Granice mojego języka (My Fair Lady)

Granice mojego języka (My Fair Lady)

Ludwik Wittgenstein napisał niegdyś „Granice mojego języka są granicami mojego świata”. Austriacki filozof uważał, że język determinuje sposób postrzegania rzeczywistości i myślenia. Staje się także odpowiedzią na potrzeby społeczeństw, żyjących w danych kulturach i państwach. A jak to jest w przypadku tego samego, ojczystego, narodowego języka, który przecież zawiera różne gwary, dialekty, żargony? Inaczej mówią przedstawiciele wyższych klas i ludzie ulicy. Czy granice mojego języka są granicami mojego statusu społecznego? O tym przekonać się można, oglądając musical My Fair Lady w Teatrze Wielkim w Łodzi.

Londyn, XIX wiek. Prosta kwiaciarka uliczna staje się kobietą z towarzystwa. Możliwe? Tego pragnie dowieść profesor Henry Higgins, ekspert w dziedzinie fonetyki i językoznawstwa, zakładając się ze swoim przyjacielem, pułkownikiem Pickeringiem, że w zaledwie sześć miesięcy przemieni pyskatą i nieznośną Elizę Doolittle w damę z wyższych sfer. Wszystkiego zamierza dokonać za pomocą nauki poprawnej, bogatej i pięknej mowy.

Różnice klasowe w łódzkim My Fair Lady reżyser Maciej Korwin uwydatnił poprzez różne elementy formalne. Najbardziej oczywistym z nich jest sposób mówienia bohaterów. Eliza Doolittle (Patrycja Krzeszowska) posługuje się slangiem ulicznym, pełnym wulgarnych i źle artykułowanych wyrazów, za to profesora Higginsa (Andrzej Kostrzewski) charakteryzuje używanie bogatej, poprawnej polszczyzny.

Dysproporcje społeczne w My Fair Lady twórcy przedstawiają także w sposobie zachowania postaci. Eliza, reprezentantka niższych sfer, to wyszczekana, nieprzejmująca się konwenansami dziewczyna, której zupełny brak manier uderza powściągliwego profesora Higginsa. Podobnie do córki zachowuje się jej ojciec – Alfred Doolittle (Grzegorz Szostak). Opieszały pijak, choć ma zadatki na dobrego retoryka, sepleni nieustannie, zataczając się pod wpływem substancji odurzających, a etykieta zdecydowanie nie jest mu znana. To wszystko nie mieści się w głowie Higginsowi, którego zachowanie Elizy wyprowadza z równowagi. Jednocześnie brak edukacji uczennicy pozwala profesorowi potwierdzić swoją wyższość klasową oraz intelektualną. Ta zależność z pewnością znajduje odzwierciedlenie we współczesnych realiach społecznych, w których niezwykle łatwo zdyskredytować drugiego człowieka tylko dlatego, że mówi inaczej, ma niższe wykształcenie czy zarobki. Można w ten sposób podbudować swoje egocentryczne „ja”, kosztem drugiej osoby. Tak też czyni Higgins, co w końcu doprowadza Elizę Doolittle do sprzeciwu wobec lekceważącego i przedmiotowego traktowania. Jednak zanim to się wydarzy, następuje proces asymilacji. Brzydkie i niezdarne kaczątko przemienia się w pięknego łabędzia, także za sprawą kostiumów i charakteryzacji. Eliza, początkowo brudna dziewczyna w pospolitych, szaroburych łachach, zakłada piękne, śnieżnobiałe suknie, oczarowując tym samym dżentelmenów w lśniących cylindrach i drogich surdutach. Panienka w końcu zaczyna poprawnie się wypowiadać i tym samym zasługuje na wizytę w towarzystwie. Na wyścigach okazuje się jednak, że wciąż brak jej wyczucia i ostrożności, tak właściwych wyższym sferom. Wszak świat arystokracji to rzeczywistość tylko na pozór kolorowa. Wspaniałe kreacje dam i dżentelmenów w gruncie rzeczy są jednolite, a towarzystwo cechuje ten sam obowiązek trzymania emocji na wodzy i autokontroli. Istotę arystokratycznego, homogenicznego życia, opartego na bezmyślnym naśladownictwie, pokazuje też scena w Ascot, w której strojnie ubrane elity imitują końskie prychanie oraz ruchy. I choć z niejednym paniczem zatańczy Eliza w ambasadzie, i choć z królową Transylwanii się przywita, spełni marzenia o poprawnej wymowie, a z profesorem Higginsem połączy ją uczucie, to czy aby na pewno stanie się częścią tego eleganckiego światka? Czy będzie w nim szczęśliwa? Mimo że spektakl Korwina nie daje aż tak jednoznacznej odpowiedzi, to można przypuszczać, że chcieć, to rzeczywiście móc. Wystarczy bowiem tylko „jeden mały szczęścia łut” albo dużo ciężkiej pracy, aby dzięki odpowiedniemu językowi nauczyć się dobrych manier i wdrapać się na najwyższy stopień drabiny społecznej. A więc rację miał Wittgenstein. „Granice mojego języka są granicami mojego świata” oraz kultury, a każdą z tych granic można przekroczyć.

