Jak ożywić Prokofiewa? (Miłość do trzech ćwiartek pomarańczy)

Jak ożywić Prokofiewa? (Miłość do trzech ćwiartek pomarańczy)

Jedna z kłopotliwych sytuacji, mających czasem miejsce na operowych deskach, to uginanie się pod ciężarem klasyki lub sztywnych ciał, które przytłoczone splendorem produkują dźwięki i wymachują rękoma. W Miłości do trzech pomarańczy jest jednak inaczej. Co za ulga! Prokofiew żyje, a my nie musimy wdychać prosektoryjnego zaduchu.

Dzieło rosyjskiego kompozytora według bajki Carlo Gozziego jest historią dworskich intryg oraz poszukiwaniu miłości zaklętej w pomarańczy przez melancholijnego następcę tronu, syna Króla Treflowego. Michał Znaniecki adaptując tę nieco tkliwą opowieść, obrał drogę wskrzeszenia poprzez umieszczenie akcji w moskiewskim domu starców, gdzie psuje się telewizor. W związku z tym, jakże katastrofalnym dla całej rzeszy poruszających się bezładnie na wózkach inwalidzkich seniorów wydarzeniem, lekarze postanawiają w ramach rekompensaty zainscenizować Miłość do trzech pomarańczy.

Ponadto reżyser doprowadza do zerwania z konwencją izolacji pomiędzy sceną a widownią. Dochodzi do interakcji, przemieszania tych dwóch porządków – śpiewacy wbiegają na amfiteatr i balkony. Jest rozgardiasz, śmiechy, wrzaski, a nawet okrzyk „robimy falę!”. I już można trochę spuścić z pompatyczności, poluzować ściśnięty kołnierz czy wysunąć zmęczone stópki ze szpilek. Widzowie nie są tylko widzami, ale przybierają rolę obserwatorów-poddanych na dworze treflowego władcy. Pełni napięcia czekają, czy wesołe towarzystwo, które tak beztrosko wtargnęło w przestrzeń bynajmniej nie przeznaczoną dla nich, rozwieje melancholię młodego Księcia. Godny uwagi w tym miejscu jest pewien detal. Otóż Książę siedząc w eleganckim szpitalnym odzieniu na równie stylowym wózku inwalidzkim, na nogach ma żółte trampki. A więc hipokratejska „czarna żółć”, jak nazywano melancholię, zyskuje tu swój jakże uroczo-prześmiewczy wyraz.

Oczekiwanie na poprawę humoru przyszłego władcy nie ma w sobie nic z bierności – jeden spektakl dzieje się na scenie, drugi na widowni. Widzowie zmuszeni są do wstawania z foteli, zamieniania się miejscami, prowadzenia przelotnych konwersacji z rozwrzeszczanymi śpiewakami, a nawet są przez nich zalotnie cmokani, tudzież obdarowywani rublami. Oby tylko nie zniknęły następnego dnia jak w Mistrzu i Małgorzacie. Brakuje jeszcze tylko zaproszenia na scenę. Ale na scenie odbywa się akurat prawdziwe show, można by powiedzieć telewizyjne, bo co jakiś czas z sufitu zjeżdża ogromny ekran telewizora w stylu retro, który przesłania wszystko, co znajduje się za nim. Wydarzenia na ekranie również są częścią narracji, nawet jeśli to tylko zakłócenia odbioru czy różnobarwny obraz kontrolny. Bohaterowie swobodnie wchodzą do wnętrza telewizora lub pozostają poza nim. Granica pomiędzy rzeczywistościami tego, co w środku a tego, co na zewnątrz pozostaje płynna i swobodna. Tak jak pomiędzy sceną a widownią.

Książę zostaje ostatecznie wyrwany z melancholijnego marazmu. Opuszcza szpitalne otoczenie, skądinąd niezwykle atrakcyjne wizualnie, gdzie ogromne okna przypominają gotyckie witraże, z tą różnicą, że zamiast szkła mają ledowe ekrany, a pasyjne czy maryjne sceny zastępują zdjęcia rentgenowskie. Nie mogło również zabraknąć motywów z talii kart, w końcu to dwór Króla Treflowego. A to wielkie karty damy i waleta niczym monumentalne posągi wotywne, a to naturalnych rozmiarów karciany domek. Przeskalowanie jest tutaj kluczem. Równie ogromne elementy pojawiają się podczas podróży Księcia w poszukiwaniu miłości zaklętej w pomarańczy. Kiedy trafia do kuchni, w której odnaleźć ma owoce, po podłodze turla się gigantyczny talerz, a zza kulis wysuwają się nóż i widelec. Oczywiście o podobnie groteskowej wielkości. To nie koniec kulinarnych odwołań, bo w międzyczasie, już po zdobyciu pomarańczy, z każdej z nich po kolei wyskakuje księżniczka. Wprost do schrupania.

Miłość do trzech pomarańczy w adaptacji Znanieckiego ma w sobie rubaszną przewrotność, dlatego wysublimowany widz łaknący ugrzecznionej klasyki dostanie w zamian eklektyczny rozmach. Rozbuchane przemieszanie estetyk tworzy efekt prawdziwie postmodernistycznej wizji. Zupełnie niefrasobliwe czerpanie z odmiennych stylistyk, żonglowanie motywami, pozwala na ich przeformułowanie oraz wtłoczenie w materię opery. A to wszystko podszyte rozbrajającą groteskowością i jawną kpiną. Prokofiew nie tylko żyje – on w żółtych trampkach pożyczonych od Księcia puszcza do nas oko.

Katarzyna Oczkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 119/2014

Opera Krakowska

Sergiej Prokofiew według bajki Carlo Gozziego

Miłość do trzech ćwiartek pomarańczy

reżyseria i kostiumy: Michał Znaniecki
kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
scenografia: Luigi Scoglio
choreografia: Katarzyna Aleksander-Kmieć
przygotowanie chóru: Zygmunt Magiera
reżyseria światła i projekcje: Bogumił Palewicz

współpraca reżyserska: Zofia Dowjat
asystent reżysera:  Dagmar Bilińska
współpraca muzyczna: Paweł Szczepański
asystent kierownika muzycznego: Grzegorz Brajner
asystenci scenografa: Agata Nowak, Sylwia Bobeł
współpraca kostiumograficzna: Joanna Medyńska
asystent choreografa: Elena Korpusenko
asystent kierownika chóru: Joanna Wójtowicz
inspicjenci: Justyna Jarocka-Lejzak, Magdalena Wąsowska
suflerzy: Dorota Sawka, Krystyna Behounek

obsada: Wołodymyr Pankiv (Król Treflowy), Vasyl Grokholskyi (Książę), Małgorzata Ratajczak (Księżna Klarysa), Mariusz Godlewski (Leander), Janusz Ratajczak (Truffaldino), Stanisław Kufluk (Pantalone), Remigiusz Łukomski (Celio), Ewa Biegas (Fatamorgana), Monika Korybalska (Linetta), Karin Wiktor-Kałucka (Nicoletta), Katarzyna Oleś-Blacha (Ninetta), Przemysław Firek (Kucharka), Michał Kutnik (Farfarello), Agnieszka Cząstka (Smeraldina), Krzysztof Dekański (Herold), Krzysztof Kozarek (Mistrz Ceremonii), orkiestra, chór i balet Opery Krakowskiej

premiera: 25 kwietnia 2014

fot. Dariusz Pawelec

Katarzyna Oczkowska – doktorantka w Instytucie Sztuki PAN. Zajmuje się polską sztuką współczesną ze szczególną słabością do kontrastów – od subtelności po kamp.