Jesteśmy powietrzem, nie ziemią (Czarnobylska modlitwa)

Jesteśmy powietrzem, nie ziemią (Czarnobylska modlitwa)

Mija 27 lat od katastrofy atomowej w Czarnobylu. Z tematem zmaga się też teatr – nic nie mówi o człowieku więcej niż to, jak postępuje w sytuacjach krytycznych. Czarnobylska modlitwa w reżyserii Joanny Szczepkowskiej wpisuje się w tę narrację.

Bywa, że w sytuacjach granicznych odmawiamy tym, którzy ich doświadczają, zwyczajnych potrzeb i tęsknoty do normalności. Wstrząsające historie przywołujemy niekiedy w sposób zupełnie odrealniony. Trudno mieć o to pretensje – nie ma języka; to, co nieznane, wymaga zdefiniowania, a samo zdarzenie wymyka się często rozumowi. Tym jest Czarnobylska modlitwa – próbą oswojenia przeszłości i włączenia jej w różne życiorysy. To splot historii ukazanych ze wszystkich perspektyw, również mniej chlubnych i antybohaterskich. Tekst Swietłany Aleksijewicz to uczciwe, ale subiektywne podsumowanie (o ile takie w ogóle jest możliwe) wydarzeń sprzed dwóch dekad – a wszystko nie w służbie historii, lecz perspektyw. Podtytuł reportażu – Kronika przyszłości – jest znamienny, zawiera w warstwie języka wewnętrzną sprzeczność, ale nabiera sensu w znanym kontekście.

Czarnobyl kojarzy się dziś jednoznacznie – z największą na świecie katastrofą atomową. To niewielkie ukraińskie miasto od 1986 roku jest z jednej strony obiektem stałych badań, z drugiej – nieoczywistej fascynacji. Czarnobyl to przede wszystkim losy najróżniejszych osób: wysiedlonych, likwidatorów, naukowców. Niezależnie od wieku, płci i profesji, wszyscy musieli podjąć decyzję – czy i jak przystosować się do zastanych warunków. Konieczność zmian była bezsporna, opór co poniektórych – do przewidzenia. Aleksijewicz oddała głos ludziom, ich monologi dopełniają się, uzupełniają, a dzięki temu sumują w dzieło kompletne. Poczucie wyważenia – bo poza osobistymi tragediami czytamy o szczęśliwych miłościach i próbie wypracowania dystansu – nie jest sztuczne, wykreowane. Niestety Szczepkowska ze szkodą dla tekstu nieco inaczej rozłożyła akcenty.

Akcja rozgrywa się w Prypeci, opuszczonym dziś mieście, gdzieś na granicy Ukrainy i Białorusi. Bohaterowie wspominają awarię reaktora z jej wszystkimi konsekwencjami, odgrywają sceny z przeszłości. Perspektywa czasowa jest zatem podwójna, a złożoność scenografii pozwala ten cel w pełni zrealizować. Znika czwarta ściana; publiczność ma status aktora, odgrywa role reporterów i dziennikarzy. Wytwarza się w ten sposób osobliwa relacja. Skrócony dystans sprzyja uwikłaniu w fabułę, aktywniejszemu odbiorowi, w końcu zrozumieniu. Uwagę łatwo jednak rozproszyć, a relację zaburzyć (projekcje, dostępne zresztą tylko lewej stronie publiczności, to zbyteczna fanaberia).

Tekst broni się sam, ale jest trudny do zaadaptowania ze względu na rozpiętość wątków, odmienność narracji i mnogość nieprzystających do siebie historii. Gdyby Szczepkowska zdecydowała się na całe monologi, a nie urywki, ryzykowałaby i dysponowała kilkoma zaledwie perspektywami. Dzięki fragmentom obraz jest pełniejszy, choć utkany z przypadkowych epizodów.

Ponieważ mamy do czynienia ze strzępkami wielu różnych opowieści, aktorzy wchodzą w kilka ról. W rozdaniu najlepiej wypadło starsze pokolenie, zwłaszcza Elżbieta Piwek (fantastyczna scena odczyniania uroków nad grudkami ziemi), Monika Świtaj i Krzysztof Stroiński (jako zapalony komunista). Młodsze już tak nie przekonuje (może to wina predyspozycji, doświadczeń?). Symptomatyczne dla tekstu Aleksijewicz są wielokropki, częste, rozbijające uwagę, wiernie oddające przebieg poszczególnych rozmów. Zdaje się, że niektórzy aktorzy – ci młodsi właśnie – wykorzystali ten fakt, by na dobre porzucić rozpoczęte wątki i zapomniane fragmenty (trudno uwierzyć, żeby zdanie „coś mi się stało z pamięcią” występowało w scenariuszu z tak dużą częstotliwością). Przeszkadzają też żarty związane z Czarnobylem („ Czy w Czarnobylu było bardzo strasznie? – Ależ skąd! Każdy tam chodził rozpromieniony!”; „– Kobito, nie gadaj że to czarnobylskie [jabłka], bo nikt nie kupi! – Gadanie! Jeszcze jak kupują! Jeden dla teściowej, drugi dla szefa!”) – jest ich za wiele, nie zadbano o właściwe proporcje.

Mimo niedociągnięć udało się wyeksponować to, czym Czarnobylska modlitwa w istocie jest. Katastrofa atomowa stawia człowieka w sytuacji skrajnej, ale nietypowej – wróg jest niewidoczny, nie sposób mu się przeciwstawić, zwalczyć dostępnymi środkami (przeważa leksyka związana z wojną). To dobry argument dla środowisk proekologicznych, ale nie to jest w sztuce najważniejsze – liczy się psychologia człowieka, jego poczucie stabilności, potrzeba ciągłości i tożsamości, również na poziomie lokalnym (ta okazuje się silniejsza niż strach przed promieniowaniem – „jesteśmy powietrzem, nie ziemią” – głosi motto książki). Niezależnie od rozmiaru katastrofy ludzkie potrzeby pozostają niezmienne, a powrót do przeciętności – zawsze pożądany.

To też opowieść o determinizmie. Poszczególne wydarzenia, a przede wszystkim sposób radzenia sobie z nimi, to rzeczywiście „kronika przyszłości”. Bo z jednej strony traumy to niezbywalne piętno, ale z drugiej – uczą przewidywalności, wyposażają w mechanizmy obrony. Wiara w przyszłość ocala bardziej niż cokolwiek innego.

Aleksandra Żelazińska, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 58/2013

Teatr Studio w Warszawie

Czarnobylska modlitwa

Swietłana Aleksijewicz

przekład: Jerzy Czech

reżyseria i adaptacja: Joanna Szczepkowska

scenografia: Marta Zając

opracowanie muzyczne: Anna Malarowska

przygotowanie wokalne: Anna Chmielarz

reżyseria światła: Piotr Pawlik

projekcje: Franek Przybylski

suflerka: Magda Jaracz

produkcja: Justyna Pankiewicz

inspicjent: Beata Szaradowska

obsada: Agata Góral, Elżbieta Piwek, Natalia Rybicka, Joanna Szczepkowska, Monika Świtaj, Marcin Januszkiewicz, Mateusz Lewandowski, Krzysztof Stroiński, Krzysztof Strużycki, Wojciech Żołądkowicz

premiera: 8 marca 2013

fot. Marta Ankiersztejn