Nie przekroczyli za to aktorzy granic swoich umiejętności, prezentując dość zmanierowane, pretensjonalne i jednorodne postaci. Nie sposób uwierzyć w rzekomą metamorfozę Elizy w wykonaniu subtelnej Patrycji Krzeszowskiej, chociaż nie można zaprzeczyć aktorce talentu wokalnego. Henry Higgins z kolei to bohater samolubny i zraniony przez kobiety, dlatego próbuje wyładować się, wypowiadając kolejne oszczerstwa w stronę Elizy. Niestety, postać profesora w kreacji Andrzeja Kostrzewskiego nie do końca odzwierciedla gamy tych wszystkich emocji. Na pochwałę zasługuje natomiast szajka ojca Elizy. Grzegorz Szostak (odtwórca Alfreda Doolittle) oraz Witold Tomczyk (Harry) i Ryszard Adamus (Jamie) wykonują zabawne numery muzyczne i proste, acz naprawdę śmieszne gagi. Brawa należą się także oprawie wizualnej. Oprócz kostiumów Teatr Wielki jak zwykle stanął na wysokości zadania, upiększając musical ciekawą, opartą w dużej mierze na geometrycznych kształtach scenografią autorstwa Jerzego Rudzkiego. Ogromną uwagę przykuwa już sama kurtyna, prezentująca tylko za pomocą białych konturów nocny krajobraz Londynu z Big Benem, Tower Bridge i kopułą Katedry Świętego Pawła na czele. Także w scenografii widać kontrasty społeczne. Drewniany salon profesora wypełniony jest książkami w wiekowych obwolutach i antycznymi meblami. Z kolei przestrzeń niższych klas to ubogi targ oraz chyląca się ku upadkowi karczma.

Korwinowi udało się więc stworzyć ładny spektakl. Ładny, ale nic więcej. Choć zespół baletowy próbował swych sił, przyzwoicie tańcząc walca, a orkiestra grała pogodnie, wpasowując się w radosny klimat My Fair Lady, to Teatr Wielki nie pozwolił zapomnieć, że specjalizuje się nie w musicalu, a w operze, przez co ten pierwszy wypada po prostu sztucznie i nienaturalnie.

Patrycja Chuszcz, Teatralia Łódź

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 195/2017

Teatr Wielki w Łodzi

kompozytor: Frederick Loewe

autor libretta: Alan Jay Lerner wg G.B. Shawa

kierownictwo muzyczne: Dariusz Różankiewicz

dyrygent: Piotr Wajrak

reżyseria: Maciej Korwin

scenografia: Jerzy Rudzki

choreografia: Joanna Semeńczuk

ruch sceniczny: Bernard Szyc

kierownictwo Chóru: Dawid Jarząb

reżyseria światła: Szymon Lenkowski

obsada: Patrycja Krzeszowska (Eliza Doolittle), Andrzej Kostrzewski (Profesor Henry Higgins), Zenon Kowalski (Pułkownik Pickering), Grzegorz Szostak (Alfred Doolittle), Dawid Kwieciński (Fred Eynsford-Hill), Małgorzata Borowik (Pani Eynsford-Hill), Maria Szczucka (Pani Pearce), Zofia Uzelac (Pani Higgins), Patryk Rymanowski (Karpathy), Witold Tomczyk (Harry), Ryszard Adamus (Jamie), Wiktor Krakowiak-Chu, Dawid Kucharski (Policjant), Józef Mituta (Karczmarz), Dominik Senator (Szofer), Maria Brojek (Pani Hopkins), Krzysztof Pabjańczyk (Lokaj Higginsa), Eugeniusz Nizioł (Lord Boxington), Bogna Szymańska (Wnuczka Boxingtona), Chór, Balet, Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi

premiera: 2 października 2009

fot. Chwalisław Zieliński

Patrycja Chuszcz – studentka kulturoznawstwa. Wielbicielka kina, teatru oraz sztuk wizualnych, a w szczególności wzruszeń i realizmu magicznego.