Grzebanie w strupach (Solaris)

Grzebanie w strupach (Solaris)

Solaris Stanisława Lema to utwór o najmniejszym kosmosie, jaki można sobie wyobrazić. Powieść o wewnętrznej próżni, w której skafandrem chroniącym człowieka jest mechanizm wyparcia, emanuje pesymistyczną prawdą o tym, czego nikt nie chce powiedzieć głośno. W spektaklu Wojciecha Kościelniaka pozorny, przerażający spokój staje się punktem wyjścia do podróży w głąb psychoanalitycznego id.

Inteligentna planeta, którą grupa śmiałków bada od dłuższego czasu,  nie wzbudza zaufania. Symbolizujący ją żywy, cytoplazmatyczny ocean spogląda na wszystkich obecnych z góry, mieniąc się niczym neonowa, gigantyczna soczewka. Pokład statku złożony z kilkunastu bramek bardziej przypomina autostradę do piekła niż bezpieczną przystań obserwacyjną. Zresztą organiczne monstrum nie oddziela od ludzi żadna bariera i, co znamienne, przez cały spektakl nikt z bohaterów nawet na moment nie skupia na nim swojego wzroku – wystarczająco paraliżujący wydaje się sam fakt, że cały czas nad nimi „czuwa”.

Być może właśnie z poczucia nieustannego zagrożenia wynika swego rodzaju miękkość aktorskich ruchów i gestów, ostrożność w doborze słów, ciche stąpanie, a nie chodzenie, nastrój, a nie dosłowny krzyk. Kelvin (Grzegorz Mielczarek) w przeciwieństwie do Snauta (Tomasz Wysocki) jest opanowany, intrygująco efemeryczny, stara się okiełznać nadchodzący, zgrabny, czarnowłosy, spersonifikowany obłęd o imieniu Harey (Agnieszka Kościelniak). To na ich relacji zbudowana jest główna oś spektaklu. Tragicznie zmarła przed laty żona nawiedza głównego bohatera, staje się żywą projekcją wyrzutu sumienia z przeszłości. Kelvin intuicyjnie krąży wokół czegoś/kogoś, kto jednocześnie przeraża i fascynuje. Powstająca między nimi nić komunikacyjna jest z gruntu fałszywa, ironiczna – kontakt cielesny astronauty i samobójczyni przypomina gorączkowe grzebanie we własnej głowie, rozdrapywanie strupów podświadomości. W tym sensie to właśnie Harey pełni rolę sobowtóra międzygwiezdnego psychologa.

Jeśli statek jest mózgiem człowieka, w takim razie trzej przebywający na nim mężczyźni uosabiają to, z czego zbudowany jest człowiek: racjonalność Sartoriusa (Rafał Dziwisz), emocje Kelvina i fizyczność Snauta. Ten ostatni, zresztą, wyglądem przypomina bardziej robotnika niż uczonego. Brudny od smaru, nieustannie pijany, emanuje fizyczną siłą, tak dalece obcą dwóm pierwszym. I choć  jest świadomy tego, jak ocean miesza wszystkim w głowie, to sam ma swojego kosmicznego trupa w szafie. Najmniej z nich ma do powiedzenia Sartorius, który głównie siedzi zamknięty w swoim laboratorium. Co ciekawe, w momencie gdy Kelvin pojawia się na statku, naukowiec już nie żyje (widzimy zresztą nieco później jego efektownie wykonane zwłoki,, niczym z horroru ).

Bardzo intrygujące są dwie kobiety, pełniące rolę swoistego intermedium kosmicznego dramatu. Ocean (Aneta Orlik) i Dzika (Ewelina Przybyła) nie potrzebują słów, by oddać to, co dzieje się pomiędzy załogą i Obcym. Taniec i śpiew – dwa uniwersalne języki wszechświata – pozwalają im krążyć między zrozpaczonymi, będącymi na granicy obłędu astronautami. Swoim zachowaniem starają się uzmysłowić to, czego nie da się, albo nie chce się głośno wypowiedzieć.

Osobnym bohaterem przedstawienia jest muzyka. Jej tempo i nastrój zmieniają się wraz z odczuciami aktorów. Groźne, stopniowo narastające dźwięki przebijają się przez głowy załogi, by w kluczowych momentach eksplodować, a następnie zapętlić się w ponowne budowanie atmosfery niebezpieczeństwa.

Słabsza strona spektaklu to jego usilna, naoczna „horroryzacja”: kiedy Harey próbuje popełnić samobójstwo, wchodząc do pojemnika z ciekłym tlenem, widzimy efektowną „śmierć” rodem z filmu klasy B. Skowyczący, umazany krwią Ocean (Aneta Orlik) przykuwa uwagę na początku, później jest już tylko niewyraźnym tłem. W zestawieniu z psychoanalityczną, subtelną linią przedstawienia momenty, w których dosłownie dzieje się coś strasznego wyglądają trochę na doklejone – efektowne, ale i efekciarskie. Dramat rozgrywający się w głowach bohaterów wydaje się wystarczająco silny, nie potrzebuje dodatkowego komentarza pod postacią scen rodem z filmów science fiction.

Solaris Wojciecha Kościelniaka jest pomysłowe, wciąga widza, pozwala mu zatopić się w przestrzeni, która tylko pozornie istnieje gdzieś daleko, w innym wszechświecie. Monstrualny ocean wiszący nad sceną jest lustrem, w którym wszyscy się przeglądamy. Każdy w swoim fotelu rozgrzebywał własne bebechy i całe szczęście, że w teatrze nie wypada nam krzyczeć.

 

Piotr Gaszczyński, Teatralia Kraków


Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia”, numer 177/2016

 

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Stanisław Lem

Solaris

adaptacja i reżyseria:   Wojciech Kościelniak

scenografia: Damian Styrna

kostiumy: Bożena Ślaga

muzyka: Piotr Dziubek

asystent reżysera: Aneta Orlik

asystent reżysera: Rafał Dziwisz

inspicjent : Iwona Cieślik

przygotowanie wokalne: Michał Esz Szerląg (śpiew alikwotowy)

obsada: Aneta Orlik (Ocean), Agnieszka Kościelniak (Harey), Ewelina Przybyła (Dzika),

Rafał Dziwisz (Sartorius), Grzegorz Mielczarek (Kelvin), Tomasz Wysocki (Sanut), Kacper Ziółkowski/ Oliwier Walas (Chłopiec w słomkowym kapeluszu)

premiera: 25 czerwca 2016

fot. Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl
Piotr Gaszczyński (ur. 1987) – absolwent filologii polskiej oraz teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W „Teatraliach” publikuje od 2010 roku. Miłośnik groteski pod każdą postacią, fan Manchesteru United i czarnej kawy.