Europa-Azja. Notatka

Europa-Azja. Notatka

Malta przestaje być sobą. Postępujący z edycji na edycję proces demaltanizacji poznańskiego festiwalu pozostawił ślady także w tegorocznym jego wydaniu. Dla teatru pozostało tutaj stosunkowo niewiele miejsca, a przynajmniej przestaje być on jednoznacznie kojarzony z nazwą Matla Festival. Ale póki jeszcze jest, trzeba pisać.

W tym roku idiom maltański stawiał przede wszystkim na aktualność. Akcje azjatyckie – bo tak właśnie brzmi – miały skupiać się na określeniu relacji politycznych, ekonomicznych i kulturowych Europy i Azji. Zderzenie dwóch (choć w zasadzie trudno mówić tutaj o jednolitych ośrodkach) zupełnie odmiennych kręgów kulturowych miało na celu otwarcie wielu perspektyw interpretacyjnych i porównawczych. Najważniejsze zdaje się zestawienie wartościowania pojedynczego człowieka na obu kontynentach: jednostka wywodząca się z Europy, zwłaszcza zachodniej, siłą rzeczy ma większą wartość niż osoba żyjąca chociażby w Chinach, która dosłownie ginie w tłumie. Nie bez znaczenia pozostaje więc kwestia władzy autorytarnej, która wciąż jest przecież żywa. Konfrontacja podobnych problemów w różnych okolicznościach historycznych i kulturowych – miejmy nadzieję – zniosła choć trochę zagnieżdżone w rodzimej mentalności przekonanie o wyższości krzywd doznanych przez Polaków nad innymi tragediami i aktami terroru i ludobójstwa na drugiej półkuli.

Jeśli w podobny sposób pojmujemy tegoroczny idiom maltański, to nie zdziwi intensywna obecność (zarówno fizyczna, jak i pod postacią używanych w kilku przedstawieniach tekstów) południowoafrykańskiego pisarza – a obecnie obywatela Australii – Johna Maxwella Coetzeego, autora powieści opisujących akty terroru, który – niezależnie, w jakiej skali i postaci – jest nieodłączną częścią ludzkiego istnienia, zyskującego coraz bardziej ekspansywny charakter. Noblista obecny był między innymi 5 lipca na premierze sztuki Slow Man w reżyserii Mai Kleczewskiej w poznańskim Teatrze Wielkim im. Stanisława Moniuszki.

Okrucieństwo i ciekawostki w kontenerze

Do dorobku literackiego Coetzeego sięgnął węgierski reżyser, goszczący na poznańskim festiwalu także w ubiegłym roku, Kornel Mundruczó. Tym razem wybrał do scenicznej adaptacji Hańbę. Spektakl, rozpoczynający się mocną sceną zbiorowego gwałtu afrykańskich tubylców na białej dziewczynie, nie spełnił niestety hitchcockowskiej zasady prowadzenia akcji – po trzęsieniu ziemi nie nastąpiło nic. Fabuła była regularnie zrywana przez niemal wodewilowe wstawki, w których biali wykonawcy (na szczęście dobrze śpiewający) charakteryzowali się na dzikich mieszkańców Afryki (tych najbardziej stereotypowych, prawie krwiożerczych, znanych z powieści Josepha Conrada) przez nałożenie sztywnych, kołtuniastych peruk. Pomysł, by gwałcicieli córki profesora Laurie’ego i jego uczniów oraz przesłuchujących go śledczych w sprawie współżycia ze studentką grali ci sami aktorzy, również wydaje się zbyt prosty, obliczony na budzenie mglistych, podskórnych (sic!) skojarzeń. Do węgierskiego spektaklu wkradło się za dużo prawd uniwersalnych, popularnonaukowych, jak choćby ta, którą ilustrowała końcowa scena dosłownego ludzkiego zejścia na psy, zezwierzęcenia.

Niestety, przedstawienie nie udźwignęło lub nie potrafiło oddać psychologicznych niuansów postaci, zwłaszcza profesora Davida Lurie’ego, który został żywcem przeniesiony z kinowej ekranizacji powieści Steve’a Jacobsa. Sposób poruszania się, a nawet ubiór jednoznacznie odnosiły do postaci, jaką stworzył John Malkovich.

Wrażenie niechlujstwa interpretacyjnego potęgowała także scenografia przedstawiająca wnętrze slumsu (choć z lodówką i telefonem na wyposażeniu). Próba połączenia przestrzeni, w których funkcjonowali wszyscy bohaterowie, w moim odczuciu nie powiodła się: na scenie panował chaos, wynikający zarówno z połączenia gatunków, jak i z nadmiernej liczby planów i szczegółów znajdujących się na scenie; wnętrze mieszkania (raz należącego do profesora, raz do jego córki) połączonego z gabinetem weterynaryjnym, które od widowni oddzielał pas świeżo zagrabionej ziemi oraz zawieszone powyżej telewizory, na ekranach których wyświetlane były metalowe kraty. To wszystko wywołało poczucie, że próbowano w tej historii pomieścić więcej, niż było potrzebne. Tak jakby aspiracje widowiskowo-artystyczne twórców – nawet w trakcie spektaklu – walczyły o pierwszeństwo z materią powieści. Być może umiar lub umiejętność wyboru pomiędzy tymi dwiema racjami dałyby pozostający w umyśle na dłużej, bardziej frapujący efekt.

Diagnozy (a może raczej: syntezy historii?) ludzkiego gatunku podjął się także niderlandzki twórca, Dries Verhoeven, zapraszając do udziału we wspólnym oglądaniu poznańskiego Starego Rynku w ramach – za każdym razem nieco innej odsłony – projektu The Big Movement.

Widzowie prowadzeni byli do kontenera będącego salą kinową. Podczas projekcji, której narratorką była Chinka, publiczność cały czas obserwowała konkretne miejsce współczesnej starówki. Snuta opowieść rozpoczynała się od momentu wielkiego wybuchu, a kończyła się wtedy, kiedy wszechświat zawęził się ponownie do maleńkiej kropeczki, z której wziął swój początek. Patrząc na nagranie z życia rynku, przewijane od pewnego momentu do tyłu, widzowie zgromadzeni na sali ze zdumieniem zobaczyli własną wędrówkę ku kontenerowi. To właśnie ludzie biorący (najczęściej nieświadomie) udział w tym przedstawieniu stanowili o jego jednorazowości. Zdaje się, że powtarzane co pół godziny przejście kolejnej grupy widzów do kontenera ilustrowało wymianę pokoleń. Na osłodę (w której chyba jednak skupia się pewna gorycz) pozostaje fakt – niewielkiej wagi w skali wszechświata – że nikt z nas już się nie powtórzy.

Teatr, który się zdarzył

Żegnający się w tym roku z Maltą jej dotychczasowy dyrektor artystyczny, Lech Raczak, zaprezentował tryptyk zrealizowany w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. W jego skład weszły spektakle Dziady, Marat/Sade i Czas terroru. Wybrane tytuły łączy refleksja poświęcona przymusowi stosowanemu w stosunku do ludzi i przez nich.

Marat/Sade, spektakl zaprezentowany w przestrzeni Starej Rzeźni, okazał się kombinacją sprytnie pomyślanej scenografii, kostiumów z epoki i świetnie przygotowanej gry aktorskiej – zarówno z pierwszego, jak i drugiego planu; podobnie zresztą działo się w obu pozostałych przedstawieniach.

