Będę żył jak szmata (Nikt)

Będę żył jak szmata (Nikt)

Czy przemoc może przynieść oczyszczenie? W tekście Hanocha Levina – najwyraźniej tak. Oglądając brutalny, prawie że perwersyjny spektakl Artura Tyszkiewicza w Teatrze Narodowym, łatwo jest dać się wciągnąć w spiralę złożonych gierek postaci i zapomnieć, że to przecież nie o nas. A może to właśnie my?

Witająca widzów teatralna przestrzeń – kilka prostych, tanich stolików wraz z równie niewyróżniającymi się krzesłami – która w zależności od potrzeby chwili staje się w zaproponowanej przez reżysera wizji salonem, kawiarnią czy też innym, bliżej nieokreślonym miejscem, ma bez wątpienia w sobie coś z estetyki Edwarda Hoppera. Cichnące powoli głosy widzów mieszają się na początku spektaklu z odtwarzanym z głośników kawiarnianym gwarem, lecz nie widać tu tłumu, a początkowo interakcja zachodzi w domowym zaciszu między dwiema, milczącymi jeszcze chwilę wcześniej postaciami: światowym mieszczaninem Tejgalachem (Krzysztof Stelmaszyk) i jego na poły zdziwaczałym kuzynem Chefecem (Mariusz Benoit). Wszystko to zdaje się zapowiadać senny, nostalgiczny i przesiąknięty wrażeniem samotności nastrój miejskiego wieczoru.

Jak bardzo dał się zwieść widz, który uległ tej spokojnej wizji szybko udowodnią bohaterowie świata wykreowanego przez Artura Tyszkiewicza. Już po chwili między krewnymi ujawnia się głęboki konflikt, tlący się dotąd jedynie gdzieś między cedzonymi powoli przez obu mężczyzn słowami. Starcie, w którym początkowo trudno dociec, kto jest agresorem, a kto ofiarą. Walka z pozoru nie dotycząca niczego okazuje się walką nie o coś, a o kogoś. O kogo?

Można by powiedzieć, że właśnie o Chefeca. Samo jego istnienie jest powodem agresji Tejgalacha, jednak konflikt wraz z rozwinięciem akcji znajduje swoje odbicie w relacjach obu kuzynów z pozostałymi postaciami. Momentami nawet to Chefec w stosunku do swego rachitycznego przyjaciela Adasia (Jacek Mikołajczak), kelnerki Chaną Czerlicz (Anna Ułas)) zajmuje bezwzględnie dominującą pozycję. Wraz z postępem fabuły, w tych walkach nabierających na brutalności, zataczających coraz szerszy krąg pogardy i psychicznej przemocy, gdzie również konstelacje sojuszy ulegają zmianom, stała pozostaje jednak pozycja dominującej nad wszystkimi Fogry (Lidia Pronobis), pewnej siebie córki Tejgalacha i Klemensei (Ewa Konstancja Bułhak). Udział tej bohaterki ostatniej w poszczególnych scenach staje się czynnikiem uśmierzającym walki między postaciami, lecz tylko poprzez ich eskalację, a następnie zaprowadzenie swojej własnej władzy, wobec której każdy musi chylić czoła.

W świecie Hanocha Levina w każdym z przedstawionych stosunków osoba dominująca czerpie swą siłę właśnie ze słabości drugiej strony. Gdy tylko więc pogardzany uświadomi sobie, że to on jest przyczyną pozycji silnego, role mogą się odwrócić – utrzymanie chwiejnej równowagi staje się wielkim wyzwaniem. Nie jest to nic innego, jak Heglowska sytuacja pana i niewolnika, którą w swoim dziele dramatycznym Levin, absolwent filozofii w Tel Awiwie, zawarł z pewnością nieprzypadkowo.

Fogra jest w każdej z przedstawionych relacji panem, inni zaś – ojciec, jej nieco powolny intelektualnie narzeczony Warszawiak (Hubert Paszkiewicz, którego zresztą rola w swej niebanalnej przeciętności staje się małą perłą spektaklu), czy wreszcie Chefec – są zawsze niewolnikami. Chefec z każdą kolejną sceną staje się coraz bardziej upodlony: traci swą siłę nawet w tych relacjach, gdzie to on mógłby być obsadzony w roli pana.

