncha, Quentina Tarantino i Hermana Melville’a. Wpływy reżysera Zagubionej autostrady, filmu, na podstawie którego operę Olgi Neuwirth wyreżyserowała niedawno Korczakowska, widać w stylistyce przedstawienia. Nie starano się odtworzyć Berlina z końca lat dwudziestych, a jedynie zasygnalizować klimat półświatka, w którym dzieje się akcja. Spektakl toczy się w półmroku, ściany ukryto pod lśniąco czerwoną, złożoną z cienkich pasków zasłoną, w kostiumach dominuje kontrast pomiędzy czernią (obcisłe skóry) a wyrazistymi kolorami (kwieciste sukienki, długie kożuchy). Składa się to w kampową, podszytą ostentacyjnym erotyzmem atmosferę.

Natomiast Tarantino i Melville zostali niemalże żywcem wciągnięci w scenariusz. Korczakowska w dość bezceremonialny sposób dokleiła do tkanki spektaklu otwierającą scenę rozmowy gangsterów z Wściekłych psów, czym zastąpiła pierwotne wprowadzenie w wątek przestępczy. Nie odnosi się to do żadnych skojarzeń i sprowadza się do potwierdzenia, że Tarantino pisze świetne dialogi, w których, przeniesionych na scenę, bryluje przede wszystkim Halina Rasiakówna jako Pums, czyli szef szajki z powieści. Pojawienie się Melville’a jest już bardziej zastanawiające. Widoczne na plakatach zdanie „I would prefer not to” to fraza, którą jak mantrę powtarza tytułowy bohater opowiadania Kopista Bartleby. Historia z Wall Street. W tej zajmującej opowieści pracownik biurowy okazuje się obcym elementem w uporządkowanym systemie, z którego wyłamuje się poprzez konsekwentne powtarzanie – i tym samym odmawianie wykonywania obowiązków – zdania „Wolałbym nie”. Zabieg ten powtarza, mówiąc zupełnie na biało w ostatniej części spektaklu grany przez Porczyka Franz Biberkopf. Bohater siedząc na szczycie kilkumetrowego, metalowego rusztowania obserwuje swoisty sąd nad nim samym. I jest to najciekawszy fragment przedstawienia, w którym twórcy zdecydowali się skupić na jednym pomyśle i go rozwinąć. Wtedy też wyjaśnia się obecność dwóch mrocznych aniołów: Saruga (Tomasz Nosiński – warto wspomnieć o jego świetnym wykonaniu piosenki Simple Man Klausa Nomiego) i Teraha (Katarzyna Warnke), którzy wcześniej byli przede wszystkim obserwatorami historii Franza, teraz natomiast postanowili się włączyć w grę o jego duszę. Bo, w największym skrócie, licząca sześćset stron powieść Döblina to historia człowieka, który wychodzi z więzienia, gdzie siedział za zabójstwo swojej dziewczyny, i postanawia być uczciwym obywatelem. Nie ma on w sobie jednak krzty asertywności i szybko wpada w złe towarzystwo, które to wykorzystuje. Jego kompanem, jak i sprawcą nieszczęść staje się grany przez Krzysztofa Zarzeckiego Reinhold. Głównym narzędziem Porczyka jest jego ciało – aktor opiera się na swojej atletycznej sylwetce, większość spektaklu gra z nagim torsem, często po prostu popisując się przed siedzącymi po dwóch stronach widzami (akcja toczy się w przestrzeni, którą zwykle zajmuje kilka pierwszych rzędów foteli), rzadko kiedy uderzając w poważny ton, jak we wspomnianej ostatniej części spektaklu, co przecież świetnie potrafi. Natomiast Zarzecki nieustannie zaznacza dystans do swojej postaci, będąc bardziej kowbojem z nietypowym akcentem niż przestępcą z międzywojennego Berlina. Często gra niejako w poprzek, traktując serio fragmenty komediowe i świadomie puszczając oko zarówno do widzów, jak i scenicznych partnerów w pozostałych scenach. Dlatego to właśnie złożona kreacja Zarzeckiego wydaje się największym walorem przedstawienia.

Moją podstawową wątpliwość budzi ogólna ironia wobec „dziejów Franciszka Biberkopfa” (takim podtytułem opatrzone jest polskie wydanie) i osadzenie ich w takiej kampowej, żeby nie powiedzieć kabotyńskiej, otoczce. Wydaje się, że twórcy decydując się na opowiedzenie historii nieskutecznie starającego się wejść na ścieżkę uczciwości konformisty i tym samym uznając, że jest ona z jakiegoś powodu aktualna, mogliby chyba powstrzymać się od tak częstego uciekania w dystans. „Dzisiejsi prawicowi moraliści robią dokładnie to samo: chcą być porządni i bezgrzeszni oraz – co jeszcze gorsze – chcą narzucić to innym”. Tak uzasadniała wystawienie dzisiaj Berlin Alexanderplatz Korczakowska. Tylko żeby móc zobaczyć tę analogię między postawą Franza a „tu i teraz”, nie można tak często wchodzić na poziom autoreferencji. Chyba że mamy taką postawę tylko obśmiać, a nie przed nią przestrzec, czy tym bardziej konstruktywnie skrytykować. „Wiodę go drogą pełną cierni, zsyłam nań jedno nieszczęście za drugi: Biberkopf ściga dobro, ściga je z zamkniętymi oczami, przy czym konia ma narowistego, kiedyż więc obaj – koń i jeździec – skręcą sobie kark?” – tak natomiast po latach wspominał swojego bohatera autor (zresztą wydaje mi się, że to właśnie do tego fragmentu odnosi się świetna scena, kiedy Porczyk parskając i stąpając dookoła pola gry wciela się w rumaka). I niby pojawiają się te kolejne nieszczęścia, tylko ostatecznie nie zostaje dany żaden powód, by Biberkopfowi współczuć, bądź uważać, że spotkał go sprawiedliwy wyrok.

Jan Karow, Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 194/2017

Teatr Studio w Warszawie

Alfred Döblin

Berlin Alexanderplatz

przekład: Izabela Czermakowa

adaptacja i reżyseria: Natalia Korczakowska

kostiumy: Marek Adamski

dramaturgia: Wojtek Zrałek-Kossakowski

scenografia: Anna Met

konsultacje choreograficzne: Tomasz Wygoda

światło: Bartosz Nalazek

muzyka: Marcin Lenarczyk, Bartłomiej Tyciński

obsada: Tomasz Nosiński, Katarzyna Warnke, Bartosz Porczyk, Stanisław Brudny, Andrzej Szeremeta, Marcin Pempuś, Robert Wasiewicz, Dorota Landowska, Ewelina Żak, Marcin Bosak, Halina Rasiakówna (gościnnie), Krzysztof Zarzecki, Tomasz Wygoda (gościnnie), Anna Paruszyńska oraz Bożena Adamska, Elżbieta Bobrowicz, Maria Borysewicz, Leszek Niedźwiecki

premiera: 27 stycznia 2017

fot. mat. teatru

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa UMK w Toruniu, student wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej.