O dwojgu takich (Krzesła)

O dwojgu takich (Krzesła)

Od premiery Szczęśliwych dni Becketta z Krystyną Jandą i Jerzym Trelą minęła ponad dekada. Piotr Cieplak, reżyser tego spektaklu, powrócił do Teatru Polonia, by tym razem wystawić kameralny dramat Eugène’a Ionesco. Swego czasu kolejnym prapremierom absurdystów towarzyszyło większe i mniejsze oburzenie. Dziś ich teksty to właściwie klasyka. I takie są też te Krzesła: nie o awangardowy eksperyment chodziło, a o znalezienie w maluczkich bohaterach czegoś swojskiego. Czegoś takiego, jak otwierające przedstawienie bzyczenie przelatującego w pobliżu komara.

Oczywiście, cały Ionesco i również Krzesła grane być muszą z zimną powagą, ale na tej samej zasadzie, na której z zimną powagą opowiada się historie o duchach, recytuje limeryki i wygłasza nonsensowne dowcipy. (…) Z podanego na zimno i z śmiertelną powagą tekstu Ionesco musi buchnąć na widowni wielki wyzwalający śmiech” – tak pisał Jan Kott, polemizując z zachwyconym po polskiej prapremierze Ludwikiem Flaszenem (Stary Teatr w Krakowie, reżyseria: Aleksandra Mianowska i Jerzy Grotowski, 29 VI 1957). Minęło ponad sześćdziesiąt lat i język Ionesco przestał być problemem. Już nie stanowi takiego zaskoczenia dla widzów, jak wtedy, gdy spotykali się z nim po raz pierwszy. Niemniej dramat przetrwał próbę czasu i nadal czyta się go z przyjemnością. Jest w nim coś więcej, niż tylko zabawa językiem. Autor powiedział po latach, że temat Krzeseł to nicość, świadomość zanikania. Cieplak w zamieszczonej w programie notce pisze: „Ta para śmiesznych ludzików (…), te dwie żałosne kukiełki – to my”. Taka perspektywa wskazuje, że opowieść ma wymiar uniwersalny. Idąc dalej za (akurat tym) reżyserem, można by zaryzykować stwierdzenie, że to niemal przypowieść. Przypowieść o parze zakochanych, którzy żegnają się ze światem.

Ionesco przypisał swoim bohaterom konkretny wiek: Stara ma 94 lata, Stary – 95. To postaci sędziwe, ale bynajmniej nie takie, do których, z racji ich doświadczenia, warto by pójść po życiową radę. Są odcięci od świata – zewsząd otacza ich woda – i od lat egzystują wyłącznie w swoim towarzystwie. Dlatego może i niechętnie, ale jednak codziennie wieczorem Stary daje się namówić na opowieść o tym, jak to w młodości pojechali do, „jak się zdaje”, Paryża. Była to dla nich prawdopodobnie największa i jedyna wspólna przygoda; po niej nastąpiły długie lata rutyny. Lecz spotykamy ich w wyjątkowym momencie: Stary zaprasza rozmaitych gości, aby obwieścić orędzie. Przez liczne drzwi wchodzą niewidzialne dla widzów postaci: Pułkownik, Dama, Pani Piękna z mężem, Konstruktor… Stąd mnożące się na scenie tytułowe krzesła (w przedstawieniu pojawia się ich ostatecznie ponad dwadzieścia), z których wnoszeniem usiłuje nadążyć Stara. „Całe życie czułem, że się duszę. Teraz dowiedzą się wszystkiego” – słyszy od swojego towarzysza. W dramacie przemówienie w imieniu Starego ma wygłosić pojawiający się w finale Mówca, który jednak nie jest w stanie wyartykułować żadnej zrozumiałej myśli. Reżyser zrezygnował z tej fantastycznej postaci i wieńczące całość przesłanie, a tak właściwie podziękowanie za możliwość zorganizowania spotkania i za tak liczne przybycie, powierzył Staremu, który wypowiada je wprost do widzów. Na zakończenie ta przedziwnie nierozerwalna para staje na skraju dwóch okien i robi krok w ciemność.

***

Jest w programie zdjęcie z próby, na którym Piotr Cieplak klęczy przed swoimi aktorami, Ewą Szykulską i Leonem Charewiczem, wyjaśniając im coś z przejęciem. To jednak nie wystarczyło, żeby powstało przedstawienie równie porywające, jak opowieść reżysera, której można się jedynie domyślać. Problem tkwi, przede wszystkim, w rozbieżnym aktorstwie Szykulskiej i Charewicza. I nie chodzi o jego jakość, a o rodzaj, co w tak kameralnej formie jest decydujące. On dostosowuje się do każdej pojawiającej się postaci. Jest wyprężonym na baczność służbistą wobec Pułkownika, a za chwilę subtelnie flirtuje z Panią Piękną, z którą musiało go coś w dalekiej młodości łączyć. Ma świadomość różnych rozmiarów niewidocznych sylwetek. Z przejęciem przeczołguje się przez wypełniający scenę tłum krzeseł-gości – słowem: gra. Natomiast ona ogranicza się do tego, że jest. Rolę Starej opiera na naturalnej charyzmie i charakterystycznym, niskim i szorstkim głosie, lecz nie zdobywa się na więcej. Ewidentnie Charewicz prowadzi melodię spektaklu, podczas gdy Szykulska akompaniuje mu na jedną nutę. Dlatego też początek jest niemrawy i Krzesła zaczynają nabierać kolorów dopiero po kilkunastu minutach, wraz z pojawieniem się pierwszego niewidzialnego gościa, co pobudza wyobraźnię Charewicza i uwalnia go od partnerowania wyłącznie swojej scenicznej towarzyszce życia. To on skupia uwagę w trwającym niewiele ponad godzinę spektaklu, z którego reżyser wyodrębnia dwie sceny.

Pierwszą jest wspomnienie o Dziecku. Stary i Stara siedzą na dwóch krańcach utworzonego z krzeseł szeregu, na których zasiadają niewidoczni przybysze. Do tej pory jednolite światło przygasa na obrzeżach sceny, w mroku nikną drzwi i okna. W miejsce przekomarzanek i językowych igraszek pojawia się poważniejszy nastrój. Ona mówi, że mieli syna, który odszedł od nich wiele lat temu. On, że starali się o dziecko, jednak nieskutecznie. Ten fragment, umykający w lekturze, ma trochę sentymentalny charakter, ale też wskazuje na interpretację reżysera – nie chodzi o abstrakcyjne figury z, tak zwanego, teatru absurdu, a o dwoje przeżywających dramat ludzi. Ich wieloletni związek podszyty jest głęboką samotnością, którą każde z nich przeżywa zupełnie osobno: nawet w ich wspomnieniach trudno o punkty wspólne.

Drugą wyróżniającą się sceną jest, nadmienione już, orędzie Starego, któremu Stara nieśmiało przygląda się zza uchylonych drzwi. O pożytkach z podziału, O przeciętnym Polaku. Czy istnieje?, O pożegnaniu z III RP – to tytuły zaledwie kilku spośród ostatnich felietonów reżysera opublikowanych na portalu Teatralny.pl. Bez większego problemu można wyobrazić sobie, że stojący na chwiejącym się krześle Charewicz, mówiąc: „(…) ja jeden mogłem ocalić ludzkość, która jest poważnie chora. (…) a przynajmniej mogłem jej oszczędzić nieszczęść, od których tyle wycierpiała przez ostatnie ćwierćwiecze, gdybym miał okazję wyjawić moje posłannictwo. Nie tracę nadziei, że ją ocalę, jeszcze nie jest za późno, mam plan… niestety wysławiam się z trudnością…”, wypowiada poniekąd myśli Cieplaka. Reżyser Krzeseł należy do części pokolenia, które ma w sobie zarówno niezgodę na zmiany zachodzące w rzeczywistości, jak i wynikające z nich poczucie odpowiedzialności. Czy mogłem zrobić coś inaczej? Może to też moja wina? Podobne troski gnębiły pewnie Ionesco – w innym kontekście, w innym czasie, co jednak nie przeszkodziło zabrzmieć tekstowi dramatu całkiem współcześnie.

Jednak wobec arcydzielnego cyklu inscenizowanych czytań Pan Tadeusz – wszystkie słowa, poetyckiego Elementarza Barbary Klickiej czy zjadliwie prześmiewczych Ułanów Jarosława Marka Rymkiewicza (wszystko w Teatrze Narodowym) – przedstawienie w Teatrze Polonia jest mniejszego kalibru drobiazgiem. Być może to oddech dla reżysera przed kolejną próbą mocowania się z polskością? Tak czy inaczej od Piotra Cieplaka można oczekiwać czegoś znacznie więcej. Nie ma to tamto.

Jan Karow, Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 265/2018

Teatr Polonia w Warszawie

Eugène Ionesco

Krzesła

reżyseria: Piotr Cieplak

scenografia i kostiumy: Andrzej Witkowski

muzyka: Paweł Czepułkowski

obsada: Ewa Szykulska (Stara), Leon Charewicz (Stary)

premiera: 25 października 2018

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

Jan Karow - absolwent kulturoznawstwa UMK w Toruniu, student wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej.