To be or to be everywhere?

To be or to be everywhere?

Dobrze znana publiczności Przeglądu Piosenki Aktorskiej Karolina Czarnecka w piosence nagrywanej z SoDrumatic śpiewała, że „wybór off albo mainstream nie musi znaczyć klęski”. Wyrywam dziś ten wers z kontekstu, bo bardzo mi on pasuje jako teza, której zdecydowanie chcę się przeciwstawić. Na PPA taki wybór zdecydowanie jest klęską – bliźniaczą siostrą klęski urodzaju.

Poniższy tekst będzie miał charakter osobistego lamentu, ale również ogólnej refleksji nad kondycją świata. Refleksję zawężę jednak do sprawy niemożności obejrzenia wszystkich festiwalowych propozycji, jakie pomieścił repertuar Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Mam pełną świadomość tego, że cierpiąc na swoisty przesyt możliwości nic nie wskóram wylewanymi tu żalami. Bo też nie ma prawa udać się sztuka ułożenia tak bogatego programu w uczciwszy dla widza sposób. Nurt główny, obok niego dziesięć offowych propozycji, na dokładkę kilka wydarzeń towarzyszących i cowieczorny koncert w klubie festiwalowym. Można byłoby tym bogactwem obdzielić cały miesiąc i to bynajmniej nie luty. Prędzej któryś z 31-dniowych letnich lipców czy sierpni, gdy dzień długi i kondycyjne możliwości większe. Tymczasem kumulacja repertuaru do 10 tylko dni to źródło dylematów i udręk duszy, która rwie się do wszystkiego, a tego mieć nie może.

Mój festiwalowy harmonogram wygląda już trochę tak, jakby dopadł go z długopisem Jacek Gmoch. Jeżeli komuś wydaje się, że muzyczno-teatralne ekscesy oglądane przez te kilka dni we Wrocławiu to czysta przyjemność, powinien spróbować swoich sił w logistycznych potyczkach. Na ringu, spragniony artystycznych uniesień, widz kontra organizatorzy PPA zmuszający swoich gości do stawiania sobie wielu pytań. Można rozważać kwestie czysto organizacyjne (Jak to wszystko ze sobą pogodzić?), by w pewnej chwili dojść do ściany (No nie da się). Dalej są już tylko egzystencjalne rozterki na temat sytuacji, w której się znajdujemy. Choć bardziej rozważamy tę niebędącą akurat naszym udziałem. Na rozmyślaniach o tym, gdzie się nie dotarło (wbrew swojej woli!) strwonić można swobodnie poranki i wczesne przedpołudnia, bo dopiero wieczorem zacznie się kolejna walka o bilokację. Niespodziewanie zimowa aura również nie sprzyja, chyba że ma się już jakieś większe doświadczenie w saneczkarstwie – wtedy można przekuć to w swój atut i przemieszczać się pomiędzy rozrzuconymi na mapie festiwalowymi punktami nieco szybciej. A na pewno bardziej widowiskowo, niż wpadając co rusz w poślizg na oblodzonych chodnikach.

Miotając się w szalonym harmonogramowym pędzie zaczynamy, wzorem samozwańczych krytyków sztuki, oceniać spektakle przed ich obejrzeniem. Sugerując się nazwiskami, tytułem, opisem wydarzenia kupujemy książkę oszacowując jej wartość po okładce i mamy wielką nadzieję, że ta leżąca obok okaże się gorsza. Nigdy się tego jednak nie dowiemy, bo przecież nie dotarliśmy. Choć jeśli wystarczą nam opinie osób trzecich, które doświadczały spotkania z tym drugim, odrzuconym w procesie eliminacji produktem możemy się roboczo posiłkować taką wiedzą.

Obsesja bycia wszędzie i doświadczania najchętniej wszystkiego szczęśliwie nie może odebrać przyjemności, jaką czerpiemy z tego, co jednak udało nam się wyselekcjonować, zobaczyć oraz usłyszeć. Poczucie straty rekompensują czasem wybory, których dokonaliśmy, gdy okazują się one tak słuszne, że nie mamy w tej kwestii cienia wątpliwości i stwierdzamy: absolutnie nie powinniśmy w tej chwili być gdzieś indziej. Choć gdyby jednak dało się zdążyć…

Katarzyna Mikołajewska, Teatralia Wrocław

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 230/2018
Katarzyna Mikołajewska – rocznik 89. Absolwentka kulturoznawstwa ze specjalnością krytyka artystyczna. W teatraliach od 2010 roku. Recenzuje spektakle także dla artPapieru, Czasu Kultury i redaguje dział Teatr w „2Miesięczniku. Piśmie ludzi przełomowych”. Kiedy nie przesiaduje we wrocławskich teatrach lubi uprawiać turystykę teatralną, choć żałuje, że wciąż ma na to zbyt mało czasu.