Balet, opera i oratorium Strawińskiego (Wieczór Strawińskiego)

Balet, opera i oratorium Strawińskiego (Wieczór Strawińskiego)

Na Wieczór Strawińskiego, jedną z tegorocznych premier Teatru Wielkiego  w Poznaniu, składają się: Król Edyp, śpiewana w języku łacińskim opera-oratorium oraz Święto wiosny w premierowej choreografii Paula Juliusa. Te dwie zupełnie osobne całości łączy nie tylko muzyka Igora Strawińskiego, ale także balet – do opery wprowadzony przez debiutującego w roli reżysera Jacka Przybyłowicza.

Poznański choreograf stanął przed nie lada wyzwaniem, bowiem Król Edyp to opera dość siermiężna, jeśli chodzi o akcję dramatyczną, epicka, ale niestwarzająca wielu okazji do zaskoczenia widza. Dlatego debiut Przybyłowicza należy uznać za udany, mimo że spektaklowi wiele brakuje (czasem także od strony wykonawczej). Wprowadzenie na scenę tancerzy dodaje przedstawieniu lekkości i dynamiki. W zderzeniu ze statycznymi solistami i chórem powstaje ciekawy efekt, idący trochę na przekór planowo monumentalnej przecież operze Strawińskiego.

W libretcie Jeana Cocteau przewidziano też mówioną rolę Narratora (gościnny występ Aleksandra Machalicy). W tym punkcie rodzi się w przypadku poznańskiej realizacji pierwsza poważna wątpliwość – i to z kilku powodów. Z jednej strony bowiem balet ma za zadanie ożywić przedstawienie i przydać mu tempa, z drugiej zaś spektakl traci swój impet przy każdorazowym zabraniu głosu przez Narratora. Podobnie niekonsekwentna jest sama kreacja postaci  w wykonaniu Aleksandra Machalicy – jako pełnoprawny uczestnik zdarzeń (aktor w kulminacyjnych scenach przebywa na scenie, przejęty emocjami) jednak od początku wypowiada słowa świadczące o dystansie i nadwyżce wiedzy wobec dziejów Edypa (choćby zapowiedź „monumentalnych rzeczy  i przeżyć”); w dodatku nie przekonuje przesadnie dramatyczna, przechodząca  w pusty patos interpretacja Machalicy. Niemniej to przede wszystkim dzięki kwestiom Narratora Król Edyp zachowuje swą formę oratorium i trudno wyobrazić sobie to dzieło bez niego.

Wątła akcja dramatyczna dzieła Strawińskiego dość mechanicznie zmierza  do punktu kulminacyjnego, czyli do rozpoznania przez Edypa i Jokastę prawdy  o ich kazirodczym związku oraz samobójstwa królowej i pozbawienia się wzroku Edypa. Zanim to jednak nastąpi, Przybyłowicz konsekwentnie i przekonująco opiera dramaturgię spektaklu na ironii tragicznej, różnymi działaniami, także  w wykonaniu chóru, podkreślając tę warstwę znaczeniową obecną w oratorium Strawińskiego. Mamy zatem na scenie księgi przekazywane z rąk do rąk, obrazujące niejako słowa wyroczni, prześladującej władcę Teb. Sam Edyp, gdy dowiaduje się najpierw tylko tego, że nie jest synem króla Koryntu, przejmuje się swoim parweniuszowskim pochodzeniem i widzi siebie jako dziecko z przekłutymi stopami. Tragicznej ironii dopełnia wreszcie podkreślony przez reżysera fakt, że o fatalnym splocie wydarzeń wiedzą już wszyscy pozostali, a Jokasta i Edyp uświadamiają go sobie jako ostatni.

Scenę kulminacyjną rozwiązano ciekawie, z operowym rozmachem, ale niedosłownie. Mimo iż Narrator opowiada o przekłuciu przez Edypa oczu złotą spinką królowej, tak jak zapisał to Sofokles, Jacek Laszczkowski odgrywający tytułową postać używa w tej scenie czerwonych szpilek zdjętych ze stóp martwej Jokasty. Gorzej niestety poradzili sobie współpracownicy Przybyłowicza – Petra Kornik odpowiadająca za dekoracje i Paweł Grabarczyk, który przygotował kostiumy. Stroje śpiewaków trącą myszką  i niepotrzebnie pogrążają Króla Edypa w zakurzonej operowej sztampie, podobnie zabrakło ciekawego pomysłu na kostiumy dla chóru. Rażą beżowe oraz różowe, prześwitujące narzuty nakładane przez aktorów na białe koszule  i czarne spodnie. Koincydencja kilku innych elementów wywołała z kolei inny, chyba niezamierzony i podobnie konfundujący efekt. Mianowicie łaciński tekst libretta, aparycja tenora Jacka Laszczkowskiego (szczupła sylwetka, długie włosy i zarost) w połączeniu z czerwoną tuniką, którą się na końcu owijał, sprawiały, że Edyp przypominał wręcz postać Chrystusa i konwencjonalne obrazy jego męki. Na szczęście Laszczkowski i grająca Jokastę Agnieszka Zwierko znakomicie zaprezentowali się wokalnie.

Balet w drugiej części Wieczoru Strawińskiego nieoczekiwanie stanowi wyraźną przeciwwagę dla monumentalnej inscenizacji Króla Edypa. Świętu wiosny Paul Julius nadał bowiem stosunkowo subtelny wyraz, w czym duży udział także minimalistycznej scenografii Petry Korink oraz stylowych, czarownych świateł Marca Heinza. Sama choreografia zachowuje w dużym stopniu symboliczne znaczenia zapisane w utworze Strawińskiego oraz  w tradycji inscenizacyjnej narosłej wokół tego dzieła. Można nawet odnieść czasem wrażenie, że pewne pomysły czy układy gdzieś się już widziało.

Konsekwencja i spójność choreografii Juliusa nie oznaczają jednak przewidywalności czy braku kontrastów. Przeciwnie – w zakomponowaniu całości, w zapełnianiu sceny tancerzami i w zderzaniu odmiennych nastrojów zasada przeciwieństw okazuje się organizować całość. Następują więc po sobie sceny, w których oglądamy sześć par tancerzy lub tylko jedną, przestrzeń mroczną i wyciemnioną, a po chwili rozświetloną. Co nie zmienia faktu,  że ogólny charakter przestrzeni jest zachowany – to kraina efemeryczna, nieoczywista i nieokreślona, której nie sposób przypisać do konkretnego miejsca. Dramaturgia jest bardzo silną stroną tego spektaklu – także  ze względu na nagły, ciekawy i efektowny koniec. Muzyka Strawińskiego narzuca czasem wrażenie, że pewne ruchy, linie, układy można by zarysować odważniej, ostrzej, ale fragmentów bardziej drapieżnych całkiem nie brakuje. Nie sposób nie wspomnieć o Shino Sakurado, tańczącej rolę Ofiarowanej,  w wielu momentach wspaniałej, potrafiącej nadać tańcowi dramatyczny wyraz,  a jednocześnie będącej solistką znakomicie współpracującą z zespołem.

Wieczór Strawińskiego tworzą zatem dwie ciekawe i udane realizacje, a jego dodatkową siłę stanowią różnorodność, kontrastowość i oryginalność samej propozycji; dotąd bowiem bodaj tylko raz wystawiono w Polsce te dwa dzieła razem, przedzielone jeszcze Orfeuszem. Wieczór Strawińskiego, w poczet którego Króla Edypa wyreżyserował Konrad Swinarski, miał premierę  w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1965 roku. W Poznaniu można go oglądać od 27 kwietnia i myślę, że będzie on często powracał na afisz w przyszłym sezonie.

Adam Domalewski, Teatralia Poznań
Internetowy Magazyn „Teatralia”, Dodatek do numeru 66/2013

Teatr Wielki w Poznaniu

Wieczór Strawińskiego

 

Igor Strawiński

Król Edyp

opera w jednym akcie
libretto: Jean Cocteau (na podstawie tragedii Sofoklesa)
kierownik muzyczny: Gabriel Chmura
reżyseria i choreografia: Jacek Przybyłowicz
dekoracje: Petra Korink
kostiumy: Paweł Grabarczyk
cienie i negatywy: Dominik Lejman
reżyseria świateł: Marc Heinz
kierownik chóru: Mariusz Otto
współpraca muzyczna: Aleksander Gref, Olena Skrok
asystent reżysera: Krzysztof Szaniecki
asystent choreografa: Małgorzata Chojnacka
obsada: Jacek Laszczkowski (Edyp), Agnieszka Zwierko (Jokasta), Jerzy Mechliński (Kreon),
Andrzej Ogórkiewicz (Terezjasz), Piotr Friebe (Pasterz), Jaromir Trafankowski (Posłaniec),
Aleksander Machalica (Narrator)

 

Igor Strawiński

Święto wiosny

libretto: Igor Strawiński, Nicholas Roerich
kierownik muzyczny: Grzegorz Wierus
choreografia: Paul Julius
dekoracje: Petra Korink
kostiumy: Paweł Grabarczyk
reżyseria świateł: Marc Heinz
obsada: Shino Sakurado (Ofiarowana), Gento Yoshimoto (solo męskie)

premiera: 27 kwietnia 2013

fot. Katarzyna Zalewska (Święto wiosny)

Adam Domalewski – rocznik 1988, student na kierunkach media interaktywne i widowiska oraz filmoznawstwo UAM, na łamach „Teatraliów” publikuje od 2010 roku.