Wojna wszystkich ze wszystkimi coraz bardziej przeradza się w zorganizowany proces niszczenia jednostki. Dla poszczególnych postaci okazuje się to czas kluczowej decyzji (aż chce się powiedzieć: „wielkiego Tak lub wielkiego Nie”, choć tu odpowiedź jest jedna!). Nawet ci, którzy próbują zachować neutralność, jak cyniczny profesor-intelektualista Szekra (wspaniały Jerzy Radziwiłłowicz), muszą po przejściu głębokich upokorzeń dołączyć do grupy wasali Fogry. W momentach dominacji córki Tejgelacha na znaczeniu nabiera bardzo dobrze dobrana muzyka, z jednej strony nadająca postaciom jednorodny rytm – zobrazowanie ich posłuszeństwa –  z drugiej zaś, potęgująca wśród widzów transowy nastrój, niczym w dionizyjskich orgiach w tragediach starożytnych Greków. Ten trop myślowy może być o tyle trafny, że i tu, i tam chodzi o wewnętrzne oczyszczenie, właśnie poprzez deindywidualizujące doświadczenie skrajnej przemocy, brutalności i erotyki. Nie chodzi o epatowanie nimi, lecz o wytworzenie w widzu napięcia, poczucia złości, specyficznego niepokoju. Czy zabiegi te się udają, pozostaje naturalnie subiektywną kwestią – moim zdaniem, jak najbardziej. Muzyka, wyzywająca seksualność Fogry, połączona z jej (jak i innych postaci) agresywnością, tworzą wciągający obraz niebezpiecznego szaleństwa.

Katartyczne rozładowanie tych nagromadzonych emocji, przecięcie wrzodu niespokojnych, rozbieganych myśli, wymaga ofiary. Kto zaś najlepiej nadaje się na nią, jeśli nie zreifikowany, co więcej tak naprawdę „nieistniejący”, czyli właśnie nikt?

Pokusa śmierci, która rodzi się wraz z potrzebą całopalenia staje się jednak dla wszystkich niebezpieczną grą. Z jednej strony to w końcu nieopanowana żądza Fogry pcha w nią wszystkich, choć bezpośrednio jedynie Chefeca. Inni, musząc się wyrzec swej niezależności, także w pewien sposób umierają. Z drugiej strony to właśnie ofiara zdaje się w przypadku Chefeca sposobem na ucieczkę. Jeśli od ofiary (dwuznaczność słowa znacząca – jednocześnie i prześladowany, i dokonywany przez niego czyn – poświęcenie) zależy istnienie dominującej pozycji prześladowcy, to może ona trzymać go w szachu do końca.

Jedność emocji miotających przedstawionymi postaciami oraz napięcia widzów dobrze korespondują z wielowarstwowością inscenizacji Tyszkiewicza. Osoby dramatu, raz po raz odgrywają scenki i zastawiają pułapki, celem osiągnięcia przewagi w grze zdominowanej przez przemoc. Widzowi przedstawiana jest pewna kreacja rzeczywistości; niejako ułuda, która ma na  celu wywołanie konkretnych doznań – podobnie postępują wobec siebie sceniczne postaci. Relacja widz – aktor zostaje powtórzona, tym razem między bohaterami.. Być może to my stoimy na scenie, oszczędnie tańczymy w jednostajnym rytmie, wykrzykujemy zdania do mikrofonu. Na koniec zaś widzimy obok stolików tylko dziurę w scenie.

Michał Pawłowski, Teatralia Warszawa 
 Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 215/2017

 

Teatr Narodowy w Warszawie
Hanoch Levin
Nikt
reżyseria: Artur Tyszkiewicz
tłumaczenie: Agnieszka Olek
scenografia: Justyna Elminowska
muzyka: Jacek Grudzień
reżyseria świateł: Mateusz Wajda
projekcje: Maćko Prusak
obsada: Krzysztof Stelmaszyk (Tejgalach), Ewa Konstancja Bułhak (Klemensea), Lidia Pronobis (Fogra), Hubert Paszkiewicz (Warszawiak), Mariusz Benoit (Chefec), Jacek Mikołajczak (Adaś Bardaś), Anna Ułas (Chana Czerlicz), Jerzy Radziwiłłowicz (Szukra)
premiera: 21 października 2017
fot. Yato Photography

Michał Pawłowski – student Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych UW, współpracownik „Teatraliów”.