Elfy mają swoją sekretną melodię (Calineczka)

Elfy mają swoją sekretną melodię (Calineczka)

Reżyser kolejnej scenicznej wersji Calineczki, Daniel Arbaczewski, nie kokietuje dorosłego odbiorcy zgrabnie skrojonymi dialogami. W jego adaptacji aktorzy porozumiewają się między sobą wyłącznie za pomocą ruchu i tańca. Również dzieci, przyzwyczajone do popularnej disneyowskiej estetyki, muszą zmierzyć się z widowiskiem pełnym fosforyzujących tajemniczych kształtów i niejednoznacznych dźwięków.

Od czasów premiery Shreka w dialogach kreskówek aż roi się od aluzji do współczesnych wydarzeń, popularnych seriali, a nawet filozofii. Twórcy filmów dla dzieci systematycznie puszczają oko do dorosłego widza, jakby obawiali się, że historia pozbawiona ukrytych podtekstów jest skazana na komercyjną i artystyczną klapę. Oglądanie filmów dla dzieci, które mają drugie dno, to prawdziwa przyjemność, ale bombardowanie błyskotliwą puentą w co drugiej scenie bywa nużące nawet dla najbardziej wymagającego widza. Podobna tendencja pojawia się w wielu spektaklach dla najmłodszej publiczności. Do przedstawień wprowadza się coraz więcej słownych żartów przeplatanych humorem sytuacyjnym, które mają rozbawić zarówno młodszą, jak i starszą widownię.

Przedstawienie Arbaczewskiego od samego początku pozbawione jest dosłowności. Duża w tym zasługa scenografii autorstwa Dariusza Panasa. Wykroje z folii i innych tworzyw pełnią rolę owadów i zwierząt zamieszkujących mikrokosmos wymyślony przez Andersena. Nie są one umieszczone w scenografii na stałe, lecz przenoszone przez aktorów przy akompaniamencie muzyki. W spektaklu zastosowano ciekawe rozwiązanie – najpierw pojawia się jeden element danej postaci np. papierowy język, potem ogon, a na końcu łapy. Niektóre z prezentowanych fragmentów tylko nieznacznie przypominają części ciała zwierząt i owadów z oryginalnego tekstu. Dzieci i dorośli muszą wielokrotnie wysilać swoją wyobraźnię, aby odgadnąć konkretne nazwy. Pomagają im w tym efekty dźwiękowe: miauczenie, rechot żab. Część z nich jest puszczana z offu, ale większość aktorzy imitują na żywo. Taki sposób wprowadzania postaci nie tylko pobudza dziecięcą kreatywność, ale również stanowi świetną okazję do wspólnego układania wizualnych puzzli przez dzieci i dorosłych.

Arbaczewski całkowicie rezygnuje również z przypisywania ludzkich cech zwierzęcym bohaterom, mimo że w scenicznych i filmowych adaptacjach Calineczki jest to dosyć powszechny zabieg. Kandydaci do ręki tytułowej bohaterki, kret i syn ropuchy, nie noszą smokingów ani cylindrów. Ich domy również nie przypominają przytulnych ludzkich mieszkań. U Arbaczewskiego zwierzęta tworzą barwną menażerię nieustannie przemieszczającą się w scenicznym mikrokosmosie. Ten ruch nigdy nie jest przypadkowy i zawsze współgra z warstwą dźwiękową spektaklu (choreografia Marta Bury). Makiety zwierząt przenoszone są przez aktorów, ubranych w jednakowe białe kostiumy i kolorowe chusty szczelnie okrywające głowę. W zależności od muzyki towarzyszącej danej scenie (od popu po etno), postaci biegają w szybkich podskokach, tańczą, żonglują fragmentami scenografii, np. oczami ropuchy zrobionymi z dwóch pomalowanych na zielono kul. Jednym z ciekawszych momentów przedstawienia jest scena, w której dwóch mężczyzn obraca w rękach statyw w kształcie parasola, na którego końcach przymocowane są małe rybki. Miarowy ruch tego rekwizytu, przypominającego mobil – ruchomą zabawkę, wprowadza oniryczną atmosferę. Interesujące są również wspólne układy choreograficzne Calineczki (w tej roli Malwina Kajetańczyk świetnie wyrażająca ciałem emocje granej przez siebie postaci) z pozostałymi bohaterami. Na początku ubrana w tiulową spódniczkę dziewczynka z ufnością tańczy razem ze stadem motyli. Ale gdy intencje przedstawicieli flory i fauny stają się wrogie, ­próbuje dostać się w bezpieczne miejsce, robiąc przewrót w tył. Wymachuje ręką, odganiając się od natrętnych ważek (papierowych figur w kształcie trójkąta) lub męczących myszy (żółtych wykrojów w konwencji orgiami).

Brak werbalnej narracji może utrudniać zrozumienie fabuły spektaklu. Zwłaszcza starsi widzowie prawdopodobnie odczują pewien niedosyt. Andersen to mistrz subtelnej ironii, a jego opisy duńskiej społeczności tworzą świetne studium obyczajowe, często aktualne we współczesnych czasach. Ale jeżeli przeanalizujemy dokładnie każdą scenę, okaże się, że mamy do czynienia z plastyczną inscenizacją oryginalnego tekstu. Arbaczewski nie pomija żadnego z głównych wątków. W spektaklu szczególny akcent pada na sposób, w jaki dziecko poznaje bliższe i dalsze otoczenie. Calineczka jest bowiem pozbawiona kulturowego zaplecza, dzięki któremu mogłaby interpretować rzeczywistość. Musi nauczyć się stawiać granice światu zewnętrznemu w spektaklu symbolizowanym przez owadzią i zwierzęcą menażerię oraz nawiązywać pierwsze przyjaźnie. Arbaczewski nie eksponuje wątku romantycznego. Calineczka i król Elfów to przyjaciele, a nie zakochani. Wspólnie pokonują trudności i wychodzą cało z opresji. W finałowej scenie trzymają się za ręce i radośnie maszerują wśród spadającego konfetti. Wesoła muzyka utwierdza widzów w przekonaniu, że i tym razem wszystko dobrze się skończyło.

Katarzyna Bolec, Teatralia Rzeszów


Internetowy Magazyn Teatralia, numer 191/2017

Teatr „Maska” w Rzeszowie

Hans Christian Andersen

Calineczka

reżyseria: Daniel Arbaczewski

scenografia: Dariusz Panas

muzyka: Hubert Pyrgies

choreografia: Marta Bury

obsada: Malwina Kajetańczyk, Ewa Mrówczyńska, Kamila Olszewska, Henryk Hryniewicki, Tomasz Huliberda, Robert Luszowski, Andrzej Piecuch

premiera: 2 października 2016

fot. Tadeusz Pożniak