Jeśli chodzi o spektakl oparty na dramacie Petera Weissa (Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade), to – w przeciwieństwie do Hańby Mundruczó – należy zaznaczyć, że muzyka na żywo i pieśni komentujące przebieg wydarzeń (a wręcz należące do fabuły), wykonywane przez troje pacjentów francuskiego psychiatryka, stanowiły spójną część fabuły. Oddały przede wszystkim klimat tej instytucji totalnej, gdzie panuje powaga podszyta chorobliwym śmiechem. Wybranie na miejsce osadzenia akcji postindustrialnego budynku, zasłonięcie okien i ogrywanie całości przy świecach oddało grozę zarówno epoki, jak i zakładu dla umysłowo chorych. Atmosfera zamknięcia, w którym zabija się czas, by nie zrobić krzywdy sobie, idealnie pasuje do tragicznej historii rewolucjonisty, którą opowiada (żeby nie powiedzieć: kreuje) mężczyzna, delikatnie mówiąc, lekkich obyczajów. Posługując się pomysłem Weissa, Raczakowi udało się pokazać, że sama myśl rewolucji jest motywowana popędem (choć nieco innym niż seksualnym, bo politycznym, pragnieniem władzy) i nic w tym sprośnego, żeby opowiadał o takiej sytuacji libertyn. Tym samym Sade doglądający realizacji sztuki zyskał funkcję demaskatora historii i – w gruncie rzeczy – mówiącego prawdę, która, co gorsza, znajdowała poświadczenie w jego czynach.

Wybierając Azję jako hasło przewodnie, organizatorzy wzbudzili skojarzenie tego kontynentu z biedą i masową produkcją z jednej oraz dynamicznym rozwojem ekonomicznym niektórych z tamtejszych państw z drugiej strony, co zdaje się esencją klimatu festiwalu. Trudno pozbyć się wrażenia, że tegoroczna Malta postawiła bardziej na aktualność (przy czym idiom nie był chyba realizowany zbyt konsekwentnie) niż na walory artystyczne – choć przecież, mimo wszystko, było różnorodnie. Poszukiwanie analogii między sytuacjami z Europy, akcjami azjatyckimi oraz (z racji żywej obecności tekstów Coetzeego) południowoafrykańskimi akcentami przyniosło dość znaczące rezultaty. Mimo wszystko jednak należy pamiętać o różnicach, bo to one zawsze są przyczyną konfliktów. I trudno chyba sądzić, żeby poziom wzajemnej ksenofobii drastycznie opadł w najbliższym czasie.

Joanna Żabnicka, Teatralia Poznań

Maltafestival Poznań 2012, 37 lipca 2012

Kornél Mundruczó (Węgry)

Hańba
na podstawie powieści J.M. Coetzeego
reżyseria: Kornél Mundruczó
scenografia i kostiumy: Márton Ágh
dramaturgia: Viktória Petrányi
muzyka: János Szemenyei
występują: Annamária Làng, Lili Monori, Kata Wéber, Gergely Bánki, László Katona, Zsolt Nagy, Roland Rába, János Szemenyei, B., Miklós Székely, Sándor Zsótér
kierownik produkcji: Dóra Büki
asystent produkcji: Kata SZEDER
kierownik techniczny, reżyseria światła: András ÉLTETŐ
realizatorzy dźwięku: Zoltán Belényesi / János Rembeczki
rekwizyty: Gergely Nagy

premiera: 17 maja 2012 roku

Dries Verhoeven (Holandia)

The Big Movement

koncepcja i scenariusz: Dries Verhoeven
dramaturgia: Nienke Scholts i Paulien Geerlings
oprogramowanie: Sylvain Vriens
lektor: Anny Tseng

Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy

Marat/Sade

na podstawie: Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade Petera Weissa

przekład: Andrzej Wirth
reżyseria: Lech Raczak
scenografia: Piotr Tetlak
kostiumy: Ewa Tetlak
muzyka: Katarzyna Klebba i Paweł Paluch
występują: Paweł Wolak, Rafał Cieluch, Anita Poddębniak, Magda Skiba, Grzegorz Wojdon, Zbigniew Waleryś, Paweł Palcat, Małgorzata Urbańska, Katarzyna Dworak, Magda Biegańska, Łukasz Węgrzynowski, Tadeusz Ratuszniak, Zuza Motorniuk, Bogdan Grzeszczak, Gabriela Fabian, Robert Gulaczyk, Mariusz Sikorski (statysta), Malwina Rusów (statystka), Katarzyna Gawińska (statystka)
muzycy: Robert Kamalski, Andrzej Janiga, Amadeusz Naczyński, Bożena Rodzeń-Jarosz