Bimber upędzony z nogi od krzesła, czyli guilty pleasure (Skazany na bluesa)

Bimber upędzony z nogi od krzesła, czyli guilty pleasure (Skazany na bluesa)

Trudno powiedzieć, który z pomysłów na opowiedzenie historii Ryśka Riedla był większym szaleństwem – czy ten, aby oprzeć fabułę na scenariuszu Przemysława Angermana i Jana Kidawy-Błońskiego, czy też ten, by do realizacji wykorzystać estetykę śląskich malarzy naiwnych. Już sam plakat anonsujący spektakl był zaskoczeniem dla wszystkich, którym wyobraźnia utuczona na historiach rockowych idoli podpowiadała obrazy niczym z okładek płyt Tadeusza Nalepy czy z plakatu filmowej wersji Skazanego na bluesa. Na afiszu zaprojektowanym przez Małgorzatę Orzechowską Riedel medytuje na podwórzu pośród familoków – kolory są mocne, kreska naiwna, na huśtawce fryga  Goła Baba, jest i Górnik i Anioł – sztandarowe postacie z obrazów Erwina Sówki, do których plakat nawiązuje.

Spektakl Skazany na bluesa inauguruje nowy cykl Śląsk święty, Śląsk przeklęty w Teatrze Śląskim. Połączenie nowej estetyki z historią Riedla było pomysłem bardzo ciekawym. Założeniem realizacyjnym, co do którego mam o wiele więcej wątpliwości, było wykorzystanie scenariusza filmowego Andermana i Kidawy-Błońskiego – scenariusza, dodajmy, kiepskiego, będącego w istocie zlepkiem scen przywodzących na myśl karty do gier fabularnych lub żetony z postaciami z kreskówek dodawane do paczek chipsów. W tych momentach, w których sceny z filmu odtworzone zostają w stosunku jeden do jednego, następuje tąpnięcie – przemyślany spektakl ufundowany na ciekawej koncepcji zostaje rozsadzony poprzez boleśnie banalne dialogi i epizody, które w swojej skrótowości przywodzą na myśl scenariusze scenek z książki Wykorzystanie teatrzyka cieni przy leczeniu uzależnień. Rozumiem, że ambicją twórców spektaklu nie była wiwisekcja psychologiczna głównego bohatera ani studium popadania w uzależnienie – to nie prostota historii jest jednak największą jej wadą, ale przysiadanie się do banału. W rezultacie bohaterowie odgrywają swoje role niczym w musicalu, w którym znudzony ogrodnik zabiera się do sprzątania liści tylko po to, aby wypełnić czymś tę niezręczną ciszę pomiędzy jedną a drugą piosenką, na dźwięk pierwszych zaś taktów podrywa nagle głowę i obtańcowuje grabie. Na wyróżnienie zasługuje jedynie gra odtwórcy głównej roli, Tomasza Kowalskiego, oraz Ewy Kutyni wcielającej się w Golę, żonę Riedla. Powierzenie tak ważnego zadania debiutantowi – rola Riedla była pierwszą aktorską próbą Kowalskiego – mogło się wydawać trzecim szaleństwem Jakubika, nie ma jednak wątpliwości, że Kowalski jest najmocniejszym punktem przedstawienia. Tak właśnie – nie rola Kowalskiego, nie gra Kowalskiego, nie śpiew Kowalskiego (świetny!), tylko właśnie Kowalski dzięki naturalnej charyzmie i talentowi zagrabia (sic!) dla siebie przedstawienie i jednocześnie jest jego największą siłą napędową.

Znakomitym pomysłem są wszystkie te sceny, w których do udziału zaproszona zostaje publiczność. Aktorzy dwoją się i troją (Dariusz Chojnacki!), żeby poderwać na nogi Teatr Śląski – widzowie z pierwszych rzędów wciągnięci zostają na scenę, a poprzez całą widownię przeciągnięty zostaje transparent, który osoby siedzące na dalszych miejscach podają sobie, tworząc przy tym meksykańską falę. Energia, którą roznieca muzyka, znajduje swoje ujście w trakcie owacji oraz bisów, które ostatecznie zmieniają się w regularny koncert. Im dalej od scenariusza, im dalej w muzykę tym lepsze staje się widowisko; wydaje się, że za pomocą ruchu scenicznego udaje się powiedzieć więcej rzeczy niejednokrotnie ciekawszych niż w trakcie wszystkich scen dialogowych (choć i tu zdarzają się obsunięcia).

Świetna jest scena, w której Riedel – w najgłębszej otchłani nałogu – wynoszony zostaje na kocu na scenę. Ma śpiewać z playbacku – inaczej nie jest już w stanie – z trudem podchodzi do mikrofonu, w tle rozbrzmiewa oryginalne nagranie Listu do M. Riedel nie odpuszcza, melorecytuje kolejne wersy tekstu do mikrofonu, by po chwili znów zaśpiewać pełnym głosem.

Pan siedzący obok mnie płakał. To chyba coś znaczy.

Weronika Murek, Teatralia Śląsk
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 95/2014

Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego w Katowicach
Skazany na bluesa
na podstawie scenariusza filmowego Przemysława Angermana i Jana Kidawy-Błońskiego

adaptacja i reżyseria : Arkadiusz Jakubik
ruch sceniczny: Jarosław Staniek
scenografia: Joanna Macha
kostiumy: Agnieszka Werner
kierownictwo muzyczne: Olaf Deriglasoff
przygotowanie wokalne i muzyczne: Adam Snopek
kompozycja i realizacja światła: Maria Machowska
Obsada:
Tomasz Kowalski (gościnnie), Rysiek, Ewa Kutynia, Dariusz Chojnacki/Marcin Szaforz, Adam Baumann, Karol Huget/Tymoteusz Huget (gościnnie), Alina Chechelska, Ewa Leśniak, Andrzej Warcaba, Grzegorz Przybył, Zbigniew, Adam Snopek (gościnnie), Maciej Lipina (gościnnie), Grzegorz Lamik, Katarzyna Kowalczuk, Karina Grabowska, Ryszard Zaorski, Teresa Kałuda oraz
Marek Orłowski (gościnnie), Maria Baładżanow (Studium Aktorskie), Jan Bulla (gościnnie) , Oskar Mafa (Studium Aktorskie, Piotr Nowak (gościnnie), Wojciech Żak (Studium Aktorskie), Sebastian Krysiak, Sebastian Zastróżny
zespół muzyczny: Adam Snopek, Maciej Lipina, Sebastian Kret, Ronald Tuczykont, Przemysław Smaczny

premiera: 7 marca 2014