It’s going to be amazing

It’s going to be amazing

„Ja jestem sobą, a Bóg to bóg” – mówi Peer w spektaklu Rafała Sabary. Właśnie ten Peer Gynt, którego większość z nas zna prędzej z etiudy Griega niż jako bohatera dzieła Henrika Ibsena. Dramat jest jednym z wcześniejszych dzieł tego twórcy. Magiczny, fantastyczny, niewytłumaczalny, trudny, refleksyjny – pasują tu wszystkie epitety używane przez komentatorów we współczesnych recenzjach filmowych. Pasują, bo utwór jest obszerny, monumentalny, z rozbudowaną akcją i przestrzenią. Spektakl, jeśli chodzi o tempo, nie pozostaje w tyle. Zanim jednak przejdziemy do analizy, proponuję włączyć Suitę No. 1, Op. 46 Griega.

Przedstawienie przyjmując współczesny dyskurs próbuje uchwycić sens dramatu Ibsena. Zabieg powszechnie dziś stosowany, z lepszym lub gorszym skutkiem. No bo jak, w rzeczy samej, przedstawić Norwegów: ludzi z gór i wiosek, trolle, koboldy, gobliny, śmietankę europejskiego biznesu odpoczywającą w Maroku, szpital dla obłąkanych i czcicieli proroka na jednej, polskiej scenie? Przede wszystkim oprzeć całość na bohaterze, tak jak uczynił to autor. Peer Gynt poza tym, że zbudowany jest na legendach i baśniach narodowych, stanowi również interesujące studium jednostki. Jakiej, o tym za chwilę.

Peer jest nietypowy, niezależny buntownik, ale przy tym tchórzliwy i ostrożny. Nie angażuje się, nie zbliża do niebezpiecznych miejsc, ale igra z losem w bezpiecznym oddaleniu. Ma wielkie ambicje i wielkie myśli, które ubiera w składne słowa. Ale w środku jest pusty. Czy w ten sposób można zdiagnozować dzisiejszego człowieka?

W spektaklu bohatera gra dwóch aktorów, w tej sytuacji wydaje się to zabiegiem nietrafionym, ponieważ nie tylko dezorientuje widzów nieznających tekstu, ale także zaciera złożoną osobowość bohatera. Dwójka ta daje popis własnego aktorstwa, ale nie obiera wspólnego kierunku gry. Młodszy i starszy, żywiołowy i stateczniejszy, mniejszy i większy, podział między nimi przeprowadzony jest banalnie. Na zainteresowanie zasługuje jednak fakt, że często obaj występują na scenie jako partnerzy, mimo że tylko jeden jako protagonista. Blisko siebie tworzą własne, tajemnicze porozumienie.

Inni aktorzy grają wiele ról naraz, czasem w kilkanaście sekund zmieniają strój i przybierają kolejne maski. Rozmaite sceny zbiorowe nadają przedstawieniu tempo, a duża ruchliwość postaci zwiększa wrażenie chaosu. Jest to jednak kontrolowany chaos, w całkiem niezłym stylu.

Na wielki plus zasługuje scenografia. Jest prosta, funkcjonalna i pozwala na nieoczekiwane rozwiązania świetlne, co w doskonały sposób tworzy atmosferę. Została umieszczona w trzech ścianach (czwartą stanowi bariera między sceną a widzami) o szarej, gładkiej powierzchni, na której chropowatości tworzą cienie. Z prawej strony wisi drabinka basenowa, tu umieszczone jest wejście i trzy otwory, z lewej ściana jest półkolista – tworzy zjeżdżalnię, obok której sterczy nagie, wygięte drzewo. Wszystko jest ascetycznie piękne, dopóki na scenie nie pojawia się tramwaj weselny, a winda nie wyłania się spod podłogi. Efekciarskie rozwiązania, nie wnoszą żadnej treści, pomagają tylko rozwiązać problem przestrzeni, bardzo zmiennej w tekście dramatycznym.

Ostatnim, najmniejszym, ale jakże rzucającym się w oczy elementem scenografii jest wiszący u góry krzyż. W pionie widnieją słowa „It’s going to be”, a w poziomie „amazing”. Jeśli przefiltrujemy te słowa przez przedstawienie, mają one wydźwięk ironiczny. Ludzie i baśniowe hybrydy otaczające Peera to w większości osoby zagubione w swoich namiętnościach, zdeprawowane, pragnące władzy, pożądające błyskotek jak Anitra, oszalałe jak doktor-dyrektor szpitala. Bohater również nie daje wzorców postępowania, pragnie zostać cesarzem, nieuczciwie zdobywa majątek, pożąda kobiet i sławy. Mimo to wciąż czegoś szuka, zadaje sobie pytania, miota się we własnej bezsilności, niemocy. Jedyną osobą, której miłość towarzyszyła mu do końca, była wierna Solvejga. Za jej pośrednictwem mógł zostać ocalony – na co pozwolił Ibsen, ale nie twórcy krakowskiego przedstawienia. Zakończenie w Teatrze Słowackiego to tylko garść słów Peera, który nie odnalazł swojego miejsca na ziemi. Stawia niewesołą konkluzję na temat swojego życiu. Usilne „bycie sobą” nie ocala, a niszczy to, co prawdziwe w tożsamości.

Kaja Podleszańska, Teatralia Kraków

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Peer Gynt 

Henryk Ibsen

przekład: Andrzej B. Krajewski-Bola

reżyseria: Rafał Sabara

adaptacja sceniczna: Maria Wojtyszko

scenografia: Beata Nyczaj

obsada:

Krzysztof Piątkowski – Peer 2

Marcin Kuźmiński – Peer

Małgorzata Kowalska – Solvejga

Anna Terpiłowska – Anitra

Marta Konarska – Kobieta w zieleni

premiera: 21 kwietnia 2012